czyli nigdy nie ma na to dobrej pory.
mam dużo szczęścia, we mnie nie tyka bomba zegarowa.
jest cz, więc nie mam pokusy, by grać w prokreacyjną ruletkę.
nie głowię się nad tym, kto byłby najlepszym kandydatem na ojca.
nie przeżywam katuszy miotając się między panicznym lękiem przed zajściem w ciążę, a poczuciem, że tylko przypadek może spowodować, że zostanę matką, bo nigdy nie dojrzeję do podjęcia tej decyzji świadomie.
nie odliczam kolejnych dni, by w końcu odetchnąć z ulgą, bo prawo "miesiączka pojawia się niezwłocznie po zrobieniu testu ciążowego" wciąż działa.
nie dotyczy mnie wątpliwa przyjemność trudnych rozmów w oczekiwaniu na wyjaśnienie sytuacji i świadomość, że pojawienie się tej cholernej kreski może wywrócić do góry nogami życie więcej niż dwóch osób (niestety nie zawsze kandydaci na tatusiów mają jasną i przejrzystą sytuację rodzinna, czasami plączą się tam jakieś żony, że o dzieciach nie wspomnę).
nie muszę dusić w sobie złości i żalu, że to wszystko jest nie takie, jak powinno, a próba rozmowy na ten temat przy okazji informowania niedoszłego ojca, że tym razem mu się upiekło kończy się jego zakłopotanym stwierdzeniem
to może byś sobie buty kupiła?
i mówi to facet, który ma już swoje lata. chociaż właściwie nie wiem, co należałoby powiedzieć w takim wypadku. i pewnie się nie dowiem.
jak to fajnie, że jest cz...
wtorek, 28 kwietnia 2009
znowu nie zostałam ciocią
Autor:
magdandena
o
22:51:00
1 komentarze
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
na drugie mam tomasz
czyli czy ja nie mogłabym kiedyś posłuchać dobrych rad?
książkę nie dość że przeczytałam jednym tchem, to jeszcze natychmiast sprezentowałam trójce psiarzy (w tym dwóm posiadaczom labradorów). wszyscy śmialiśmy się w trakcie i ryczeliśmy na końcu. i czy nie mogło tak zostać?
nie, bo amerykanie postanowili przerobić to na komedię (podobno) romantyczną. i zrobiło się to absolutnie niestrawne, zwłaszcza, jeśli ktoś nie szaleje za przyjaciółmi, że o płowowłosym gogusiu nie wspomnę.
czytałam recenzje i wiedziałam, czego się spodziewać, ale musiałam sprawdzić sama jaki to gniot. drętwe, schematyczne, wcale nie śmieszne, nie wiem jakim cudem w filmwebie dali temu czemuś 7,22 na 10? o ile w trakcie nie śmiałam się ani trochę, to oczywiście poryczałam się na końcu, inaczej być nie mogło, znacie kogoś, kto nie ryczy kiedy usypiają psa? nawet w kiepściuchnym filmie...
może dla równowagi obejrzę coś co się nadaje do oglądania, tylko co? może nicholsona z jessicą lange? chociaż sama nie wiem, może po prostu skończę czytać ojcobójcę pollacka?
nudziarz na dzisiejszy wieczór - jj cale, 5, aktualnie nr 6, chociaż shades też mogłoby być, nr 10 rozwalał mnie od zawsze...
Autor:
magdandena
o
20:05:00
0
komentarze
niedziela, 26 kwietnia 2009
piosenka poranna
the beatles, abbey road, utwór 7
i to by było na tyle...
