środa, 17 grudnia 2008

autobus o 7:46

czyli flash-back. jedyne, co się zmieniło, to syreny, a właściwie ich brak.

Ojcze nasz, któryś jest niemy,
który nie odpowiesz na żadne wołanie,
a tylko rykiem syren co rano dajesz znać, że świat
ciągle jeszcze istnieje,
przemów:
ta dziewczyna jadąca tramwajem do pracy
w tandetnym płaszczu z trzema pierścionkami
na palcach, z resztą snu w zapuchniętych oczach,
musi usłyszeć Twój głos,
musi usłyszeć Twój głos, by się zbudzić
w ten jeszcze jeden świt*

*NN próbuje sobie przypomnieć słowa modlitwy, Stanisław Barańczak

czwartek, 11 grudnia 2008

ja już nie mogę

czyli przeczytane przed snem.
cz podrzuciła na kanapę cosmo, nie jest to periodyk, który bym szanowała, ale co tam, przejrzeć przecież mogę.
przeglądam i co widzę?

na widok bombelków robi mi się słabo, nie wiem czy będę miała w najbliższym czasie odwagę zajrzeć tam jeszcze raz...

środa, 10 grudnia 2008

czy to aby na pewno vege?

czyli puszczając oko do w*

a swoja drogą, to jak oni je cisnęli i koncentrowali, to te rabarbary** musiały strasznie piszczeć...

* bo w ostatnio projektuje opakowania
** dla tych co nie widza obrazka: jogurt z truskawkami i sokiem z rabarbarów (sok z koncentratu)

sobota, 6 grudnia 2008

piosenka na dzisiaj

i nie tylko...
hey unplugged, utwór 10, sł. nosowska, muz. krawczyk/nosowska
mru mru

czwartek, 27 listopada 2008

teksańska masakra piłą mechaniczną*

czyli sweet dreams are made of this**
im bardziej spałam, tym bardziej coś się nie zgadzało. gdzieś na krawędzi jaźni niepokoił mnie zapach, coś jak by świeżo pastowana podłoga.
żarłoki mają złe zwyczaje, bo kto na noc się zbytnio naje, temu żołądek spać nie daje***
pomyślałam za brzechwą i spałam dalej. ale w głowie wciąż kołatała się myśl: co za idiota pastuje podłogę po nocy!
dopiero nad ranem mnie olśniło, to nie jest żaden amok przedświąteczny tylko piła łańcuchowa, którą p pożyczył wczoraj od dużego i nie chciał zostawiać na noc w waldemarze, więc wniósł na górę i schował pod łóżkiem****...

* nie oglądałam, ale tytuł pasuje jak ulał!
** eurthmics, uwielbiałam ten kawałek w dzieciństwie, hihihihi
*** j. brzechwa, żołądek
**** ulubiony schowek p, trzyma tam już młot udarowy i worek treningowy

wtorek, 25 listopada 2008

nie jest źle

czyli kosmici lądują w domu, a cz wraca wena.
chce jej się pisać, czuje przypływ sił twórczych i zażyczyła sobie muzycznych inspiracji. i okazało się, że z przyjemnością jarretta słucha, tak trzymać!

a co do zjawisk nadprzyrodzonych, to kosmitka sztuk 1 z kraju ościennego próbowała ogarnąć kuchnię i łazienkę, chyba są efekty, bo wstrząśnięta cz depeszowała:
cz: a tak w ogóle to jacyś kosmici wylądowali u nas w domu
ja: tzn?? o co cho z kosmitami??
cz: nasz dom wygląda jakby przynajmniej trzech tych kosmitów było
zamiecione, wypucowane
ja: i???
cz: zmyte pochowane
ja: iiii???
cz: iii to jest dziwne
ja: szkoda, że łyżeczek* pewnie nie znaleźli...
czemu to jest dziwne?
cz: bo to takie czyste
ja: to NIE BRUDŹ!!!!


* jakaś dżuma je zdziesiątkowała (a właściwie zdwójkowała chyba, bo została mniej niż połowa), ostatnie ekspedycje pod łóżka i w inne odległe zakątki chatynki zakończyły się fiaskiem, zaginionych łyżeczek nie odnaleziono...

poniedziałek, 24 listopada 2008

dziecko okien

czyli o wyższości świąt wielkiejnocy nad świętami bożego narodzenia...
siedzę na ćwiczeniach z bezpieczeństwa systemów hipnotycznie śledząc pasek postępu instalacji czegoś_tam, część grupy boleje nad wycofywaniem xp'ka.
prowadzący (zawsze deklaruje jestem dzieckiem okien) rzuca:
ja tam od początku śmigam na betaviście

nie mogę się powstrzymać, więc mówię:
powinieneś mieć koszulkę z napisem "my name is adopter, early adopter"

czwartek, 20 listopada 2008

próbuję się uczyć i co z tego wychodzi

czyli konwersacja via net (uwaga niecenzuralne!)
odezwał się do mnie a i pyta:
a: co syhać?:)
ja: oj, zgłębiam sieci neuronowe i trochę mi rzygliwie
metoda perceptronowa itp
a: Skoro ty do mnie
Takim językiem to w zadek cauj:)
ja: przed sekundą o mały włos zeżarłabym małą dzdzownicę!!!
zaczaiła się w cykorii gadzina!
dobrze ze zerknęłam zanim do paszczy wetknęłam!!!
brrrrr
to było straszne
auć, nie wiem czy bym się straszliwie nie wydarła po ugryzieniu (jej przeze mnie)
i panowie mieliby ubaw
a: To żyje ci się wesolutko. Aa to zgłębiasz sieci przechujowe a to glizdą zakąsisz. wypas:)

zdjęcia niedoszłej ofiary przez litość nie zamieszczę, ale różowa była i młoda jeszcze zdecydowanie, no po prosty zgroza!!!

czwartek, 13 listopada 2008

muranów, 16.30, pełnia*

m zaciskała palce, ja nie wierciłam się ani trochę, szkoda, że nie było z nami dużego. trzymał cały czas, 101 minut napiętej uwagi, ładne zdjęcia i tylko strasznie smutne to wszystko...
po wyjściu przyszło do mnie zero zer** to tak jakby na ten sam temat...

* j. skolimowski, cztery noce z anną
** l. janerka, fiu fiu, utwór 8

środa, 12 listopada 2008

fiasko planów obiadowych

czyli oko w oko z potworem.
postanowiłam usmażyć dzisiaj na obiad rybę, spontanicznie i przed chwilą postanowiłam, proszę więc cz:
możesz pójść do zamrażalnika i wyciągnąć 3 kawałki ryby panga? taka biała, długa - uściślam
wstaw ją do zlewu, postaw na tym tacę i gar jakiś antykoci
ona jest jedna - odpisuje cz
jest jeszcze dziki łosoś i ryba w worku* z okiem
w sensie ryba ma oko nie worek

to schowaj pangę, nie wystarczy jej, przepraszam, ale myślałam, że jest więcej - proszę grzecznie
naraziłaś mnie na kontakt wzrokowy z rybą w worku i teraz każesz mi schować tę pangę!?

* hihihi, pozostałości po sekcji łososia...

poniedziałek, 3 listopada 2008

dialog poranny

wstawaj, znowu spóźnisz się do szkoły! wrzeszczę do cz spod gumowych misiów.
zaraz! odkrzykuje cz z czeluści swej nory.
wkrótce zderzamy się w łazience, zaspana powątpiewam w jej dzisiejszą punktualność, cz odgryza się:
ty też jeszcze śpisz!
ale ja nie muszę namalować sobie kaplicy sykstyńskiej na twarzy...

piątek, 31 października 2008

w poleca

czyli coś żółtego zamiast zupy dyniowej.
ugotowałabym ją, ale mam jeszcze 1/2 gara* zamówionej przez p grochówki. zamiast tego zagrzebię się w żółtej pościółce, odpalę w qrczaku donovana i pożerając żółciutkie mango będę nucić they call me mellow yellow...

* to nie jest byle jaki gar, tylko cyberkosmiczny mega gar zawodowy king size, com go dostała w prezencie urodzinowym od dużego i małego m i wreszcie mogę gotować dyniową na 20 osób albo prawdziwy rosół w ilości większej niż litr - półtora wywaru, co było kompletnym bezsensem, bo uznaję tylko taki gotowany min. 3 godziny.

czwartek, 30 października 2008

lewiatan

czyli wszyscy kochamy wujka googla...
nie wiem co mnie opętało, ale weszłam w posiadanie ryby, takiej duuuużej, patroszonej ale z łbem, ogonem i innymi przyległościami.
kupiłam to bydlę (ponad 3,5 kilograma!), a wtedy dotarło do mnie nagle, że teraz muszę je jakoś sprawić, a przecież nigdy nie filetowałam całego łososia.
ale od czego dano nam internet, kilka kliknięć i proszę krok po kroku, nie wyglądało to na operację mózgu.
zamknęłam futrzastych w pokoju cz (wyły i drapały cały czas), na wszelki wypadek zabrałam qurczaka do kuchni i wzięłam się do dzieła.
sukces może nie był spektakularny - udało mi się gdzieniegdzie go rozfarfoclić, ale wciąż mam wszystkie palce, a lewiatan ani razu nie prysnął na podłogę...

środa, 15 października 2008

55

na pewno zupa grzybowa, potem pstrąg, albo kurzy cycek z ryżem, tylko mało ryżu, a dużo sosu koniecznie, do tego duże pudło nugatu, bosh, jak dawno go nie robiłam...

i literki w kolorowym papierze z ikei, w tym roku pewnie hipisi w prl-u sipowicza

a może zupełnie inaczej, cholera wie??

pan r (15.10.1953 - 2.11.2005)

poniedziałek, 6 października 2008

czyżbym była zdolna do wszystkiego?

czyli bata robi bardzo wygodne buty...
wczoraj wtoczyliśmy się na zajęcia płacząc ze śmiechu, bo w windzie w, który ma nowe oczy i teraz jest w_który_wie_i_widzi_wszystko, zobaczył to:

zanim w zwrócił uwagę na pewną ekscentryczność mego stroju, śmigałam tak po uczelni przez jakiś czas i przyznam, że byłam ciut zdziwiona, bo nie zauważyłam i nie czułam żadnej różnicy...

środa, 24 września 2008

plakacista w supermarkecie

czyli sprawa robi się poważna...
młotrza potkowa to mały pikuś, pewien supermarket zachwala produkty swierze, na pierwszej stronie, a jakże

sprawdziłam, na stronie 4 wcale nie ma grafik świerzego tylko schab wieprzowy z kością.
jak to leciało z perłami i wieprzami???

wtorek, 23 września 2008

trochę dźwięków i obrazek

wszystko a propos braku słońca i ersatzów, bo jest zimno i pada niemal na głowę (serio, remont robią i poustawiali wielgachne wiadra do których ciurka woda z sufitu).
można radzić sobie z zimnem przy pomocy żywcem z zaprzeszłej epoki słoneczka - pamiątki po mężu birbancie właścicielki (równie muzealnej, lecz dobrze zakonserwowanej, pewnie dzięku poczuciu humoru)

ale bezpieczniej chyba afirmować sun is shining z finley'em quaye, bo eksponat wywala korki i topi listwy zasilające aż miło...

poniedziałek, 22 września 2008

na dobry tygodnia początek

trochę monotematycznie, ale co tam, keith jarrett at the blue note, płyta 3, utwór 6, a jak ktoś akurat nie ma, to zawsze można posłuchać tu

sobota, 20 września 2008

coś, co zawsze poprawia mi humor

czyli receptura lasagnowa, wieki temu wymailowana do nas przez pewnego szwajcarskiego artystę awangardowego - po polsku, a jakże, bo to wielki entuzjasta tego języka jest...
zasypany sniegiem do pasa pisze wam rezepture lasagnowa: glodny Robert do sklepu, kupi tamte liscie lasagne ktory trzeba gotowoac albo inne, nie wiem, jakie u was sa. Potem kupi duzo warzywa, n.p. broccoli, marchewki, zellerie, lauch (takie zielony dlugie), i co wam tam polski ogrod saisonalne podaruje. Oczywiscie Robert nie kupi mieso, bo do tego nie trzeba. To co tzreba jescze kupic: sauce pod nazwiskiem Béchamel, ja zawze gotowy sos kupilem, bo nie wiem, jak to sie robi. I czosnek i cebula nie zapominac, i Pelati w Dose duza. Z tym wzystkim, Robert wroci do domu, obiera warzyw i kroi male kawalky. W tym czasie juz woda gotuje, trzeba liscie lasagne w nej kompac przez jakis czas (jesli trzeba, prosze przeczytac na kartonie). Rownoczesznie olivoil do patelni, czosnek i cebula nie za mocno, zeby nie bendzie bronzowe, potem por, marchewka, etc. i moze troche wino sol pieprz i co wam podoba. Na konzu pelati dodac, ale bez czerwonego sosu. Gotowac. Rownoczesznie przygotowac sos bechamelowy i myska zarodporna (no i co?) zwmarowac maslem i pierwszy zut lasagne wkladac. Potem warzywa, potem sos bechamel, znowu lasagne, znowu warzywa, sos, lasagne, itp. A, zapomnialem: ser nasypac na wierzchu, najlepiej parmesan, i hop do przeheizowanego Dingsbums, nie pamietam, do cholery, no Robert bedzie wiedzal. Zostawic w Dingsbums przynajmnej 40 minut nakryty, potem przez 15 Minut bez albo dluzej, do Robert zobaczy. Zmacz nego!
Brakujecie nam bardzo
i czekamy na Maila


pisownia oczywiście oryginalna, przepis zrobił furorę wśród znajomych, ostatnio widziałam go u kogoś na lodówce, już chyba z 10 lat wisi.
zawsze, kiedy robię lasagne, przypominam go sobie i chichoczę, nie wiem czy bardziej z przeheizowanego dingsbums czy z sosu pod nazwiskiem bechamel....

płyta do słuchania w deszczowe popołudnie

i nie tylko...
dobra do wieszania prania i prażenia orzechów, a także wielu innych czynności, których nie chce mi się wymieniać.
keith jarret w la scali
no i to zakończenie, nie znalazłam go w sieci, a nie chce mi się wrzucać, więc będzie dla odmiany z tokio
smacznego...

piątek, 19 września 2008

dzień padalca

czyli sieć pojawia się i znika, co wpienia mnie coraz bardziej, bo telefon dzwoni, użyszkodnicy się pieklą i pracować nie można.
poza tym kolejny dzień nachodzi mnie refleksja, że dzieci to zaraza, mimo, że cz zarzeka się, że to nie ona zaraziła mnie łamaniem w człowieku całym. ale ja jej nie wierzę, bo gadzina chrychała od dawna, a teraz leży i choruje, więc pytam kto, jeśli nie ona?

czwartek, 18 września 2008

budyń śmietankowy

czyli proste przyjemności.
nie pamiętam kiedy jadłam ostatnio budyń, wieki temu chyba. szkoda, że zupełnie zapomniałam o żółtku, taki gotowany z koglem-moglem był dużo lepszy...

środa, 17 września 2008

transplantologia, słucham

czyli dyski przeszczepiam.
nie tylko dyski z resztą, zasilacze i pomniejsze podzespoły takoż. zainteresowani adopcją frankensteinów mogą kontaktować się droga wiadomą...

poniedziałek, 15 września 2008

na dobry początek tygodnia

kasia krzaczek - the man i love*
dla s (i nie tylko)
bo zaliczony egzamin z bizancjum to nie jest wszystko, czego człowiekowi potrzeba do szczęścia...

* by g. gershwin & i. gershwin

środa, 10 września 2008

chodziło za mną wczoraj

zwłaszcza rano, w drodze do pracy
...bruk lśnił jak lustro,
i było tak pusto
bo padał deszcz
...
a potem wyraźnie
zrobiło się jaśniej
choć padał deszcz...*


* historia prosta, j. wasowski, j. przybora śpiewa iga cembrzyńska

poniedziałek, 8 września 2008

psychot

czyli shrink potrzebny od zaraz.
cymkot po raz drugi w ciąg tygodnia został uwięziony w cz pokoju. oczywiście niechcący, co nie zmienia faktu, że przesiedział tam cały dzień i właśnie odragowywuje traumę.
wygląda jak kupka nieszczęścia i zawodzi żałośnie, robię co mogę, ale pomaga umiarkowanie, a finkot zdecydowanie nie nadaje się do grupy wsparcia, mam przekichane...

deszcz pada

spać się chce okropecznie, najchętniej zaległabym jak żwirek z muchomorkiem, nie mam nic przeciwko latającym, ślicznym snom
dobranoc...

piątek, 5 września 2008

przeczytane w drodze do pracy

na koszulce współpodróżującego:
ШИТ
ХЭППЭНС
oczywiście czcionka była bardziej wyszukana, ale zdjęcia nie zrobiłam bo:
primo - byłam zaspana
secundo - fon mi ledwie zipie i czasem zacina się przy robieniu zdjęć, więc mogłoby to chwilę potrwać, a
tertio - osobnik wyglądał antypatycznie i nie chciało mi się nawiązywać z nim kontaktu (werbalnego ani jakiegokolwiek innego...)

czwartek, 4 września 2008

czegóż to ludzie nie wymyślą

czyli czytam z przyjemnością

przeczytane na koszulce przechodnia

same shit
different day

może coś w tym jest?

wtorek, 2 września 2008

znalezione w maglownicy

czyli duży m donosi:
Mysza, a nawet dwie były dzisiaj pilnie śledzone. W końcu przechwycone, ledwo się wymknęły i uszły z życiem. Niestety po akcji trochę ucierpiały i poruszają się na wózku. Zrobimy myszom miejsce do parkowania dla inwalidów na półce i będzie git.
ciekawe, kto śledził myszy? czyżby wcale już nie najmniejsza m świata, która w sobotę skończyła rok i z tej to okazji weszła w posiadanie m.in. mysiego zaprzęgu...

*

nie myśleć
nie analizować
nie wnikać
jeść jabłka
wykształcić formę przetrwalnikową...

wtorek, 26 sierpnia 2008

hello world!

czyli prababcia w globalnej wiosce.
to się musiało tak skończyć - nie da się uciec przed postępem - w sześćdziesiątej siódmej wiośnie życia rodzicielka weszła w posiadanie telefonu komórkowego i na początku czerwca dostałam sms "to ja mama" z niezidentyfikowanego numeru.
a dzisiaj zobaczyłam na wyświetlaczu "jestem prababcia seweryna". nie napisała co prawda, że świeżo urodzony obywatel (amerykański zapewne jednak) waży 8 funtów, ale i tak jestem z niej dumna, jak tak dalej pójdzie, przed siedemdziesiątką zacznie pisać bloga!
no bo na pewno wkrótce opanuje sztukę samodzielnego odpalania kompa, żeby móc porozmawiać z amerykańską wnuczką i pooglądać prawnuka kiedy przyjdzie jej na to ochota...

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

na dobry tygodnia poczatek

pewien duży sysad przysłał mi piosenkę
...I’ll give you a cake
I’ll give you a hug
I’ll buy the “world’s best system administrator” mug...

hmmm, zapraszam, dawno nie byłam dokarmiana przez użyszkodników...

sobota, 23 sierpnia 2008

goodbye katafalk

czyli miało być tak pięknie...
ekstra-super-hiper materac z 7 strefami twardości, śliczne olchowe łóżko prosto z bystrej od pana liszki*, noc z piątku na sobotę - teraz na pewno wreszcie się wyśpię!
czyżby? zapomniałam, że mieszka z nami histeryczny sierściuch, który od 5 rano chodził dziś po mnie i wrzeszczał. przestał dopiero niedawno i zwinął się w kłębek, chyba obudzę drania, dlaczego on ma być wyspany a ja nie?

* trochę było strachu, że się nie zmieści w sypialni, ale w końcu udało się je wcisnąć, tak, tak dosłownie wciskaliśmy je między ściany. pan liszka powiadomiony mailowo o sukcesie przedsięwzięcia odpisał "troszkę popieścić się zmieści"

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

wyimki z gg

czyli konwersując wirtualnie z s.
s w panice totalnej, właśnie odkryła, że ma towarzystwo. przyssane doń (póki co) na stałe. pocieszam, że kleszcz ma zdecydowanie mniejsze szanse na przeżycie niż ona, ale chyba mało skutecznie, bo za chwilę czytam:
wiedzialam ze umre
ale nie wiedzialam ze na odkleszczowe zapalenie opon mozgowych

jak w łodzi? pływa?

czyli czy jest związek pomiędzy oberwaniem chmury a pytaniem w?
są tacy, co twierdzą, że i owszem.
w piątkowy wieczór szczęśliwa przypominała raczej amfibię - a zachwycał się urodą bocznych fal, ja skupiałam się raczej na ślepieniu przez szybę przednią, zalewaną hektolitrami wody. popadałoby jeszcze trochę i byłoby jak u sienkiewicza, kuby sienkiewicza oczywiście...

wtorek, 12 sierpnia 2008

może i szybko, ale...

czyli podróżowałam lodówką.
w sobotę, dzień upalny dosyć, udaliśmy się nowoczesną lux-torpedą pkp do łodzi. trasa faktycznie odremontowana jak się patrzy, pociąg mknął 120 na godzinę (przynajmniej tyle wskazywał wyświetlacz) tak cicho, że słychać było szczękanie zębami podróżnych.
a podróżni szczękali zębami z zimna, bo temperatura w lux-torpedzie wynosiła tak na oko z 18 stopni. apele do konduktora, że nie jesteśmy kanapkami z majonezem i nie trzeba przechowywać nas w warunkach chłodniczych nie odniosły skutku.
łódź powitałam salwą gromkich kichnięć, a w gardle drapie mnie do tej pory. na szczęście w poniedziałek rano do stolicy przywiózł nas i, toyotą, bez klimatyzacji, dzięki czemu upiekło mi się chyba zapalanie płuc.
może unia oprócz 70 milionów do modernizacji torów i taboru powinna dołożyć jeszcze ciut na szkolenie z obsługi klimatyzacji?

czwartek, 7 sierpnia 2008

a może jednak do twarzy mi z wytrzeszczem??

czyli znalezione wczoraj na ścianie remontowanego domu, zapewne ręką jakiegoś fachowca skreślone

dla tych co nie widzą obrazka, napis na ścianie głosi:
potkowa leśna julita
ciekawe czegóż on chciał o julity z podkowy l?

środa, 6 sierpnia 2008

every cloud has a silver lining

czyli my name is house, gregory house...
znowu użyłam jak pies w studni. po północy zadzwoniła cz, żeby poinformować, że pociąg spóźnił się ponad godzinę, a poza tym siedzą na korytarzu.
zdążyłam zasnąć, ale już o 2:40 obudził mnie upiorny skurcz łydki.
wyspana inaczej dokuśtykałam do lokalnej piguły, która radośnie pogrzebała w mej gardzieli w poszukiwaniu bliżej jeszcze nieznanego mikroba, po prostu żyć, nie umierać!
w drodze do pracy dowiedziałam się od cz, że jestem wyrodną matką, bo mama a nie spała podobno całą noc, a ja śmiem zgłaszać zastrzeżenia co do budzenia mnie po północy - ale w sumie sama sobie winnam, mogłam nie dzwonić do niej z pytaniem, czy dojechały całe i zdrowe.
no dobrze, a gdzie jasne strony?
kuleję jak doktor house! szkoda, że magnez mam w podłużnych tabletkach, nijak nie przypomina vicodinu...

wtorek, 5 sierpnia 2008

meandry pisowni

czyli oczy wytrzeszczam.
przytruchtał do mnie wczoraj zaaferowany użyszkodnik z prośbą o wydrukowanie tabliczek z nazwiskami. przywlókł ze sobą zagryzmolony karteluch, trudno było odcyfrować pisaninę, więc poprosiłam grzecznie - napisz to drukowanymi.
użyszkodnik przejął się okropecznie i po circa trzech kwadransach wpadł zziajany, tym razem z wydrukiem. nie spodziewałam się, że będzie w stanie wklepać to do kompa, ucieszyłam się więc i poprosiłam o plik.
nie mam, skasowałem, wyzipiał osobnik, a mnie zaczęło opadać wszystko. ale przecież coś musiało zostać na później, bo otrząsnąwszy się z szoku rzuciłam okiem na karteczkę. a tam jak wół: młotrzy specjalista - oczy wysadziło mi z orbit i zwątpiłam ostatecznie...
dzisiaj rano oczy miałam już na miejscu, ale nie zbyt długo, bo pewien pan poinformował mnie via mail, że: koszt wysyłki to 85zł przy wpłacie na kąto.
bosh, a jak ten wytrzeszcz mi zostanie??

sobota, 2 sierpnia 2008

powstaję, wybucham i wyję

czyli a nie mówiłam?
ostatnie kilka dni dopinałam pewien (mały na szczęście) projekt związany z rocznicą wybuchy powstania. wymagało to m.in. zorganizowania transportu z punktu a do punktu b nie do końca określonej liczbie harcerzy. szybko policzyłam, że najprostszym i najtańszym sposobem będzie zamówienie odpowiedniej liczby taksówek, bo odległość między punktami była nikczemna raczej.
punkt b był mi znany, gorzej niestety z punktem a. harcerze mieli zostać przejęci po zbiórce, grzecznie zadzwoniłam więc do niejakiego harcmistrza z prośbą o dokładne namiary punktu a. harcmistrz długo opowiadał w którym to parku przy pewnej ulicy, ale podania numeru ulicy odmówił, twierdząc uparcie, że taksówkarze nie będą mieli kłopotu z odnalezieniem miejsca. czułam, że robię niemądrze, ale skapitulowałam przed jego argumentami.
wczoraj z odpowiednim wyprzedzeniem (czytaj nie za późno ani nie za wcześnie, ot w sam raz dla korporacji radio-taxi) zamówiłam 5 pojazdów, bo tyle ostatecznie było potrzebne do przewiezienia gromadki. podałam telefon do punktu a, gdyby jednak coś nie tak z tym opisem i do mnie, ot tak, z przyzwyczajenia.
radiopanienka przyjęła zamówienie, a ja spokojnie udałam się do dalszych zajęć.
niestety o 16.30, kiedy wypatrywałam czujnie całego towarzystwa (przecież ktoś musi za to zapłacić) zadzwonił harcmistrz, że wciąż czeka na podwody. szybki kontakt z radiopanienką ukazał grozę sytuacji - brak numeru ulicy = zero podwody czyli zamówienie zostało anulowane!
co myślę o tym, że nikt nie raczył mnie poinformować o odwołaniu, powiedziałam radiopanience bardzo krótko i raczej parlamentarnych wyrażeń używając, bo czas naglił.
harcerze godzinę w spędzili w podróży (o 16.58 harcmistrz donosił, że jeszcze kilometr). syreny zawyły, apel opóźnił się deczko, napięcie powoli opadło.
ale nie do końca chyba, bo dzisiaj o 5.12 obudziłam się z wrzaskiem - nie da się inaczej, kiedy łapie skurcz łydki, a może to złość na bezmyślność radiopanienki spuszczona ze smyczy użarła mnie boleśnie?