Autor:
magdandena
o
09:51:00
0
komentarze
piątek, 24 kwietnia 2009
dziecięce rysunki
czyli próba rekonstrukcji.
otwieram słoiczek chrzanu i zaskoczenie, pachnie zupełnie jak budka z warzywami z dzieciństwa. mała, drewniana, malowana olejno na taki jakiś paskudny brąz albo ciemną, parkanową zieleń.
w środku lekki półmrok i właśnie taki zapach. no i druciane skrzynki pełne oranżady z ceramicznymi kapslami. oczywiście najlepsza była żółta, taki słodki, gryzący bąbelkami rivanol.
pytam a czy pamięta kim chciała zostać w dzieciństwie. ja nie mogę sobie za bardzo przypomnieć, ale gdzieś w tyle głowy majaczy mi, że chyba adamem słodowym albo andrzejem kurkiem, a nie jakąś tam piosenkarką czy aktorką.
pamiętam za to doskonale zapach chińskich świecowych kredek i cytrynowe włosy księżniczek rysowanych w przedszkolu. takie długie i proste.
czy chciałaś być blondynką? pyta a. cholera, nie przyszło mi to nigdy do głowy. faktycznie jako mała dziewczynka marzyłam o długich włosach, ale to przecież niepraktyczne, tłumaczyła mama przed każdą wizytą u fryzjerki, która ciach-ciach przycinała moje dziecięce marzenia na pazia.
zapytam ż przy najbliższej okazji o ten blond, ciekawe co powie - nigdy jeszcze nie byłam blondynką, może powinnam spróbować?
dzisiejszy wieczór sponsorowała butelka shiraz 2007, doliny nie pomnę i wish you were here pink floyd
Autor:
magdandena
o
22:32:00
0
komentarze
czwartek, 23 kwietnia 2009
jestem grzeczna, proszę mnie nie bić
czyli skąd u licha mam te siniaki?
nie przypominam sobie, żebym ostatnio z kimś się biła. śpię sama (futrzatych nie liczę), więc nie obijałam się o nikogo przez sen. nie przewracałam się także, ani nie potykałam o meble. nie miałam również żadnych zaników pamięci spowodowanych na przykład używaniem substancji jakkolwiek odurzających.
dlatego nie widzę żadnego rozsądnego wytłumaczenia stanu mych nóg, a co gorsza jak tylko jakiś siniak zaczyna blednąć, ze zgrozą znajduję gdzie indziej jeszcze większy okaz.
brakuje mi tylko poobijanych kolan (najlepiej takich do zagencjanowania) żebym wyglądała jak siedmiolatka ucząca się jeździć na rowerze...
Autor:
magdandena
o
22:51:00
1 komentarze
armagedon
czyli przeprowadzamy serwerownię i nie tylko. nic tylko w łeb sobie strzelić.
nasz pokój po raz trzeci w ciągu kilku ostatnich miesięcy, więc część rzeczy tkwi w pudłach od dawna, ale serwerownia wędruje po raz pierwszy. i tu pojawia się pewien niepokój - ile czasu zajmie przywrócenie tego do stanu używalności?
na szczęście to raczej nie moje zmartwienie, ja się przyczaję w kącie i przeczekam.* ewentualnie będę grzecznie tłumaczyła użyszkodnikom, że dokładamy wszelkich starań, hihihi...
* oczywiście po zaklejeniu biurka taśmą i włożeniu pozostałych skarbów do jakiegoś twarzowego pudełeczka, powiedzmy po papierze poljet.
Autor:
magdandena
o
13:47:00
0
komentarze
wtorek, 21 kwietnia 2009
teoria spiskowa
czyli nie ma to jak się dobrze wkręcić.
przeglądam wyciąg, widzę kwotę, której zupełnie nie kojarzę, na dodatek bez żadnego opisu, dziwna sprawa. a że właśnie czytam mitnicka, jak się łatwo domyślić, wpadłam w lekuchny popłoch na myśl, że jakiś kevinopodobny buszuje po moim koncie.
strasznie nie chce mi się dzwonić do banku, więc gapię się w monitor jak sroka w gnat, może jednak mnie oświeci?
coś mi to przypomina, puk! puk! puk! stuka w głowie piłeczka dobromira. a właściwie ta kwota to winien czy ma?