środa, 30 lipca 2008

dobry admin to tłusty admin

czyli dążę do ideału...
nie da się ukryć, bardziej jestem ostatnio w pełni niż w nowiu, na dodatek użyszkodnicy robią co mogą (hmmm, pochłonąć te jeżyki, co je wczoraj dostałam, czy poczekać?).
sama minimalizuję wydatki energetyczne jak tylko się da, choć czasem trzeba się jednak ruszyć, bo przez net nijak nie da się wyrozumieć.
pójdę chyba na wycieczkę do plusa*, bo kusi mnie rzucenie starego operatora, lecz na stronie zapętliłam się totalnie. pokonana zostałam przez meandry umowy minutowej**, a przecież nie jestem masą ciemną i nawet samochód ubezpieczam via net, zza biurka nie wypełzając nawet!
naprawdę zwariować można od porównywania ofert telecomów, jeszcze trochę i odwiozą mnie w plecionce na pankrac...

* na ideę obraziłam się wieki temu i niech tak zostanie, przynajmniej jeden żłób do wyboru mniej...
** o ja gooopia, regulaminy czytam, a tam jakieś taryfy kubali się krzyżują z minutami, bosh, kto to jest kubala ja sie pytam??

wtorek, 29 lipca 2008

remanent

czyli zdjęcia w telefonie przeglądam...
i wraca pytanie (wciąż bez odpowiedzi niestety) - czy parkując motocykl trzeba kupić bilecik? a jeśli tak to gdzie go wetknąć?

poniedziałek, 28 lipca 2008

wróciłam

i co z tego?
spać chce mi się wciąż, pracować ani trochę za to...
najgorsze, że czeka mnie spręż w piątek, a tu najchętniej zagrzebałabym się w misie gumowe, powiedzmy z akuninem (tak, tak, z miał rację czyta się to lekko, łatwo i nawet przyjemnie, łyknęłam ostatnio trzech erastów bez wewnętrznego fuj).
a propos zagrzebywania się, cymkot jest absolutnie bezbłędny, ostatnio udawał, że jest mną, nawet pod kołderkę się wpasował :)

środa, 16 lipca 2008

mam wiadro pełne szczęścia

czyli kolorowej mozaiki, z której ułożę pewnie blat w łazience.
wszyscy pukają się w czoło, że niby taka mrówcza robota, ale ja cieszę się jak dziecko i najchętniej zaczęłabym już teraz.
ale nie zacznę, bo przecież muszę sie spakować - jutro rano śmigamy przecież do q....

poniedziałek, 14 lipca 2008

duże ufff

czyli oddałam indeks i ostatnią xsiążkę zaległą i niniejszym rozpoczęłam wakacje.
wesoło rozpoczęłam, bo od formatu dysku w qrczaku (och, jaki piękny żółty paseczek na niebieski tle, no i ten opis - instalator kopiuje pliki...), ale nie było to nic nagłego, o nie, qurczak miał to obiecane już od dawna i wreszcie sie stał, hihihi.
a jak dobrze pójdzie, to również stanie się nowy blat pod umywalkę w łazience, bo sz udało się namierzyć wiadro z mozaiką, radość duża...

czwartek, 10 lipca 2008

władca zaworów

czyli nie piszę, bo sił mi brak
a czemu?
bo:
niewyspanam chronicznie
odbija mi się wciąż kawałkami wiedzy niestrawionej (i niestrawnej niestety...)
p zalepia dziurę w łazience, a złośliwi zakręcacze zakręcają wtedy wodę wszędzie więc się kurzy i jest błeee, że o sprzątnięciu potem nie wspomnę, a brudnemi łapkami w qrczaka klepac nie będę
i jeszcze na dodatek wymyśliłam sobie wycięcie kaloryfera w kuchni, a to okazuje się byc droga przez mękę i to kosztowna.
więc nie piszę, żeby nie było, że zrzędzę...

poniedziałek, 30 czerwca 2008

oddam w dobre ręce

czyli refleksje wirtualne w
w: siedzę i znofu jak głupi rysuję te interfejsy, i zadaję sobie pytanie czy to mnie kręci?
ja: mnie non stop kręci w nosie - chcesz moje uczulenie - chętnie oddam - będziesz miał coś swojego, co cię zawsze będzie kręciło...
no dobra, prawie zawsze, jak mniej pyli to mniej kręci...

włóczy się, a nie uczy

najwięcej dzieje się, kiedy absolutnie nie mam czasu, ale plany są po to, by je zmieniać...
tym razem rzucało mną po toruniu i poznaniu, że mniejszych miejscowości nie wspomnę, a to wszystko w czasie, kiedy planowałam uczyć się i wysypiać. nic to, przecież do godziny zero jeszcze 5 dni, więc może mnie nagle ziluminuje, a tymczasem
...tęsknię za smokiem...*
*za manię p z kotem na gorącym dachu głowy dziękuję zimnej blondynce z czarnego tulipana w toronto, to była inspirująca wycieczka...

piątek, 27 czerwca 2008

pytam

przekraczam granice, przełamuję tabu, dziwię się, rozumiem...
ciągi skojarzeń, proste i automatyczne, w głowie od rana python lee jackson (no tak, jeśli wąż to oczywiście z antypodów, myślę o dawnej uwadze k)

every day i spend my time
drinkin' wine, feelin' fine
waitin' here to find the sign
that i can understand - yes i am

in the days between the hours
ivory towers, bloody flowers
push their heads into the air
i don't care if i ever know - there i go...*


* breaking the waves ost, utwór 1

jak rozśmieszyć użyszkodnika

czyli hasła zmieniam.
gubią, zapominają, mylą się, dzwonią...
pytam jakie sobie życzą, bo przecież to ich hasła, a nie moje.
nie wiem, pani coś wymyśli, tylko żeby łatwe było
czasem mam dosyć mantry hasło powinno zawierać 8 do 12 znaków w tym co najmniej 2 specjalne więc ku wielkiej radości po drugiej stronie tubki odpowiadam na przykład nowe hasło to "niewiem..."

czwartek, 26 czerwca 2008

powrót mammagodzilli

albo dialogi na cztery nogi.
toczę z cz boje nieustanne o trzymanie się z daleka od zawartości moich szuflad w garderobie, mało skutecznie niestety toczę.
cz nie jest przebiegłym wiewiórem i dała się ostatnio przyłapać na łażeniu (boso!!!) w moich ulubionych skarpetkach a'la kot prot, oczywiście wyraziłam swój sprzeciw* i zażądałam natychmiastowego zdjęcia niecnie zagrabionej odzieży.
cz zaś jak mantrę powtarzała, że zabiera moje, bo nie ma swoich. było to oczywiście wierutne kłamstwo, bo następnego dnia podczas wieszania prania (wyłącznie zawartość jej kosza z bielizną) sama policzyła, że ma 29 sztuk skarpetek, co daje 14 par + jokera!

* dobitnie, a jakże, wszak jestem w fazie ostrej mammagodzilli, ale jak tu nie być, kiedy sesja, uczulenie, bajzel wszędzie i jeszcze poniewierają garderobę?

piątek, 20 czerwca 2008

luźne migawki

czyli raport z oblężonego umysłu.
młotkowi młotkują, materia stawia opór, mózg ściśnięty w zastraszającym tempie zmienia się w kupkę szlamu, procedura z kursorem wychodzi, ale bokiem, histeria sesyjna osiąga apogeum.
zamiast zgłębiać meandry kompozycji i agregacji rekursywnych, że o ograniczeniu {bag} nie wspomnę, hepię p na okoliczność bałaganu, p znosi to cierpliwie i z godnością.
big cyc kiedyś parodiował iggy'ego śpiwając na wszystko leje pies, u mnie co najwyżej futrzaści mogą zwymiotować, co z resztą skwapliwie uczynili dzisiaj rano...

środa, 18 czerwca 2008

8:00 175 z lotniska do centrum

czyli ewo, rewo i ja*, a może the times they are a-changin`?
wsiadam i oczom nie wierzę - siedzi sobie osobnik wygajerzony i stuka w hpka!
ja rozumiem, że w pociągu do łodzi dajmy na to, taki widok to normalka, ale żeby tak w autobusie miejskim?? szybki rzut oka na wyświetlacz wyjaśnił wszystko - w nagłówku dokumentu jarzyło się logo accenture (dawniej arthur andersen, a może e.wedel lub 22 lipca?), oni są zdolni do wszystkiego...

*j uprasza się o nie zżymanie, lecha j lubię i basta :)

wtorek, 17 czerwca 2008

ups & downs

truskawki, smutki i piosenka dla (a może o?) p...

co alicja odkryła po drugie stronie lustra?

zaraz, zaraz, ale gdzie jest lustro?
nie ma, przepadło, p zeznaje, że widział je całkiem niedawno i chyba gdzieś przełożył, ale gdzie? ślad po nim zaginął.
chociaż nie dowiem się co jest po drugiej stronie, to nie spotkam również utensyliów malarsko-tapeciarskich cz na środku dużego pokoju, biedaczka pacykować musi się teraz w łazience, więc moja szklanka jest w połowie pełna...

deszcz obmywa zmiany

bo dzieje się, oj dzieje, na frontach wielu, ja jakby ciut outsider ale niekoniecznie, bo przecież u mnie też nie tylko histeria (ob)sesyjna, na szczęście przemijająca jak piekła buddyjskie, ale parę innych wcale nie drobiazgów również.
zaś j z kraju ościennego (chyba) śle kawałki bardzo a propos, ciekawe skąd wie, że od jakiegoś czasu borykam się z użyszkodnikami codziennie?

czwartek, 12 czerwca 2008

kleopatra czy lady mackbeth

czyli nie mogę się zdecydować.
jeśli kleopatra, to w wersji cokolwiek modernej, bo to nie była kąpiel tylko coś jakby prysznic, no i zamiast oślego mleka świeżutki chłodnik.
za lady m przemawiałaby kuchnia, która wyglądała jakby kogoś w niej zamordowano i bynajmniej nie chodzi o niewinne młode buraczki i kruche ciałka ogórków. i ja w tym wszystkim zacierająca ślady zbrodni.
na szczęście okazało się, że udało mi się wylać na siebie i okolice wystarczająco dużo by wyglądało to dramatycznie, ale zostało dosyć, by się najeść...

(ob)sesja

czyli nic nie robię, bo uczyć sie powinnam...
nie czytam zatem fajnych książek, do kina nie chodzę, jęczę tylko okropecznie, poczucie winy mną targa i na wszelki wypadek się nie uczę, no zgroza!!!

niedziela, 8 czerwca 2008

mission possible

czyli znowu się, udało...
j przysłał mi ostatnio ciekawostkę, czyżby przeczuwał, żem jak tom c i żadna misja mi nie straszna?

zamykam oczy i myślę o anglii

czyli opcja zrób to zaraz i zapomnij wygrała na szczęście.
depeszuję z piekarnika (ca 35 stopni celsjusza) w którym właśnie prezentujemy kompletnie rozgrzebany projekt zaliczeniowy. udało mi się przekonać resztę, że za dwa tygodnie mamy kilka innych kobył i na pewno nie będziemy mieli czasu się tym zająć.
no i właśnie się dzieje - fajnie jest, zobaczymy cóż tego wyniknie, ale na pewno moc jest z nami!

środa, 4 czerwca 2008

migawki z pola walki

s prowadzi życie nietoperza - tylko czemu mnie w to wciąga, przy okazji budząc p, który dla odmiany zaczyna żerować?
cz wychodzi na kwadrans i wraca po czterech godzinach;
słonko świe, kwiatki pa* - być może - nie czuję, mam trąbę;
futrzaści rzygają jak koty;
istnienie boli;
remont wszechogarnia;
diagram klas leży i kwiczy...

*za świetlickim

wtorek, 3 czerwca 2008

teraz już mogę zemdleć

czyli a nie mówiłam?
jakieś pół roku temu cz po raz kolejny przekłuła sobie ucho, w miejscu idiotycznym z resztą, ale ostatecznie ustalono, że nie moje ucho, nie mój cyrk (no dobra, to było o małpach, swoją drogą niezły z niej okaz...).
niestety upragniony rook cz postanowił wyemigrować*, więc droga progenitura zdecydowała się go wyjąć. nie było tak prosto - cholerstwo zakręcone tak, że sama odkręcić nie dała rady. i co? do kogo przyszła z tym gipsem? do mnie oczywiście.
ja zaś, mimo strachu (no bo tak delikatnie i jednocześnie zdecydowanie klapcążkami operować, żeby gwincik odkręcić bez ukręcenia małżowiny, to sztuka niejaka, a mnie wprawy zdecydowanie brak), zęby zacisnęłam, o anglii pomyślałam i ustrojstwo odkręciłam bez obrażeń powodowania.
a teraz trochę mi słabo, oj nie jest łatwo być matką...

*ha! ja też do niedawna nie miałam pojęcia, że kolczyki miewają takie ciągoty

niedziela, 1 czerwca 2008

aaaaa

czyli zmieniam się w szopa pracza.
czemu? to normalne. zawsze, kiedy mam robić rzeczy nudne i marudne miewam napady szopowatości. czasem włącza mi się również program "może by posprzątać, przecież nie mogę uczyć się/pisać projekt/czy co tam jeszcze* w takim chlewie". dzisiaj co prawda program odbagniania kuchni włączył się chamskim świtem, ale pranie rulez zdecydowanie, trzecia pralka właśnie się miętosi, a to chyba jeszcze nie koniec...

*niepotrzebne skreślić

piątek, 30 maja 2008

na wiosnę kwiatki rosną

i kwitnie miesiąc maj...
tylko czemu tak swędzi piekielnie z okazji maja i czemu oczy królicze na maksa? to nie po krasnoludzku! jak mam podziwiać kwiatki kwitnące skoro ledwie co widzę? a opuchnięta trąba nie czuje prawie nic. do kogo mam zwrócić się z reklamacją, hę?

środa, 28 maja 2008

książki które gubię

rekordowe były na pewno listy z podróży przybory - jeśli dobrze pamiętam, kupiłam w sumie pięć egzemplarzy, no dobra, jeden lub dwa podarowałam komuś, na szczęście ostatni dzielnie trwa na półce.
kolejne pozycje - ex aequo tortilla flat steinbecka - trzy lub cztery sztuki, w tym jedna w oryginale - i jajko i ja betty macdonald. tu wspięłam sie na wyżyny - zgubiłam dwie własne i jedną podarowaną matce - a może matka zgubiła swoją sama? nie wiem, ale ani jajka ani tortilli nie ma z nami obecnie. co nie znaczy, że nie kupię następnych egzemplarzy, od czego jest allegro?

poniedziałek, 26 maja 2008

nerwica w granicach normy

czyli sesja zbliża się krokami wielkimi...
w przypomniał mi zabawną animację, na myśl o projektach, które czekają mnie w najbliższym czasie robi mi się coś podobnego jak eks-gąsiennicy na myśl o lataniu...

wtorek, 20 maja 2008

luźne skojarzenia

m pyta cokolwiek retorycznie, czy nie wiem aby przypadkiem czemu zofija* tupie dzisiaj tak potwornie.
a mnie przypomniało się
piłeś
nie jedź
nie piłeś
wypij
wars wita**


* kot zaiste zrównoważony i nobliwy
** wały jagiellońskie, etykieta zastępcza, strona b, utwór pierwszy

nowa sekta

czyli nieustraszona pożeraczka kieliszków.
mam poważne podejrzenia, że moja zmywarka oprócz działalności podstawowej składa również ofiary bliżej nieznanemu bóstwu. szkoda tylko, ze ten baal lubi wyłącznie kieliszki, co gorsza te ulubione, duże, do czerwonego wina. ale przecież nie będę zmywała ich w łapkach, chyba muszę się z tym po prostu pogodzić...

niedziela, 18 maja 2008

pokrywkowi skrytożercy

czyli robię porządek w lodówce.
ktoś, albo coś pożarło pokrywki od części plasticzanych pudełek, które namiętnie hoduję w szafce pod kuchennym zlewem. słówko hoduję mogłoby sugerować rozmnożenie, a tu klops, zamiast się mnożyć znikają, zwłaszcza te w ulubionym rozmiarze!
a ja przecież muszę pozamykać szczelnie połowę zawartości lodówki, bo urodzinowy tort cz, póki co jeszcze in spe, musi stać do jutra w lodówce właśnie, zaś bita śmietana o delikatnym czosnkowym aromacie to zdecydowanie nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej...

środa, 14 maja 2008

wszystko zielone

szparagi, guacamole, ogórki w tzatzikach, zielone łodygi żółtych tulipanów...
tylko tak jakoś mało wesoło mi dzisiaj mimo tej zieloności. może skazany na bluesa tak przekłuł wesoły zielony balonik? a może wspomnienie taktownego umierania brzechwy tak mnie sklęsło?

...Wiosna to co innego! Nie ma lepszej pory,
Aby umarł taktownie człowiek ciężko chory.
Na cmentarzu wesoło zielenią się drzewa,
Żałoba na wiosennym wietrze się rozwiewa,
I śmierć zda się błahostką, gdy wiosna upaja...
Postaram się pociągnąć do połowy maja.

nie będę się dłużej zastanawiać, szkoda czasu, czeka na mnie prywatne życie pięknej heleny...

wtorek, 13 maja 2008

ostry przedmiot pożądania

czyli diaksa chcę.
bo ekspralka już pod drzwiami, a w kątku sterczy kilka takich fragmentów co to je ziuuu, ziuuu trzeba. wiem, że eksmisja starej przed przybyciem nowej była posunięciem ryzykownym, ale dzięki temu wreszcie można dostać się do kąta, teraz tylko upojna chwilka z diaksem i gotowe!
nie, nie upieram się, że zrobię to sama, interesuje mnie rezultat, szybko...

dychotomia

czyli tęskniąc za ms hyde.
użerając się z rzeczywistością pomyślałam, że mógłby mnie ktoś porozpieszczać.
nie, żeby od razu nosić na rękach, choć rozmiarowo jest to jak najbardziej wykonalne, ale tak chociaż trochę.
tylko, że do tego trzeba być chyba bezradną kobietką, a to trudno pogodzić z faktem, że zamiast puderniczki noszę w torebce szwajcarski scyzoryk i jako mała dziewczynka bałwochwalczo wielbiłam adama słodowego...

poniedziałek, 12 maja 2008

ostatnie podrygi konającej ostrygi

czyli decyzje zostały podjęte i jak dobrze pójdzie, to jeszcze w tym tygodniu zrobię pranie w czymś, co nie będzie przypominało lądującego helikoptera.
ale dzisiaj jeszcze słyszała nas cała okolica, a odpalając piekielną machinę nuciłam pod nosem stary kawałek lombardu
to chyba nasz ostatni taniec...

niedziela, 11 maja 2008

piosenka na dobranoc

czyli peterburg
dzisiejsza wersja na żywo podobała mi się bardziej, zwłaszcza, że nohavica zaśpiewał polski tekst, a
...nad szklanką wódki
majstruję przy giwerze.
gawron usiadł
na dachu w petersburgu.
niech to wszystko szlag!...*

brzmi lepiej niż
...nad sklenkou vodky hraju si s revolverem
havran usedá na střechy petěrburgu
čert aby to spral...

* przekład tolo muracki
nohavica, kapela i goście, filharmonia narodowa w warszawie

to była powódź nieduża

czyli proces decyzyjny czas zacząć.
chatynkowa pralka od jakiegoś czasu popłakiwała sobie w kąciku, nie da się ukryć, moja doń niechęć mogła być przyczyną depresji.
ale ostatnio trochę przesadziła, nie dość, że próbowała kilka razy uciec z łazienki, to jeszcze dokumentnie zalewa łzami podłogę. nawet cz, pomna mego zrzędzenia na temat stanu finansów poczuła grozę sytuacji, bo po powrocie do domu znalazłam taką oto kartkę:

a najgorsza w tym wszystkim wcale nie jest konieczność uruchomienia rezerw budżetowych, tylko wybranie spośród powodzi marek i modeli, a potem zorganizowanie płynnej zamiany, co wcale nie będzie takie proste, bo trzeba wcześniej wyciąć kilka drobiazgów, żeby zmieściła się taka otwierana z boku, bo to właśnie przez ładowanie od góry nabawiłam się niechęci do pralki obecnej...

piątek, 9 maja 2008

dylemat

czyli s zastanawia się jak i gdzie spędzić wakacje.
może łódki, może madera, a może zupełnie co innego?
- nie chcę z nimi na łódki, wcale nie podobają mi się hotele, najchętniej kupiłabym bilety na samolot i poleciała dokądkolwiek, a na miejscu zastanawiałabym się co dalej.
- to zupełnie jak pan r i ja, po prostu najchętniej pojechałabyś na wakacje z nami.
- eee, z panem r tak, ale z tobą to nie, w pierwszym rowie wlazłabyś w coś i dostała pokrzywki, a poza tym jesteś marudna
- taaa, a pan r martwy, to też na m...

czwartek, 8 maja 2008

zbiegi z okoliczności

czyli mały m wyciąga wnioski.
najmniejsza m świata zaczęła gadać, widziałam na własne oczy, a raczej słyszałam własnymi uszy. da da da, ga ga ga, od poniedziałku nadaje jak nakręcona.
mały m zauważyła radośnie, że może mieć to coś wspólnego z faktem, że spędziła majówkę w moim towarzystwie, ciekawa zaiste koncepcja...

środa, 7 maja 2008

nareszcie

czyli uwaga! uwaga! zaczęły się szparagi!
i tak to zamiast nóżek pożarliśmy cztery pęczki szparagów i jak zwykle michę sałaty, a nóżki poszły, czyt. zostały zapakowane na wynos...
no cóż,
don't you see life's a dream coming true now*
* t.time, smolik i novika

wtorek, 6 maja 2008

nóżki

czyli jej przenikliwość mały m :)
zapytana przez praem o moje preferencje obiadowe w kontekście planowania cóż też będziemy jedli w czasie ostatniego wyjazdu, mały m wypaliła bez zastanowienia
już wiosna, mięso będzie jadła!
i coś w tym chyba jest, bo faktycznie wraz z nastaniem wiosny budzi się we mnie potwór-mięsożerca i łaknie marynowanej karkówki i innych przyjemności.
przez cały weekend chodziły za mną nóżki w galarecie, a teraz niecierpliwie czekam, aż się zsiądą.
na jutro zapowiedziano już zlot nóżkożerców, w chatynce oczywiście...

niedziela, 4 maja 2008

dynie zostały zasiane

czyli jednak udało się dużemu i małemu m przechytrzyć wodę z nieba płynącą i słuszny zagonek skopano jak trzeba, więc jeśli nie stanie się jakaś plaga, będzie z czego robić jesienne zupy antydepresyjne.
dożyjemy, zobaczymy...
czekając na zbiory można słuchać np o hydropiekłowstąpieniu, miłego odbioru życzę

środa, 30 kwietnia 2008

kobiety na skraju załamania nerwowego

- poproszę 25 deko sera dziurawiec w kawałku
- to znaczy ile mam ukroić?
- 25 deko
- ale ja nie wiem ile to jest i potem mi takie nie wiadomo co zostanie

do akcji wkracza bardziej kumata niewiasta i już przy trzecim cięciu udaje się otrzymać +/- ćwierć kilogramową bryłkę. w ciężkim oszołomieniu doczołguję się do kasy, żeby odstać swoje w masakrystycznym ogonie (a to przecież tylko osiedlowe globi, a nie żaden hipermarket).
czy ktoś może mi powiedzieć, gdzie jest napisane, że nie można zostawić dziecka z pustawą lodówką na dni kilka, no gdzie?

wiosny kolejne oznaki

smutne dosyć niestety...
wczoraj gadałam z małym m, co gorsze depresja czy mania, nie doszyłyśmy do żadnych budujących wniosków.
wygląda na to, że ostatnie, jakże optymistyczne doniesienia a nie do końca pokrywają się ze stanem faktycznym.
a ja znowu myślę z ulgą, że psychiczny rollercoaster b w tym roku nie będzie moim problemem, choć nie powiem, smutno mi się zrobiło na myśl o tym, że jednak nie jest z nim tak dobrze...
piosenka na ukołysanie smutku wiosennego: iching, utwór 13
już dobrze, dobrze już...

kocilla

czyli potwora hoduję w chatynce, a może dwa nawet...
chyba wiosna tak działa na panów futrzastych, bo co i raz urządzają sobie dzikie galopady dewastując przy tym to lub owo.
czasami mam szczerą ochotę poodrywać im ogony, zwłaszcza, że wiosna działa również na mnie, a jakże - oczy coraz bardziej królicze, nos swędzi jak diabli, najwyższy czas by zaczynać dzień od małego, białego cukiereczka...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

czy państwo pamietają, że...?