i wszystko jasne, s oddała mi jakąś końcówkę z zakupów, a że mamy wspólny rachunek, to opisu niet.
no cóż, przynajmniej nie zadzwoniłam do banku z aferą, jak s kilka lat temu, kiedy dostała zwrot podatku, a była przekonana, że ktoś włamał się na jej konto...
piosenka na wczorajszy wieczór (i nie tylko)- a. franklin & eurythmics
Autor:
magdandena
o
16:08:00
0
komentarze
niedziela, 19 kwietnia 2009
piosenka popołudniowa
pulp fiction ost, ścieżka 11
chodzi za mną od wczoraj.
oczywiście płytę gdzieś szlag trafił, ciekawe kto ja pożyczył?
Autor:
magdandena
o
19:06:00
0
komentarze
czwartek, 16 kwietnia 2009
trywialna historia - kobieta, mężczyzna*, deszczu brak
czyli ja tego nie ogarniam.
jest wiosna, rozumiem, można dostać korby, sama bywam nieźle zakręcona, ale są chyba jednak pewne granice. pewnych rzeczy robić się jednak nie powinno, bo bolą. nie nie chodzi o to, że bolą nas samych, ale ranią innych, a tego bym jednak unikała.
można nie być w stanie zdecydować się na związek z panną a, bo jednocześnie po głowie chodzi nam uparcie panna b.
można nawet testować która fajniejsza, a niech tam.
ale kiedy już sprawdziło się obie i nadal tkwi w pacie decyzyjnym i co gorsza panie wiedzą o konkurencji, to pomysły typu chodźmy wszyscy razem na ściankę wspinaczkową są co najmniej poronione.
a już dzwonienie do a, że się utknęło z b w otwocku i że to jest kompletne nieporozumienie i nie ma się stamtąd jak wydostać kwalifikuje dzwoniącego do natychmiastowego zastrzelenia.
albo wyrwania kabla zasilającego i paru innych. no po prostu brak mi słów!!!
j pyta czy czy to aby nie kryzys instytucji (pewnie w domyśle małżeństwa), a nie problem z współczesnymi facetami. po tej historii śmiem wątpić.
tu nie ma instytucji, nie ma właściwie nawet związku, jest dopiero idea, nadzieja, motyl w brzuchu.
^%#^%$@!!! piotruś pan który chciałby mieć ciastko i je zjeść.
w ogóle to najlepiej, żeby a i b mu jeszcze te ciastka przyniosły.
i stoliczek nakryły.
i herbatkę wymieszały łyżeczką.
i napoiły męczennika, bo przecież on tak strasznie cierpi próbując dokonać wyboru. no zgroza!
*świetliki, ogród koncentracyjny, utwór 14 jutro podobno ma padać...
Autor:
magdandena
o
19:45:00
0
komentarze
środa, 15 kwietnia 2009
rzeczy które można robić wiosną
- cieszyć się słońcem;
- oglądać młode listki;
- bałwanić się trochę
czyli zamiast śniadania zjeść tosta w mcdonald's (tfu! nie dość, że kompletny upadek dietetyczny, to jeszcze paskudztwo, poza tym nie pamiętam kiedy ostatnio upadłam tak bardzo, by zażyć cokolwiek w tej sieci),
zwiać na dwie godziny z pracy i mieć z tego dużą frajdę,
czytać kiepską biografię polańskiego zamiast tysiącstronnicowej kobyły o jave, że wymienię dzisiejsze bałwaństewka, które przyszły mi do głowy jako pierwsze;
- uczyć tylko ciut;
- nie sprzątać prawie wcale;
a byłoby co...
- uśmiechać do mijanych ludzi;
- mieć ochotę wytarzać się na trawniku jak szczeniak;
- nie przejmować się nic, a nic
a byłoby czym... chociaż może wcale nie?