Przebywanie na metrażu nieboszczyka jest zabronione!*
w życiu nie przyszło by mi do głowy, że to co właśnie oglądam to rosyjski serial fantasy...
*m. bułhakow, mistrz i małgorzata, rozdział 9

w jak...

do tej pory głównie wie_i_umie_prawie_wszystko, ale to właśnie się zmieniło.
od dzisiaj w jest również wujkiem_pewnej_panienki, a konkretnie niejakiej poliny, 49 cm, 2950 gr, gratuluję!

bakłażany z oliwą i octem balsamicznym

czyli proste przyjemności.
wiosną pachnie zdecydowanie, słońce świeci, ptaszyska drą się bez opamiętania, czegóż chcieć więcej?

niedziela, 27 kwietnia 2008

a gdyby tak

przestała boleć mnie głowa, to czy coś by się stało? przecież nie mogę jej tak sobie odciąć, potrzebna będzie mi jeszcze na pewno.
choćby za kilka godzin, bo gooopia, gooopia znowu zgodziłam się poprowadzić jakieś zajęcia, więc zamiast leżeć w łóżeczku i przespać potwora, muszę wstać i zmierzyć się z rzeczywistością, ratunku!!!

piątek, 25 kwietnia 2008

przezorny nie zawsze ubezpieczony

czyli kto zeżarł mój obiad ja się pytam??
pastując senne zęby pomyślałam, a może by tak rybę na obiad rozmrozić? dobyłam zatem z zamrażalnika dwa urodziwe rybiszony, chytrze zamknęłam w podręcznym piekarniczku (oczywiście wyłączonym, chodziło o futrzastych wyłącznie) i grzecznie poszłam spać. rano przywitały mnie otwarte drzwiczki i pusta miseczka. nie wiem jak oni to zrobili, obaj udają niewiniątka.
w ramach działań odwetowych nie wydano śniadania, ale nie zrobiło to chyba na panach większego wrażenia, bo biały spaśluch wygrzewa się z błogą miną na kanapie, a czarny histeryk marudził nad wyraz krótko...

czwartek, 24 kwietnia 2008

spełnienie

czyli szatański placyk zabaw*
leży przy moim boku udaje że śpi**
wreszcie, dotarła, jedynie 3 kilogramy (a przecież to paperback...), 504 strony, 343 fotografie, auć!

* nan goldin, devil's playground, phaidon press 2008
** świetliki, pobojowisko

nie miała s kłopotu

wymyśliła sobie remont i dręczy wszystkich dookoła. dałam jej się uprowadzić celem konsultacji przeprowadzania i nawet coś niegłupiego chyba wymyśliłam.
ale i tak uważam, że remont z własnej i nieprzymuszonej woli pachnie szaleństwem, a myśl o załataniu wreszcie dziury w łazience wyłupanej już 4 miesiące temu przez rurowymieniaczy napawa mnie niezmiennym lękiem...

wtorek, 22 kwietnia 2008

ziewadło, ziewadło

co cię dzisiaj napadło?*
wampiry znowu, tylko co ja zrobię z tą czekoladą, jeszcze poprzedniej nie wyjadłam do końca. może brownie upiec trzeba?
* za brzechwą oczywiście...

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

czarodziejką chciałabym zostać

i kto wie, kto wie, może zostanę, przecież życzenia się spełniają, wystarczy tylko chcieć, czyż nie?
na dobranoc grabaża mroczno-nocny kawałek
...ja to czuję ja to wiem...

pan banknot w koszarach

czyli po jednym torze przez krzaczory.
przeniesienie koncertu en ze stodoły do niejakiej progresji* zainspirowało f do zorganizowania wycieczki. kto by pomyślał, że w miasteczku stołecznym funkcjonuje takie kuriozum, jak linia tramwajowa nr 20. o dziwo udało nam się nie zaginąć w akcji i trafić na miejsce na tyle wcześnie, by zwiedzić lokalną gastronomię.
potem były niezapomniane przeżycia, coś jakby skrzyżowanie baru przy trasie katowickiej i sama nie wiem czego. a w tym wszystkim bargeld i cała reszta i dźwięki różne, łącznie z deszczem rur z podsufitowej wanienki. nie da się ukryć, działo się, działo...

* biorąc pod uwagę całokształt, to raczej regresja była

piątek, 18 kwietnia 2008

kompulsja*

ładne słowo do scrabbli, tylko nie da się go ułożyć na pustej planszy, za dużo liter...
wciąż trawię rehab, w ciągu miesiąca trafiłam na dwie poruszające książki, kloszardzi i właśnie osiatyński, to zdarzyło się po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna.
* za kopalińskim - przymus; psych. nieodparta chęć popełnienia uczynku irracjonalnego; por. obsesja. etym. - późn.łac. compulsio od łac. compellere 'zmuszać'; zob. kom-; pellere 'popędzać'.

czwartek, 17 kwietnia 2008

rehab

podziwiam osiatyńskiego , mądra, pełna pokory książka. o emocjach bez egzaltacji, szczerze, ale bez ekshibicjonizmu, chapeau bas...

hiena materacowa

czyli znowu wszystko już było.
wykopałam szpetnych w bibliotece, nie było łatwo, ukryli się sprytnie, dwie bibliotekarki szukały ze mną, a teraz z lubością czytam po raz n-ty.
a jak pięknie pasowała hiena do kontekstu naszej dzisiejszej rozmowy z a i k.
kto by pomyślał, że tzw. one night stand to nie wynalazek rewolucji seksualnej i można go tak przezabawnie opisać, na dodatek w realiach lat pięćdziesiątych ub. stulecia.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

trójkąt bermudzki

czyli znowu szukam książki i niestety znowu bezskutecznie.
tym razem obudziłam się z głęboką potrzebą zajrzenia do szpetnych czterdziestoletnich osieckiej. przetrzepałam półki, nawdychałam się kurzu, znalazłam przy okazji alicję w tłumaczeniu słomczyńskiego, której bezskutecznie szukałam jakiś czas temu, ale szpetnych niet.
poczekam jeszcze trochę, jeśli mi nie przejdzie, mam nadzieję, że będzie w bibliotece...

piosenka wieczorna

piazzolla będzie jak znalazł
ta wersja jest nie najgorsza, wszyscy pewnie najlepiej pamiętają grace, chociaż brodzia zaśpiewała to nie najgorzej - lubię te rapowane wstawki niejakiego reda.
oczywiście jest jeszcze yo-yo ma, sama nie wiem na co się zdecydować...

niedziela, 13 kwietnia 2008

wszytko już było

myślałam oglądając rozbuchaną scenografię i efekty specjalne. ciekawe, czy moja babcia oglądała filmy o maciste, nakręcono ich w końcu multum.
a chłopcy całkiem fajnie poradzili sobie z byciem tłem, czyżby jednak nauczyli się trochę grać??

maciste w piekle, reż. guido brignone, włochy 1925, grali dick4dick

sobota, 12 kwietnia 2008

pożądanie

ma zielone oczy i mruczy ogłuszająco. niecierpliwie przebiera łapami, od czasu do czasu trącając mnie nosem. świdrując ślepiami jest jednym wielkim pragnieniem.
czego? zawartości pudełka z napisem jogurt naturalny bez cukru

piątek, 11 kwietnia 2008

oooparta jestem

czyli frontem do klienta.
d wyraziła życzenie, co by samo jej przysyłało nowe blogokawałki wprost do maglownicy. no cóż, jeśli od tego d będzie mniej niebieska nie pozostaje mi nic innego, jak udać się w cyberdżunglę w poszukiwaniu odpowiedniego guziczka.
i udało się! sama to wyniuchałam, nie dręcząc (jak to mam w zwyczaju) w_który_wie_jak_robić_takie_rzeczy, więc jeśli ktoś oprócz d sobie życzy, to proszę bardzo, od dzisiaj wystarczy kliknąć po prawej stronie, ooo trochę niżej tam ->

d jest blue

bo wczoraj również robiła sobie tracheotomię duszy i to na mokro!
nie wiem czy w posen padało, ale tak jakoś skojarzyła mi się ze łzawą marylą
...A gdy padać przestanie w mym mieście gdzie się ze swoim smutkiem umieszczę
W autobusie zapłakanym deszczem tam pojadę gdzie pada wiecznie...*

*ładnie Kofta to napisał

czwartek, 10 kwietnia 2008

tracheotomia duszy*

zabieg pozwalający na zachowanie zdrowych zmysłów. polega na umiejętnym nacięciu duszy i uwolnieniu zalegających emocji. po prawidłowo przeprowadzonej t.d. pacjent przestaje widzieć na czerwono i dyszeć żądzą mordu.
umiejętnie wykonana nie pozostawia blizn.

* dla s - świeżo po zabiegu

piosenka na dobranoc

przyszła mi do głowy, ale nie mogę jej znaleźć na półeczce, buuuuu
na szczęście jest jeszcze net
przy okazji poszukiwań, odkryłam, że autorem tekstu jest straszliwy bielunas, reżyser wielce chimeryczny, w życiu bym nie przypuszczała, że to on napisał moją ulubioną bajbajeczkę na dobranoc...

To jest piosenka na b,
Piosenka co ma dwa brzuszki.
Baj - bajeczka na dobranoc.
Zasypianka do poduszki.

Nosi ciepłe bambosze,
Piżamkę albo śpioszek,
Garnitur wieczorowy -
Podobna jest do sowy,
Do nietoperza i do ćmy,
A w garniturze nosi sny...
...
Ziewają oba brzuszki
Wtulone w puch poduszki,
Zakryte kołderką -
Dobranoc b literko.
Pora spać literko b -
Ja też śpię.


Piosenka na B, muzyka: Wojciech Waglewski, słowa: Jerzy Bielunas

środa, 9 kwietnia 2008

stealth mode

czyli ja też się ukrywam, a co!

choć gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to może należałoby się zwracać do mnie "wasza nieprzeniknioność"...

światło wszędzie

czyli poranek na antresolce.
jeszcze trochę i będziemy mogli obchodzić międzynarodowy dzień głodu - w lodówce głównie światło, po piramidce futrzastopuszek w szafie właściwie nie ma śladu, chyba czas złożyć ofiarę bożkowi zakupów, błeeeee.
ból sporządzania listy koi niejaka fryzjerka et consortes*...

* massive attack, mezzanine

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

proszę wycieczki

czyli ko do usług...
w piątek weszłam w posiadanie 9 biletów na przedpremierowy pokaz filmu w tr*.
niezłe studium paranoi, ale przed i po też było wesoło...
oczywiście s zawinęła się czasoprzestrzeń, ale sens smsa "gdzie jest wejście?" pojęłam dopiero później - okazało się, że popędziła w zupełnie inne miejsce, więc nijak nie mogłyśmy się spotkać. a co zabawniejsze przy okazji wyszło na jaw, że pognała tam również na masłowską, na której się nie spotkałyśmy w zeszłym miesiącu
w ogóle tr ma dziwnego fengszuja, duży z małym też mieli zaćmienie i zostawili samochód u diabła na kuliczkach, a potem gnali jak dzicy.
ale przecież mnie to nie rusza, grunt to żeby się działo :)
może na starość zostanę pilotem wycieczek??

*Jeanette Groenendaal, HOLENDERSKA FABRYKA KOKAINY,

niedziela, 6 kwietnia 2008

gdzie jest czosnek

czyli źle się dzieje w państwie duńskim...
doczołgałam się do chatynki sił resztką, a że zjeść coś ciepłego należało, padło na spaghetti z suszonymi pomidorami, oliwą i czosnkiem. no i tu wtopa na całego - znalazłam jakieś zasuszone marne resztki zamiast jędrnych ząbków! świadectwo kompletnej degrengolady, jak mogłam w ogóle dopuścić do takiej sytuacji?
co jak co, ale czosnek - świeży, zwarty i gotowy to absolutna podstawa...

sobota, 5 kwietnia 2008

ulica sezamkowa*

czyli przecież mówiłam, że jestem cyborgiem...
siedzimy na ćwiczeniach i liczymy słupki, zajęcie głupie cokolwiek w dobie arkuszy kalkulacyjnych, ale cóż, profesora można by datować metodą węgla c14 więc nawet nie próbujemy sugerować, że to koszmarna strata czasu, tylko kombinujemy jak zrobić to ręcznie, ale szybko.
staruszek pieje z zachwytu - pani tak szybko liczy - bo my razem z kolegą, ja jeden słupek, a on drugi, wie pan, procesor dwurdzeniowy...

* let's cooperate

głucha jestem i schrypnięta

czyli koncert udał się jak trzeba.
jak zwykle ubawiliśmy się po pachy, oczywiście koniecznie rząd pierwszy - oj, oj, dick4dick na siedzący? powiedziała s, stała bywalczyni i wierna fanka od zarania dziejów (czyt. dawnych koncertów w aurorze, kiedy chłopcy jeszcze nawet grać nie potrafili, to u niej właśnie słyszałam po raz pierwszy płytę dików wyprodukowaną przez zgniłe mięso rekords).
nie da się ukryć, reagowaliśmy żywiołowo - duży w pełni podzielał nasz entuzjazm i również darł się jak opętany.
nie wiem co było słychać na antenie (niejaki stelmach twierdził później, że bardzo dobrze i równo też :) ale niech żałują ci, którzy nie widzieli, bo to przede wszystkim oglądać trzeba!
na koniec s rozwaliła mnie kompletnie stwierdzeniem, że do tej pory to ona miała płytę (jedyną, kultową, nakład już wyczerpany) i jej słuchała, a teraz to jeszcze będzie ją lizać!

czwartek, 3 kwietnia 2008

kapitulacja

czyli trzeba umieć się ustawić.
w wyrównywanie czegoś tam cz ubrała kolegę, pytam czemu nie chce rozprawić się z tym sama i nauczyć czegoś przy okazji, przecież to może się przydać.
wolałabym zamiatać ulice niż pracować w html
a pod biurkiem zamiotłaś? pytam rycząc ze śmiechu. nie dalej jak godzinę wcześniej cz obiecała zamieść okolicę, bo okropecznie nakruszyła pożerając macę...

dla każdego coś miłego

czyli komunikacja xxi wieku.
każda w swoim kątku kiełzna swój sofcik, słychać tylko stukot klawiatur.
nawet konwersacje via net zaczęłyśmy prowadzić, bo cz zapienione krnąbrnością tabel w html rąbnęło sennheisery i nie sposób się z nią porozumieć inaczej.
na szczęście niejaki sqlplus jest mi powolnym, więc wyrozumiale wybaczam jej wyłączenie massive attack, przy którym tak dobrze mi się klikało...

środa, 2 kwietnia 2008

szczęśliwa

czyli moskwa nie wierzy łzom, tomek lipiński politykom, a s, s nie wierzy mechanikom samochodowym.
i nie da się ukryć, że ma rację...
coś stukało w szczęśliwej s, zostawiła ją zatem w warsztacie. mechanik rwał s nieprzytomnie i już wkrótce dostała wiadomość, w której dzielny pan informował o wymianie części x i gigantycznej oszczędności, jaką poczynił, bo zamiast takiej za 200 wstawił jej równie dobrą za 100.
podejrzliwa jak zwykle zadzwoniła do sklepu z częściami z pytaniem o cenę zamiennika - 25, odpowiedział miły sprzedawca, no dobra, a najbardziej wypasiony oryginał? 100. s zatrzęsło z lekka, więc postanowiła wyjaśnić sprawę z magikiem, wił się jak piskorz.
była też dogrywka - trzeba jeszcze wymienić olej - na jaki - przekładniowy - no przecież wiem, że nie na słonecznikowy, o markę i parametry pytam - a po co ci to, przecież się nie znasz - ale to mój samochód i chcę wiedzieć za co płacę, s puszczała obłoczki dymu jak rasowy smok.
rachunek zmalał z 400 do 200, a magik wymiękł i powiedział, że nie chce już naprawiać samochodów s...

wtorek, 1 kwietnia 2008

wiosna

czyli ...po łące brodzę kwietnej...*
tfu! co ja bredzę, jaka łąka? kwiatki owszem, są, z chusteczek higienicznych...

* niestety nie jest to kalina, ale nie mam siły wrzucać oryginału, katar...

poniedziałek, 31 marca 2008

tosty

czyli wspominając mistrza i małgorzatę i shooting fish.
rękopisy nie płoną, co innego moje grzanki...
co prawda toster nie jest uroczym morphy richards'em i nie podejrzewam by miał duszę, ale zdecydowanie przydałaby mu się wizyta u kogoś takiego jak nieśmiały jez.

zawsze może być gorzej

czyli życie chowa asy w rękawie.
nie da się ukryć, jestem bladawcem. przez większą część roku moje nogi kolorem przypominają mrożonego brojlera, cóż zdążyłam się do tego przyzwyczaić.
ale okazało się, że drób to nie koniec mych możliwości.
spotkałam ostatnio skarpetki (tak, jestem maniaczką, kupuję je kompulsywnie niemal), były dokładnie takie, jak trzeba, zrobione w polsce (a nie w chinach!) bawełniane, cienkie, luźny ściągacz - mało co wygląda paskudniej niż kurzoblade nóżki z sinymi obwódkami od ściągaczy - kupiłam natychmiast par kilka.
i wszystko było fajnie do chwili kiedy je zdjęłam po pierwszym użyciu.
moje stopy! od kostek w dół miały upiorny, sino-trupi kolorek. byłyby jak znalazł powiedzmy dla corpse bride...

piosenka na dobranoc

i cholera, wciąż aktualna niestety
"...wolność. po co wam wolność?
macie przecież chleb i igrzyska...*
"
* kult, kaseta, nr 9

niedziela, 30 marca 2008

zwierzątka domowe na literę k

czyli koczkodany hoduję.
albo jakieś inne małpiszony, przynajmniej tak mógłby pomyśleć ktoś nieznający panów futrzastych, kto zajrzałby przypadkiem przed chwilą do chatynki.
dwa ogoniaste monstra fruwały na wysokości ca 1,5 metra, a razem z nimi kłęby futra, brrrr...

plan b

czyli o tym jak umówiłam się z pewnym a na posiłek regeneracyjny i co z tego wynikło.
metodą kolejnych przybliżeń ustalono menu - gulasz wieprzowy z grzybami, ciężkie to dosyć, ale że z a jest kawał chłopa, niech mu będzie, pomyślałam i weszłam w posiadanie bardzo przystojnej szynki.
wczoraj wieczorem przerobiłam ją na pokaźny gar wstrząsającego gulaszu, ale z niewyjaśnionych bliżej powodów a zapadł się dzisiaj pod ziemię, zaś jutro i pojutrze zdecydowanie nie mam kiedy przyjmować gości.
o pierwszej stwierdziłam więc, że to najwyższa pora, by zaprosić krewnych i znajomych królika na niedzielny obiadek. już kwadrans później ustalono skład kwintetu, który o trzeciej miał zmierzyć się gulaszem.
ostatecznie do stołu zasiadł kwartet, nawpychaliśmy się po kokardy, bo okazało się, że mięsa spokojnie starczyłoby dla oktetu, a sekstet najadłby się do bólu.
po godzinnym leżakowaniu, już we trójkę, bo biedna m musiała do arbeitu, pomaszerowaliśmy na koncert ciesząc się jak dzieci wiosennym słońcem.
na placu zamkowym dopadł mnie przepraszający telefon b, biedaczek rozmawiał ze mną śpiąc i zaproszenie na obiad potraktował jako kolejny zakręt sennej fabuły, dopiero wiadomość na gg uświadomiła mu, że to działo się na serio :)

co do a zaś, no cóż, jeśli znajdzie dobre wytłumaczenie, kto wie, może kiedyś coś jeszcze dla niego ugotuję...

sobota, 29 marca 2008

dla k

czyli kanapka z człowiekiem.
...masło świetne, chleb wspaniały
człowiek z lekka był zgorzkniały*

*jacek kaczmarski, kanapka z człowiekiem (linke), program muzeum

piątek, 28 marca 2008

epileptyka zgubiłam

w tym zamieszaniu...
słuchałam joy division od zarania dziejów, z przyjemnością dużą, unknown pleasures wygrało nawet w konkursie na najlepszą płytę do całkowania rok temu.
ale nigdy nie zajmowała mnie biografia panów, oczywiście wiedziałam co stało się z curtisem, lecz nie drążyłam tematu. żadnego zdjęć oglądania, myślenia jak wyglądali na scenie itp., po prostu słuchałam, czasem często nawet.
nie wiem czego spodziewałam się po control teraz trawię, na pewno dobre zdjęcia, dużo smutku, papierosów, ale czy będę słuchała inaczej? chyba nie...
ciekawe, czy l pójdzie drugi raz, przecież obiecał m? zupełnie niechcący zmieszałam mu trochę, bo nie wiedzieć czemu zrozumiał, że mamy iść tylko we dwoje i że z m to ja nie chcę. cóż, może tak już jest, kiedy ma się 15 lat młodszą pannę i nie do końca wie czego chce, ale to zdecydowanie nie mój ból...

a gdyby tak bilokacja?

czas przyspieszył nagle i niespodziewanie. zdecydowanie powinnam się rozdwoić. ale nie umiem (jeszcze!)
więc nie pójdę z dużym na psychocukier (pierwszą myślą było, że dam radę), jednak skupię się na celebracji tego, że właśnie dzisiaj 3 x 28, cóż za zbieg okoliczności - 28-go, roku 2(00)8 s kończy 28 lat!!!
108 lat miła pani!
to może ja prezent zapakuję??

na dobranoc

blixa bargeld & consortes
Die Befindlichkeit des Landes
wolę wersję z "silence is sexy" ale nie chce mi się wrzucać, więc proszę, jest to co jest...
a jeśli komuś mało, zostaje jeszcze ostatnia płyta i np. nagorny karabach
dobranoc...

kocham ją miłością pierwszą i czystą

i rozmowy o duchamp'ie i sztuce w ogóle.
zupełnie spontanicznie dokonałyśmy dzisiaj analizy relacji damsko-męskich oraz analizy percepcji sztuki jako takiej...
i fajne to było okropecznie, bo ogromnie lubię to świerzbienie gdzieś w umyśle, kiedy tak sobie o tym gadamy. i ten miks punktów widzenia, kiedy spotykają się artysta, historyk sztuki i odbiorca...
nie da się ukryć, że rozmowy o sztuce (i nie tylko) sponsorowała destylarnia Altia Corp. z Helsinek oraz producenci tabasco, sosu worcestershire i duuuuużo soku pomidorowego :)

czwartek, 27 marca 2008

nowa świecka choinka

czyli mam w kątku gniazdo żmij (elektrycznych).
z powodu rozwodu z monopolistą weszłam w posiadanie małego, wdzięcznego pudełeczka. poręczne ono i niewinne, zielonymi ślepkami błyska, ale nie da się ukryć, że to już trzecia taka błyskotka w tym kącie.
oczywiście trzeba toto wpiąć pękiem elektrycznych ogonków w miejsca przeróżne. przy okazji wyszło, że aby poprzypinać wszystko, co chciałabym mieć w tym miejscu brakuje co najmniej dwóch dodatkowych gniazdek.
i przerażenie mnie zdjęło, bo kąt już migoce jak choinka, wyciągnięcie właściwej wtyczki z kłębowiska kabelków różnej maści ćwiczy uważność i cierpliwość, a co będzie gdy dojdą kolejne?

środa, 26 marca 2008

trawestując immanuela

czyli tęsknię za wiosną.
i za podkoszulkiem, na którym królik obwieszcza wszem i wobec, że
niebo gwiaździste nade mną, chęć na marchewkę we mnie
do młodej marchewki ckni mi się również...

poniedziałek, 24 marca 2008

czekając na jedenaście

coraz bardziej już niecierpliwie.