- cierpliwie wygłaskać marudnego kota, niech i on ma coś z życia.
powyższe + jeszcze trochę zrobiłam dzisiaj i nie miałabym nic przeciwko powtarzaniu tego częściej, oczywiście poza wybrykiem dietetycznym, bo to akurat było umiarkowanie przyjemne...
Autor:
magdandena
o
20:56:00
0
komentarze
wtorek, 14 kwietnia 2009
psiakrew
czyli solidarność jajników.
nie rozumiem czemu piękne, mądre i dobre kobiety wiążą się z takimi palantami*! wiem, wiem, można by użyć jakiegoś mniej prostackiego określenia, ale niestety nie stać mnie dzisiaj na to. dzisiaj jestem wściekła.
ale jak mam się nie wściekać, jeśli jednego dnia dowiaduję się, że ojciec pewnej niespełna trzyletniej damy już nie mieszka z nią i jej matką, a matka parę lat starszego gentlemana poważnie rozważa rozstanie z jego ojcem?
byłam na ich ślubach, pamiętam, jak rodziły się te dzieci, pamiętam niestety również, jak szczeniacko zachowywali i wciąż zachowują się ich ojcowie.
i anielską cierpliwość matek, które opiekowały się maluchami, gotowały, prały, prasowały, sprzątały i jeszcze przy okazji pracowały na pełen etat zawodowo, (często utrzymując całą rodzinę).
i swój bezbrzeżny podziw, że można tak bardzo rezygnować z siebie i znosić to wszystko z taką łagodnością. tylko jak długo można? wygląda na to, że matki polki już nie dają rady, coś pęka trwale i nieodwracalnie. patrzę dookoła i nie widzę związku, który byłby szczęśliwy, cholera, czemu???
dobrze, że nie mam syna, bo gdyby okazał się podobny do moich kolegów, niewykluczone, że bym go udusiła...
* to jest stereotyp oczywiście, ale ja naprawdę długo próbowałam znaleźć wśród znanych mi osobiście par odwrotny przypadek i okazało się, że znam tylko jeden!
Autor:
magdandena
o
17:46:00
1 komentarze
rzeczy nie są takimi jakimi się wydają. nie są też inne*
remontu nie będzie, przynajmniej w najbliższym czasie. okazało się, że z dwóch branych pod uwagę rozwiązań zawsze można wybrać trzecie, z resztą o wiele bardziej przerażające psychicznie niż remont.
ale przecież od dawna wiem, że problemy nie rozwiązują się same (przynajmniej moje, bo znam takich, którym chociaż częściowo się upiekło). wręcz podejrzewam, że będę żyła tak długo, dopóki nie stawię czoła wszystkimi, a kiedy uporam się z ostatnim, zamiast poczuć ulgę i radość, po prostu umrę z wyczerpania.
choć może się mylę? tylko czy co do tego, że jestem w stanie przeżyć, czy też, że zbiór problemów jest skończony...
* budda
Autor:
magdandena
o
00:29:00
0
komentarze
sobota, 11 kwietnia 2009
mam po kokardę
czyli życie dojada mi ostatnio.
owszem, niektóre dolegliwości mam na własne życzenie, ale reszta?
w planach na wiosnę miałam lenienie się, bałwanienie, może ciut pracowanie, mile widziana byłaby również utrata głowy z powodu jakiegoś piekielnie inteligentnego osobnika płci przeciwnej, że o posiadaniu motyli w brzuchu nie wspomnę.
a tu co? wszystko wskazuje na to, że gros mej uwagi tej wiosny może pochłonąć remont.
i to mi się bardzo nie podoba.
bo ja szczerze nie cierpię remontów.
ja się chyba oflaguję.
i okopię.
i sama nie wiem co jeszcze.
bo to, że potrafię sobie zlutować słuchawki albo przetkać syfon w umywalce, to jeszcze nie znaczy, że spełniam się w remontach. i że nie chciałabym, żeby ktoś mnie wspierał w nierównej walce z rzeczywistością.
tylko, że to naprawdę musiałby być amator, bo normalny człowiek mógłby ze mną nie wytrzymać.
a najbardziej chyba odpowiadałaby mi opcja jak z sms marysi peszek - czyli żeby ktoś mnie stąd zabrał, najlepiej jak najszybciej...