– Wprawdzie mówiłam, że nie wrócę na noc, ale to wcale nie znaczy, że musisz mi od razu brukać łóżko, siostrzyczko. Naturalnie pobrudziliście mi pościel? – ciągnęła zimno Marlena.
– Nie, chyba nie – odpowiedziała Greta i zaczęła nerwowo przyglądać się prześcieradłu.
– To nie ja, to on – wskazała z przerażeniem miejsce, gdzie nic specjalnego nie było, ale co do którego jakieś tam drobne podejrzenia można od biedy byłoby żywić.
– Maryjo… – uniosła ręce ku sufitowi Marlena.
– Jezusie… – pomyślał całkowicie zeszmacony Mężczyzna Incognito.
– Jak ty to w ogóle zrobiłaś, siostrzyczko? Jak i kiedy on tu wszedł?
Usiłowała się stawiać:
– Nie twoja sprawa.
– Mój pokój. Moje łóżko. Moja pościel. Moja naiwna siostra. Moja sprawa.
– Bo to niesprawiedliwe. My nie mieliśmy gdzie. On mieszka z dwojgiem starszych państwa i podstawową komórką społeczną. Wy wszystkie jakoś sobie radzicie.
– Bo trzeba wybierać właściwych mężczyzn. Albo z mieszkaniem, albo z samochodem, albo żeby przynajmniej mieszkał w domu z windą.*


dużo radości mam z tej lektury...
* Marianna G. Świeduchowska, Katecheci i frustraci, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, str. 229

jak nie przejeść się w święta

czyli nie ma to jak dobrze dobrana lektura.
od dawna podejrzewałam, że stamtąd nie ma powrotu. wierzę declerck'owi, gdy pisze, że reintegracja to poroniony pomysł. że trudno reintegrować kogoś, kto wcześniej z trudem utrzymywał się na krawędzi społeczeństwa.
porozsypywane klocki myśli, podskórne przekonanie, że jedyne rozwiązanie to łagodna wyrozumiałość, nie będę ich układać, niech leżą.
brak tylko jednego słowa - pinard nie padło na żadnej z ponad pięciuset stron, zapytałabym pana r co o tym sądzi, ale jak zapytać kogoś, kogo nie ma?
czytam, czuję, przeżywam. nie, nie da się jednocześnie opychać keksem...
Patrick Declerck "Rozbitkowie. Rzecz o paryskich kloszardach", przeł. Anna Głowacka i Jarosław Kaczmarek, Warszawa, Muza

sobota, 22 marca 2008

świat zewnętrzny

wypucowali samochody, namalowali jaja, paradują dumnie dzierżąc koszyczki, życzą świąt, pytają czy już poświęcone.
przemykam pomiędzy nimi, czapka na oczach, ja tylko po gazetę, bolą mnie plecy, dajcie mi spokój...
w domu nie lepiej, futrzasty wypłosz z atakiem histerii, pewnie antycypuje porzucenie. telefon przewierca mózg, żąda natychmiastowego ogarnięcia się i przepisu na ciasto marchewkowe z netu. nie, nie wzięłam lapa, przepisz i przywieź, a w ogóle to czemu jeszcze cię tu nie ma?
rozważam odcięcie łączności, plecy bolą nadal, kurtyna opada...

piątek, 21 marca 2008

wiosna przylatuje w różowych klapkach

czyli ona potrafi człowieka zaskoczyć...
znowu nie znalazłam wjazdu na parking na okęciu (no dobra nie przyłożyłam się specjalnie) za to parkując metodą "przez lejek" poczułam się jak w paryżewie - facet, który chciał tam wjechać po mnie wytrzeszczył tylko oczy i zrezygnował.
siedzę, czytam gazetę, dookoła kłębi się tłum. uff, wreszcie wylądowała.
dzwonię żeby wiedziała, że jestem, czort wie ile czasu zajmie znalezienie walizki, a nie chce mi się wytrzeszczać przy wyjściu.
masz może dla mnie buty? pierwsze pytanie d zwala mnie z nóg, no tak, w delhi wywaliła te w których poleciała, dobrze, że nie pada śnieg tak jak wczoraj - fajnie by wyglądała mknąc przezeń w takich klapersach

chichocząc mkniemy do chatynki, patroszenie walizki, prezenty, po łyku buthańskiej brandy (d na żołądek, ja dla towarzystwa :)
i pędem zamówić biusthalter do pani hani, którą jak się okazało, znają nawet w azji!
a potem gnamy na dworzec, d co i raz wykrzykuje jak tu czysto! wprawiając w osłupienie mijających nas podróżnych. trudno im zrozumieć entuzjazm wywołany m.in. brakiem krów na peronie.
4 godziny snu + tak intensywne wrażenia robią swoje - wracam i odcina mi zasilanie...

czwartek, 20 marca 2008

z zetorem w łóżku

czyli s przybywa z odsieczą.
nie da się ukryć, sklęsłam wczoraj emocjonalnie. i to na tyle poważnie, że zawezwałam s na ratunek. odginała mnie dzielnie do wczesnych godzin porannych, gdzieś między świtem astronomicznym, a żeglarskim.
kiedy w końcu udałyśmy się spać, morświn zajął pozycję strategiczną, tzn. czerwoną poduszkę i się zaczęło. nie wiem jakim cudem podzespół mruczący tego kota przeszedł kontrolę techniczną, przecież są chyba jakieś normy hałasu, a on przekracza je zdecydowanie!
ciekawe co śniło się s, może baza transportowa zimą, kiedy nie gasi się silników, żeby nie zamarzły?
nie, właśnie przecknęła się i popatrzywszy z wyrzutem na źródło dźwięku wymamrotała z kombajnem na głowie...
rano zadowolony z siebie futrzasty wyglądał tak

po prawej śniąca kombajny s, po lewej dopiero co opuszczone misie gumowe

środa, 19 marca 2008

próbuję okiełznać wyrocznię

czyli mentalna blondynka kontra pytia.
zachciało mi się interfejsu jak w szkole no i mam. kłopot oczywiście, bo od jakiegoś czasu, bezskutecznie niestety, próbuję zainstalować na qrczaku wynalazek szatana jakim jest sql*plus.
faqi oraclowe bredzą jak oczadziała wyrocznia delfijska, albo ja pojąć ich światłych wskazówek nie jestem w stanie.
nic to, może w, czyli ten_który_potrafi_zainstalować_wszystko pokona opór materii i oświeci mnie, jak mam to zrobić...

jakoś tak

kleyffowo się dzisiaj czuję...

Przychodzą do mnie różni ludzie
i patrzą tak jak na raroga.
...
z pretensją w głosie, z wymaganiem,
proszą o jasne wyjaśnienie
...
To prawda wiary mi dziś brak
w niezbędność kompromisów pewnych,
lecz każdy z nich jest taki względny
i w końcu to jest problem wasz...*

* j.kleyff, źródło, wolę stare wykonanie, ale nie widzę go w sieci, a wrzucać mi się dzisiaj nie chce, zdecydowanie

wtorek, 18 marca 2008

na dobranoc

piosenka taka przyszła do mnie dzisiaj.
no cóż, zdecydowanie wolę wersję z unplugged. poza tym
...jestem
powątpiewaniem w sens

a może
formą ponad treść*...

*k. nosowska, a ty? nr 2 na hey mtv unplugged

marzną mi końcówki

kolejny dzień mi marzną! ja protestuję stanowczo, tak nie można. wiem, że pomaga na to odrobina alkoholu, ale przecież nie będę codziennie przed snem waliła lufy!
to jest koszmar jakiś...

cymkoty to dranie

finkoty z resztą też...
śnieg pada.
i to by było na tyle.

poniedziałek, 17 marca 2008

zaczęło się

czyli świąteczny obłęd rozkręca się w najlepsze.
zakupy co prawda obyły się bez specjalnych trudności, ale już na stacji benzynowej jakiś nabuzowany osobnik próbował zrobić mi awanturę. próbował, bo nie ma to jak zamknięte sennheiser'y. pokazałam mu na migi, że wcale nie zamierzam ich zdjąć i pojechałam sobie, zapowietrzył się chyba nieco.
już na następnych światłach krasnoludek o wdzięcznym imieniu shuffle, który gania po karcie pamięci, wyczuł sprawę i puścił i don't like mondays, śpiewała tori, ale jeśli ktoś sobie życzy, zawsze może posłuchać oryginału sir roberta

niedziela, 16 marca 2008

suszonych pomidorów brak

donosi mały m z madery. ale za to są świeże, chociaż ona wybrzydza, że woli nasze sierpniowo-wrześniowe.
a ja ledwie żywa zwalczam lodowatość stóp bursztynem krymu - leżakowanym 3 lata w dębowych beczkach. bo madery w chatynce chwilowo brak :)

jednak trochę mnie sfilcowało

miało być inaczej. a może jednak spodziewałam się tego jakoś podskórnie? nie wiem, nie zastanawiam się nad tym. próbuję jakoś dożyć do jutra.
może gdybym nie przeczytała listu?
to był katalizator. coś znowu pękło w środku. nie wiem dlaczego. wcześniej tak nie było. 16 marca mijał gdzieś niepostrzeżenie. a tu nagle jakieś dziwne mentalne skurcze przepowiadające od prawie tygodnia.
a dzisiaj ten list. i łzy gdzieś w ściśniętym gardle.
i tylko nie wiem czy dlatego, że równo 30 lat temu porwano aldo moro (dopiero niedawno zrozumiałam dlaczego tak dobrze pamiętam ten fakt...), a pewien samolot pasażerski nie doleciał do celu zabierając kogoś na zawsze i bez pożegnania?
czy dlatego, że ponad dwa lata temu utknęłam w korku i nie zdążyłam pożegnać kogoś innego?

piątek, 14 marca 2008

na dobranoc

dzisiaj apteka, tak mi się jakoś przypomniała.
zanim zaśniesz pomyśl o tym, że kiedy nas nie będzie, wszystko zniknie jak we śnie...

czwartek, 13 marca 2008

zdziwiłam się

czyli masłowska w teatrze jest zdecydowanie bardziej strawna niż w druku.
tak, dobrnęłam do końca wojny (albo prawie, już nie pamiętam), ale dopiero przy drugim podejściu - wcześniej żułam i plułam, a pawia nie strawiłam w ogóle.
nie żeby to była jakaś sztuka wielce górnolotna, ale naprawdę nie było źle...
a mistrz, nie da się ukryć, mistrz spuchł, utył i posiwiał...

środa, 12 marca 2008

miało być o tym

jak to zainaugurowałam sezon basenowy, że miło było i na tyle luźno, że nawet pół godziny pływałam na plecach, co mi sie praktycznie nie zdarza i o tym jak to wreszcie rozdziewiczyłam swój cyberkosmiczny ultralekki ręcznik dr bacty.
ale guzik, cały loozik szlag trafił, kiedy przeczytałam pismo od monopolisty o takim oto temacie: wycofanie rezygnacji z usług... a w nim jakiś pi... dyrektor napisał do mnie dziękujemy, że zdecydowali się państwo pozostać w gronie naszych klientów
z resztą 7 marca napisał, czyli dwa dni po telefonie z którego niezbicie wynikało, że nie zmieniłam zdania i rozstaję się z nimi definitywnie...

wtorek muzyczny

czyli rano odkryłam na stojaku niejakiego amona tobin'a blade mam pojęcie skąd się tam wziął, ale już wiem, że jeszcze nie raz posłucham płyty permutation.
wieczorem też było miło, udałyśmy się z cz posłuchać dwóch pań. pani pierwsza dała całkiem miły koncercik, nawet po polsku trochę było ku uciesze gawiedzi, a potem się zaczęło..
uczciwy kawałek muzyki, trochę tylko na koniec siadło nagłośnienie, cz zaś zapadła na basistę, mam nadzieję że jej przejdzie :)
ale szczęśliwa była niemożebnie, bo przecież kasia to zdecydowanie jej ulubiona polska wokalistka...

wtorek, 11 marca 2008

pitolenia ciąg dalszy

czyli nie jest aż tak źle :)
zrobiłam wstępne szacunki i wychodzi na to, że szanowny skarb państwa jest mi krewny wagon pieniędzy! teraz muszę tylko zmotywować ostatniego kwitodawcę i gnam składać zeznanie, a potem zacieram chciwe łapki...

ja pitolę

czyli chyba muszę wygrzebać te cholerne stosy papierzysk i zacząć wypełniać pita. cieszę się jak dziecko, zwłaszcza po upojnej godzinie spędzonej na poczcie, skąd wyrwałam aż trzy pitokwity.
miałam nadzieję, że to już ostatnie, ale nie, jeszcze jeden wisi, takie parszywe to życie freelancera...

poniedziałek, 10 marca 2008

jej przenikliwość...

konwersuję wirtualnie z małym m, co to na maderze aktualnie wcina owoce filodendrona, marudzę jej odrobinę
ja: tylko mam problem, miałam się zakochać zimą, a tu tylko niecałe 2 tygodnie, a kandydata brak :(
ale nic to, poradzę sobie pewnie znowu...
chyba że przywieziecie jakiegoś z madery
m: coś ściemniasz z tym brakiem
filodendrona? bo innych brak, tylko niemieccy turyści, nieco starsi wiekiem - dodajmy
ja: właściwego!!
może bogaci? mam podobno tym razem wyjść za mąż dla pieniędzy...
m: byłaś u wróżki?
ja: nie, s tak twierdzi z cz razem...
że już było z miłości teraz dla kasy
m: to one Cię nie znają?!? nie zmusisz sie do tego

cholera, najgorsze, że ona ma rację...

uzależniłam się

od grejpfrutów i wędzonej makreli, co to będzie, co to będzie?
a najgorsze, że te makrele jakieś takie rachityczne ostatnio, żeby wręcz nie rzec mikrele...

apsik!

czyli wiosna przyszła już chyba, wnoszę ze znanych objawów - czyt. oczy cokolwiek królicze i to nieznośne wiercenie w nosie, że też zawsze o tym zapominam...

niedziela, 9 marca 2008

prehistoric monster syndrome

czyli oni chyba jednak ciut przesadzili...
ale zdecydowanie potrzebuję czekolady
gorzkiej
dużo...

jak to się mogło stać?

czyli do tej pory nie weszłam w posiadanie bromby po latach zdecydowanie potrzebuję jej.
bardzo
teraz
now...

sobota, 8 marca 2008

telewizja pokazała

jakoby na manifie było ok. tysiąca osób, ciekawe, jak to policzono, zwłaszcza, że kiedy początek był już na rondzie dmowskiego, koniec jeszcze pod pałacem.
przypomniała mi się stara piosenka (nie mam pojęcia, kto to napisał, ale wiem, że śpiewaliśmy to z upodobaniem w ogólniaku)

...Kosmaty syneczku, pan praszczur to tatuś
Praszczurka kłamała wybornie.
I zdziwił się praszczur, i zdumiał się praszczur,
że tak się fałszuje historię...

nie spotkałam psa butelki

ale za to wiele innych osób i było naprawdę miło...
idąc tam odpaliłam losowe odtwarzanie i jaki kawałek usłyszałam jako pierwszy? tori wstrzeliła się idealnie, tekst cholernie apropos jak dla mnie...

Man makes a gun
Man goes to war
Man can kill and man can drink
And man can take a whore
Kill all the blacks
Kill all the reds
If there's war between the sexes
Then there will be no people left*

*joe jackson, real men

spotkamy się?


pies butelka też ma być :)

piątek, 7 marca 2008

coś jakby qrczak

czyli fajny alfaberet dzisiaj mierzyłam,

z antenką...

pasowałby mi do qrczaka i szalika...

czwartek, 6 marca 2008

mam haluny czy coś skrobie w drzwi

czyli jak uniknęłam interwencji towarzystwa opieki nad zwierzętami...
jest biały i gruby, ale czasem potrafi być zwinny, tak jak dzisiaj, zupełnie nie zauważyłam, że dał w długą, kiedy wchodziłam.
siedzę sobie i słucham wagla, a w tle coś skrobie, dobrze, że jednak zwlokłam się sprawdzić, to był on! drapał w drzwi, ale po drugiej stronie...

tesco i apteki dla narkomanów

czyli mały m robi zakupy przedwyjazdowe.
żaliła się biedna wirtualnie
m: u mnie źle, bo muszę jeszcze pojechać do sklepu, a leń mnie dopadł...
ja: mogę ci jakoś pomóc??
m: chyba nie... chyba, że chcesz w nocy jeździć po tesco i aptekach dla narkomanów:(
ja: dla narkomanów??
m: no bo kto w nocy robi zakupy w aptece...?
ja: ty, ja, połowa populacji...
m: wszyscy to narkomani
albo narkoleptycy albo ich odwrotność:)
ja: jeśli będzie ci raźniej mogę wziąć udział w wycieczce :)
właśnie sie przecknęłam z ataku narkolepsji

odpaliłam szczęśliwą, pognałam na drugi koniec miasta i było ok, bo:
- udało się uratować najmniejszą m świata przed upiornym kocykiem w kolorze puder-róż
- przemknęłam po dwakroć przez most na wiśle, a miasto wyglądało bardzo inspirująco
- patrząc na stada tramwajów ściągające do zajezdni przypomniałam sobie starą, ukochaną płytę wagla i ...godzinę, kiedy rośnie trawa, a myśli się starzeją... chociaż to akurat było o piątej rano, a nie o kwadransie przed północą
- dotarło do mnie, po czym poznam, że się zestarzałam - to stanie się wtedy, kiedy przestanę mieć ochotę na takie spontaniczne wycieczki...

środa, 5 marca 2008

zjawiska sejsmiczne obserwuję

czyli jak tak dalej pójdzie to powtórka z pinatubo grozi chatynce.
cz puszcza ze złości dym nosem (emocjonalny, emocjonalny), wkrótce zajrzeć ma f, jej notoryczny eks narzeczony, strach się bać, chyba zamknę się w sobie.
z wariantów z pełnymi drzwiami w grę wchodzą jedynie jej pokój i szafa, oba rozwiązania nie przemawiają do mnie specjalnie

imperium kontratakuje

czyli monopolista nie poddaje się tak łatwo.
dzwoni, nagabuje, kusi ale nic z tego, klamka zapadła.
czeka mnie teraz wycieczka po voip-ową bramkę i trochę zabawy z konfiguracją pewnie, ale co tam. pomyślę o tym za jakiś czas, bo przecież wciąż jeszcze mam stary numer...

skrzydła podcinam

b ma rację mówiąc, że jeśli już trzeba, to najlepiej uciąć kotu od razu cały ogon, a nie po plasterku, od razu mi ulżyło. nie wiem, czy można to samo powiedzieć o exposiadaczu ogona, który chyba nie spodziewał się takiego spraw obrotu.
podobno teraz to ma ochotę się schlać straszliwie, co tym bardziej utwierdza mnie w słuszności decyzji o amputacji...

wtorek, 4 marca 2008

jakoś tak parszywie mi dzisiaj

jak ulał pasuje kolejne wcielenie grabaża, chyba to motto na najbliższy czas, powiedzmy do ochłonięcia
...To z całych sił tylko
Przeciąg trzaska złudzeniami
Nie fajnie jej z tym
nie pytaj czy jej fajnie


strachy na lachy, piła tango utwór 4

poniedziałek, 3 marca 2008

myśląc o tym co ostatnio

i nie tylko.
dziękując aspołecznemu za kilka ciekawych obserwacji i inspirację (software'owy simlock jest naprawdę super określeniem) słucham cohena
biedny mały zamiatał mnie dzisiaj na szufelkę i to nie tylko emocjonalnie, przy okazji wyrzuciłyśmy agresywny róg obfitości, który znienacka napadał na tych co siedzieli przy stole.
potem totalny korek - a i owszem, rozważałyśmy porzucenie samochodu i udanie się dalej pieszo, kto wie, może czas byłby podobny. nawet frankovka modra przywleczona dopiero co przez dużego nie poprawiła nam przesadnie humoru. może ja jednak wyemigruję, przynajmniej wewnętrznie...

kolacja czy śniadanie

sama już nie wiem...
i nie jest to niestety jedyna taka rzecz. duży powiedziałby nie trzymasz afektu, ale okazuje się, że jednak wciąż zdarza mi się płakać w pewnych momentach.
a jutro/dzisiaj najchętniej zahibernowałabym się, a przynajmniej wyłączyła część mózgu, no cóż, może po prostu sprzątnę?

sobota, 1 marca 2008

emma

cóż, jeśli mam być szczera, wolę starą szczurzycę z lata muminków, pani bovary też ujdzie (no dobra, czytałam to dwadzieścia lat temu, pamiętam mgliście, że nawet mi sie podobało).
ale guzik, ta emma wieje i deszczy, ja się tak nie bawię.
zwłaszcza pomysły na to by nie parkować pod drzewami - serdecznie zapraszam na parking pod chatynką, owszem są miejsca różne, ale niestety głównie zajęte, więc trudno wybierać...

piątek, 29 lutego 2008

gastrofaza

czyli żegnaj monopolisto.
spędziłam upojne 1,5 godziny w biurze tepsy, bo miałam kaprys osobiście zrezygnować z jej usług. osobiście to za dużo powiedziane, formalnie klientem jest maman, więc tkwiłyśmy tam obie chichrając się jak dzierlatki. pewnie była to reakcja obronna organizmu, bo inni nieszczęśnicy dreptali nerwowo lub gadali od rzeczy.
a teraz uzupełniam niedobory magnezu pożerając migdały w czekoladzie - stres podobno obniża poziom magnezu, a przecież nie mogę ryzykować nocnych kurczy auć!

mam! jednak mam!

od czasu kiedy spełniłam ostatnie marzenie, a było to równo pięć lat temu, czułam pewną pustkę. no bo jak to? tak bez marzeń? przemknęło mi co prawda jedno marzenie, ale takie malutkie, nic specjalnego.
i nagle dzisiaj oświeciło mnie! już wiem! chciałabym żeby wreszcie ktoś porządnie posprzątał chatynkę, ale tak totalnie, wszędzie, nawet za xsiążkami, a potem, żeby utrzymywał ten stan posprzątania bez mojego przesadnego udziału.
bo przecież nawet wydepilowanie futrzastych nie rozwiąże problemu zastarzałej powłoki kurzu w wielu miejscach...

czwartek, 28 lutego 2008

bez zmian

czyli wiatr wieje, głowa boli.
dookoła coraz nieznośniej, cymkot od rana histeryzuje z powodów bliżej nieokreślonych, nawet miłego zazwyczaj mangowego pana coś pogryzło. może to napięcie nabrzmiałych pąków, oczekiwanie na liście, na wiosnę, na to, żeby wreszcie przestało wiać?
dobry moment na mroczno-masochistyczną pidżamę

...Browarne bulwary, miejsca poniżeń
Tu samobójstwo smakuje jak opium
Serca to dziesiątki dla noży i butów
Moje serce jest numerem dziesiątym
I kop mnie jeszcze, i tak nic nie czuję
Przecież kopiesz obłok
Nie słyszę już sygnałów karetek pogotowia
Histerycznego pisku opon

ulice jak stygmaty- absolutne rarytasy, utwór 14

ciekawe co mi się przyśni?

może bouillabaisse? to mogły by być skutki uboczne oglądania kuchnia.tv przed snem.
mniammmm...

środa, 27 lutego 2008

wiem!

jak mogłam na to nie wpaść wcześniej! to na pewno grzyb, to on mną je, boli mnie w głowie i w ogóle...
skąd powinnam wiedzieć? ano stąd - podobało mi się, a jakże!

no i stąd oczywiście...
To się wnosi, wynosi, to się psuje, to się
oddaje do naprawy albo po prostu wyrzuca.
To całe nasze życie wynoszone na strych
lub do piwnicy. Tym wszystkim naprawdę
rządzi ten prawowity właściciel: grzyb, robak.
On to dotychczas trawił, a teraz nadchodzi.
On nadchodzi, naprawdę, zbliża swoje oko
do okien, w cukrze jajo robaka, a pościel
pokryta grzybem, grzyb zakrył inicjał
na pościeli, co to ją mama albo inna kobieta
z rodziny, jakiej rodziny? jest tylko grzyb, robak.*


"To mnie umiera" - Marcin Świetlicki

atena

czyli nie przypominam sobie, abym połknęła jakąś ciężarną niewiastę, ale poważnie rozważam poproszenie kogoś, by rozłupał mą czaszkę.
może to ten wiatr, a może cholera wie co, ale mam już serdecznie dosyć, bo jak długo do diaska może człowieka boleć głowa?
na szczęście mogę jeszcze spać, więc może zasnę po prostu...

a może by tak dzień techniczny?

czyli trzy godziny snu to chyba jednak ciut przymało. d zapakowana w samolot drzemie pewnie, a ja zastanawiam się kiedy opanuję geografię okęcia na tyle, by bez problemu trafić na parking godzinowy...
chyba już czas najwyższy, bo ostatnio wciąż nosi mnie na lotnisko, a dzisiaj znowu wisiałam jednym kołem gdzieś koło mojego ulubionego ronda przy stacji benzynowej (darowałam sobie kolejną rundę honorową i po prostu wcisnęłam w jakąś dziurę), ale na szczęście nikt mnie nie zaaresztował, więc strategia znowu okazała się skuteczna...

odkleić się

chciała bym od myśli o tym co było i co być może.
przestać wracać do przeszłości i mieć nadzieję na przyszłość.
nie myśleć zbyt często o tym, jak kompletnie nieprzytomnie wpadłam na przechodzącego człowieka, o tym że wcześniej zupełnie mnie zatkało, naprawdę zupełnie, mam coś na kształt amnezji (nie, nie pourazowej) nawet butów nie pamiętam, a przecież zawsze zwracam uwagę na buty...
życzę sobie, żeby życzenia f spełniły się szybko. a poza tym nic już z tego nie rozumiem...

reisefiber

czyli jutro o tej porze d będzie gdzieś między zurichem a delhi. zasnęła wreszcie, rano wpakuję ją w samolot, cały dom śpi, słychać miarowe oddechy, cymkot posapuje pod łóżkiem...
quiz jak zwykle wygrał t, ale nie wiem co z nagrodą...
tak czy inaczej, dziękuję za pozdrowienia z krainy zott (bo orzeźwiająca kremowa rozkosz to po ludzku kefir, tak proszę państwa, regularny kefir, com go dzisiaj nabyła drogą kupna...)

wtorek, 26 lutego 2008

orzeźwiająca kremowa rozkosz

czyli cóż to może być i co za idiota wpadł na pomysł by tak to opisać?
a może mały quiz, kto zgadnie co to takiego? może być nawet nagroda za prawidłową odpowiedź lub najciekawszy pomysł...
jaka nagroda? orzeźwiająca kremowa rozkosz oczywiście hihihi!