Autor:
magdandena
o
18:41:00
0
komentarze
zdecydowany brak zdecydowania
czyli nie mogę wybrać piosenki porannej.
niby pasowałyby towary zastępcze utwór 11, bo jako żywo:
Na środkach przeciwbólowych,
na środkach antyalergicznych,
na środkach antydepresyjnych,
na środkach uspokajających,
na środkach nasennych,
na środkach antykoncepcyjnych
jakoś dożyjemy śmierci,
jakoś doczekamy śmierci*
ale przecież już nie majaczę, temperatury prawie nie mam, chomik jakby w ogóle nie występował i wygląda na to, że nie da się mnie tak łatwo wykończyć. więc może pewna gwiazda disco z kawałkiem sprzed lat trzydziestu byłaby bardziej na miejscu?
gloria śpiewa co prawda o rozstaniu z facetem, a nie ze złożonymi, twardymi tworami anatomicznymi**, ale jedno jest pewne (no prawie) - i'll survive, również...
* b. kossakowski
**cytat za wikipedia
Autor:
magdandena
o
09:50:00
0
komentarze
jakaś taka niekompletna jestem
czyli czekając na zębową wróżkę.
wygląda na to, że przeżyję ten eksperyment. a i k o mało mnie nie zjadły, kiedy przyznałam się do zamiaru jednoczesnej ekstrakcji dwóch ósemek. k snuła wizje apokaliptyczne szczękościsku totalnego i innych podobnych przyjemności. ja, chichocząc przekonywałam, że to takie dalekowzroczne, bo:
- załatwię rekonwalescencję za jednym zamachem, zamiast dwa razy cierpieć i obciążać organizm;
- nie będę się dwa razy bała - zwłaszcza, że podobno trauma k po dłutowaniu jednej ósemki była tak duża, że od dwóch lat zbiera się, by wyrwać drugą - wystarczy, że pięć chyba lat zajęło mi podjęcie decyzji;
- no i ten efekt dietetyczny - nie da się ukryć, nie zamierzam objadać się w święta, więc nawet jeśli nie schudnę, to na pewno nie przytyję.
faktycznie było cienko, ale zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałam. doktor ojboli spisał się jak trzeba, s zawiozła mnie do domu jak najbardziej kontaktującą, choć nie powiem, bałam się, że mogę wracać jak niejaki bigos* w charakterze zwłok zawiniętych w kocyk.
wieczorem przyjęłam odpowiednie piguły, wypłukałam, co było do wypłukania, wyplułam, co do wyplucia i grzecznie zasnęłam porządnie otumaniona wrażeniami i medykamentami.
problem polegał na tym, że rano nie bolała mnie paszczęka, o nie, bolał mnie cały człowiek. i to jakoś tak dziwnie, bo miałam wrażenie, że zaraz zejdę. liczyłam się z tym, że spuchnę, zsinieję albo co, ale przez myśl mi nie przyszło, że niemal zemdleję w łazience.
nie, nie z bólu, tylko z takiej zieloności, co wykwitła mi na obliczu i jakoś tak dziwnie wargi zbladła.
później przyszło mi do głowy, że ten stan nieważkości, to efekt uboczny augmentinu i ketonalu w połączeniu z ponad 38 stopniową gorączką. wieczorem byłam już całkiem do życia i nawet wprawiłam w osłupienie k, która przyjechała w odwiedziny - podobno prawie w ogóle nie jestem spuchnięta, czy to prawda - trudno mi stwierdzić, bo od chwili, gdy ujrzałam rano w lustrze sinoustą zmorę, profilaktycznie nie zaglądam tam więcej.
chyba czas najwyższy łyknąć niebieski cukiereczek i pójść spać - ciekawe, czy zębowa wróżka przyniesie mi jakiś prezent, wiem że nie włożyłam zębów pod poduszkę, ale może wystarczyłoby, że mam je w pudełku? zębuszko, ładnie proszę...
** były pies mamy, miał się nazywać gwidon, ale nie wyszło, bo cz, zdecydowanie wczesnoprzedszkolna wtedy, przechrzciła go od razu.
Autor:
magdandena
o
00:31:00
0
komentarze
środa, 8 kwietnia 2009
czas napisać testament
czyli niby nic, a boję się bardzo.
jutro pełnia, podobno to nie jest dobry czas na takie eksperymenty, ale klamka już zapadła. r śmieje się, że to takie katolickie, poumartwiać się w wielkim tygodniu, no cóż, jak dla mnie termin optymalny, a przy okazji może nie przejem się w święta.
ryzyko jest właściwie zerowe, ale gdyby cokolwiek się jednak wydarzyło zapisuję (w kolejności alfabetycznej):
- a - szklane stapianki, które stoją na parapecie w dużym pokoju, tak mi przykro, że kiedyś p stłukł twój prezent;
- d - zgodnie z życzeniem - wściekle fioletowe wdzianko, a w ramach bonusu cartiera i krizię, oba zapachy są dość ciężkie, ale chyba będą pasowały;
- k - czereśniowe krzesło, niech ci dobrze służy, gdybym była na twoim miejscu, też bym je chciała, tylko nie sztukuj mu oparcia, niech zostanie tak, jak jest;
- małemu m - moje ukochane jabłuszkowe burberry;
- s - watermana, którego dała mi w prezencie urodzinowym, przynosi szczęście na egzaminach, więc przyda ci się przy pisaniu magisterki;
- sz - oba albumy nan goldin;
- tym, którzy będą potrzebowali - wszystko, co da się przeszczepić;
o reszcie niech zadecyduje cz, w sumie jest moją jedyną spadkobierczynią, jeśli zechce oddać to, co zostanie akademii medycznej, nie mam nic przeciwko...
Autor:
magdandena
o
22:25:00
0
komentarze
to nie tak miało być
czyli miałam zasnąć spokojnie.
ale jak tu zasnąć czytając o kułeczkach*???
no horror po prostu!
to wszystko przez d, która podrzuca mi podstępnie prasę kobiecą...
* nie żebym była nieskazitelna, mnie też się czasem kliknie jakieś monstrum, ale że też takie kułeczko nie zakłuło nikogo w czasie składu...
Autor:
magdandena
o
14:01:00
0
komentarze
wtorek, 7 kwietnia 2009
aaa księżniczki uwalniam błyskawicznie
czyli którędy po kwiat paproci?
d zacięła się w chatynce, zamek czasem się narowi, ale wystarczy go czule pogłaskać tu i ówdzie i współpracuje z powrotem. niestety trzeba wiedzieć jak, a wiedza ta nie była d dana. kiepsko przekazuje się ją również przez telefon, więc pognałam do chatynki obłaskawić znarowione żelastwo.
wkrótce mknęłyśmy środkami masowego rażenia ciesząc uszy współpodróżujących rozmową o tym, jak być piękne na wiosnę.
a, i gdybyś spotkała skrzyp polny... d zawiesiła głos, popatrzyła na mnie badawczo i natychmiast dodała
nie, nie zrywaj!!! kup!
po czym obie ryknęłyśmy śmiechem, czego i tobie czytelniku życzę, bo śmiech to zdrowie, a kto by się przejmował tym, że powoduje zmarszczki...
Autor:
magdandena
o
11:50:00
0
komentarze
poranek na nie
czyli asertywność zero.
d nie wysłała wczoraj dokumentów przetargowych, bo nie miała tego, tamtego i owego. wieczorem ustalono, że da mi rano gwizdek z gotowymi plikami, a ja zrobię z tego cudny komplecik i wyślę. lojalnie uprzedziłam, że o 7.30 będę zamykała za sobą drzwi od chatynki, więc do tego czasu powinnam otrzymać kompletny przekaz co ma być spięte z czym i dokąd wrażone. i zasnęłam snem sprawiedliwej.
7.17 - d śpi nadal, ja wychodząc z wanny wrzeszczę, że jeszcze chwila i zniknę.
7.20 - pastując zęby kompletuję garderobę, a d, wyczołgując się z łóżka, toczy wzrokiem nieprzytomnym i się zaczyna:
-a gdzie jest klej?
-nie ma kleju*
-no wiesz, jaka z ciebie matka, skoro cz nie ma kleju, przecież chodzi do szkoły!
-daj spokój, cz jest dorosła, od dawna nie potrzebuje kleju na zpt...
mam już spodnie, wiążę buty, włosy wyschną mi po drodze
-tu włożysz to, to zeskanuj,
-to może ja sobie zapiszę
-eee, nie, no co ty, to proste, aaa, to koniecznie potwierdź za zgodność z oryginałem, nie, tego nie, tylko tamto, potem to zszyj razem i włóż do tej koperty, a potem do tamtej...
d jednocześnie próbuje zsumować pozycje w tabeli, czas płynie nieubłaganie. wyciągam kartkę i próbuję ogarnąć hierarchię dokumentu, dodatkowo zaznaczając karteczkami miejsca, które powinnam uzupełnić.
podsumowując:
nie wyszłam o 7.30,
nie trafił mnie szlag i nie zadusiłam d,
nie grzmiało, bo ten co podobno widzi i grzmi przecież nie istnieje,
nie zdążyłam do pracy i jak zwykle nic się z tego powodu nie stało,
kurtyna nie opadła, bo jej się nie chciało...
*oczywiście w chatynce jest klej, ale distal, poxipol i kropelka, założyłam a priori, że chodziło jej o biurowy, takiego akurat nie mamy
Autor:
magdandena
o
08:35:00
1 komentarze
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
nie mam się w co ubrać wiosną
czyli co robią śpiące królewny w poniedziałkowe słoneczne popołudnie.
królewna nie zdrzemnęła się ostatecznie, bo ostatnim gościem w remontowanej wieży była d, z którą udała się na poszukiwanie czegoś_w_czym_będą_ładnie_wyglądały_wiosną.
walka była nierówna, spódnice złośliwie wybrzuszały się tu i ówdzie, płaszczyki stroszyły miejsce na skrzydła, a wszystkie brane pod uwagę t shirty jakiś idiota skroił tak, że ledwie zakrywały pępek. w ostatnim sklepie przeszła coś na kształt małego załamania nerwowego i zdecydowanie odmówiła zmierzenia spódnicy z suwakiem w połowie i takimi dziwnymi falbankami po drugiej stronie, co to podobno była absolutnie idealnie dla niej. nie była w stanie i już. co innego d, która przytaszczyła do chatynki kilka całkiem niezłych fatałaszków.
może królewny w trampkach są mniej otwarte na eksperymenty odzieżowe niż tupiące obcasikami mieszkanki krainy podziemnej pomarańczy?
Autor:
magdandena
o
22:21:00
0
komentarze
poniedziałkowe słoneczne przedpołudnie
czyli nie wiem jak dobudzić śpiąca królewnę.
ziewając jak smok (pomyliły jej się bajki, czy jak?) królewna szukała od rana piosenki porannej. niestety przychodziły do niej wyłącznie piosenki wieczorne. niektóre były smutne*, inne bardzo smutne**.
a pogodna, wiosenna i optymistyczna nie chciała przyjść i już. nie pomógł jogging po schodach, robótki ręczne z wykorzystaniem zaciskarki i skrętki, podpięcie drukarki i inne majonezy. potem królewna porozmawiała wirtualnie z k, między innymi o unoszeniu się na fali i puszczaniu sznureczków. i pogodziła z faktem, że chwilowo brak przestrzeni na piosenkę pogodną i wiosenną.
zrozumiała, że jedyne, co może zrobić, to zdrzemnąć się. gdzieś z tyłu echo niosło pytanie what is in her mind...**
* tom waits, small change, utwór 6
** lou reed, berlin, utwór 7
Autor:
magdandena
o
11:14:00
0
komentarze
piątek, 3 kwietnia 2009
biedna myszka
czyli dr jekyll i ms hyde
nie da się ukryć, czasem daję się wyprowadzić z równowagi. niezbyt często, ale jeśli już, to bywam porywcza.
nie wdając się w zbędne szczegóły ostatnio unieszkodliwiłam dużucha. starannie odkurzyłam zarówno kąt w którym stał jak i samo pudło (wewnątrz oczywiście!), a potem rozplątując wężowisko kabli za nim nie zdzierżyłam i po prostu wszystko rozpięłam. no może prawie wszystko, bo modem, router i bramka zostać musiały. jakby tego było mało, w przypływie furii zrobiłam mu szybciutką lobotomię*
a potem zakopałam się w łóżku i odmówiłam składania wyjaśnień.
kiedy zaczęłyśmy z powrotem ze sobą rozmawiać, cz stwierdziła z wyrzutem
-zabiłaś mysz
-niczego nie zabijałam, on nie miał prawa zadziałać
-naprawdę zabiłaś mysz
-to nie mysz, to brak pamięci
-nieee, popatrz
powiedziała cz i przyniosła mi gryzonia z rozdeptanym ogonem.
-nawet nie próbowałam podłączać kompa, bo pomyślałam, że rozdeptałaś mysz i wkurzona rozłączyłaś wszystko
-nie deptałam po gryzoniu, tylko wyjęłam mu ram...
cz trochę opadła szczęka, no cóż już dawno minęły te czasy, kiedy zapieniona zabierałam ze sobą kable zasilające, a uczynni koledzy dostarczali jej zapasowe.
a gryzoń? wszystko wskazuje na to, że będzie żył, kilka ruchów klapcążkami i ogon znowu nadaje się do wtykania...
* hihihi, nie powiem gdzie schowałam kości pamięci, dopóki mi nie przejdzie na sicher...
Autor:
magdandena
o
18:20:00
0
komentarze
środa, 1 kwietnia 2009
ratunku, urodziłam stonogę!
czyli to musiało się wydać.
trochę się działo ostatnimi czasy, wiec nie zauważyłam pierwszych objawów. były sprawy ważniejsze, niż zastanawianie się, gdzie do cholery podziały się te ulubione zielone w niebieskie paski. albo w kropki kolorowe. a one znikały jak owce u nicka park'a.
wczoraj zajrzałam po coś do nory cz, robię to rzadko, bo teren niebezpieczny, pułapkami najeżony i zazwyczaj niechcący trafiam na coś, na co trafić nie powinnam i krew mnie zalewa. tym razem z jej kosza na bieliznę wystawało coś znajomego.
coś mojego.
coś, czego było mi brak.
tak jest, MOJA zielono-niebieska skarpetka!
nie mogłam się powstrzymać i przekopałam kosz do dna samego. a potem zinwentaryzowałam znaleziska - 84 skarpetki, że o innych częściach garderoby podstępnie wykradzionych z mojej szafy nie wspomnę. pomyślałam, że gdyby w normalnej, powiedzmy 3 osobowej rodzinie zaginęły 84 skarpetki, to chyba chodziliby boso. co innego stonogi...
pakując to wszystko do pralki myślałam o tym, że w garderobie, którą tak skrupulatnie zaprojektowałyśmy z a zabrakło jednego - solidnego zamka!
Autor:
magdandena
o
09:05:00
0
komentarze