poniedziałek, 31 grudnia 2007

ostatnie namaszczenie

w tym roku :)
ale za to pysznym balsamem bergamotkowym...
znikam namalować sobie jakiś miły wyraz twarzy :)

Telephone Call From Istanbul*

Will you sell me one of those if I shave my head?
Get me out of town, is what Fireball said
Never trust a man in a blue trench coat
Never drive a car when you're dead**


eee, nieee, on był z Vienny
cholera, tęsknię za tym miastem coraz bardziej...
głowa boli mnie również jak za dawnych czasów (oj,oj, trzeba było nie mieszać wina z zieloną wróżką!)

*Tom Waits, Frank's Wild Years, utwór 14
**na bani nie prowadzę...

04:44enough

błeeeeee

niedziela, 30 grudnia 2007

cz donosi

że sąsiad znowu przecieka do łazienki, a że stosunki między nimi chyba ciut napięte (dobijał się dzisiaj w nocy podobno, nie otworzyła mu hihihi, ciekawe czy w rewanżu za ten afront ciecze nam teraz po suficie w łazience??)
ale to, to jest przednie zaiste:
ja 15:53:29
a jak tam zniszczenie, coś jeszcze spaliliście lub zepsuliście?

cz 15:56:14
dziura w podłodze się nie powiększyła
cz 15:56:18
szisza cała
cz 15:56:40
lekki bałagan
cz 15:56:43
ale to się sprzątnie zaraz
ja 15:56:51
ale powiedz coś bliżej o te dziurze

cz 15:57:07
dziura jest przy kanapie
cz 15:57:15
jest trochę czarna i ma kilka odłamów

cz 15:57:28
sądze że po dłuższym szorowaniu bądź szuraniu butami zejdzie

dobrze mi tu

jak zwykle z resztą...
mamroczę ździebko, bałwanię się umiarkowanie, sytuację w chatynce monitoruję zdalnie, cz depeszuje, że sąsiad zalewacz wizytuje ją regularnie na okoliczność miru domowego zakłócania, ale nic sobie z tego nie robię...
a na pocieszenie mogę jej wysłać nowego misia com go na rupieciowym powozie zoczyła, ładne msie, nie ma co :)


piątek, 28 grudnia 2007

nie ma mnie tam

bo jestem tu :):):)

czy ja aby na pewno wiem co robię

czyli czy będę miała dokąd wrócić w nowym roku?
co prawda cz zarzeka się, że impreza sylwestrowa odbędzie się gdzie indziej, ale biorąc pod uwagę fakt, że wypożyczona od dużego m shisha przyjedzie dzisiaj, mają duże szanse na rozniesienie chatynki przed sylwestrem...
sama do tego doprowadziłam kablując cz, że przywieziona przez dużego egipska shisha kurzy się w kącie, chociaż w tak pięknych okolicznościach przyrody mogło mi sie wypsnąć niechcący...

na wszelki wypadek zabieram ze sobą kurczaka, futrzaści mam nadzieję dadzą sobie jakoś radę...

czwartek, 27 grudnia 2007

mokro

czyli ulubiony sąsiad z góry znowu zalał mi łazienkę...
to już się robi nudne, zwłaszcza, że za każdym razem ogląda zniszczenia z takim samym zdziwieniem na twarzy...

flamandowie

najwyższy był to czas, bo jutro śmigam do qchar, a wystawa kończy się w niedzielę. wywlokłam zatem półprzytomną cz i jej psiapsiółę i pognałam do narodowego ze sztuką obcować.
nie wbiło mnie specjalnie w podłoże, ale też nie jest to mój ulubiony okres, panny przeleciały przez wystawę laufsznytem. ja zaś na tyle spokojnie, na ile się dało w tłumie zwiedzających (niestety, był tłum, nad czym boleję, acz umiarkowanie).
najbardziej zaś utkwiła mi informacja, że kot symbolizował pożądliwość zmysłową, niejako w opozycji do psa - czujności wobec pokus zagrażających zbawieniu duszy.

Paul de Vos, Spiżarnia

duży m wreszcie wygrał w scrabble!

cieszył się ogromnie, czemu dał wyraz również odpowiadając na sms o mym szczęśliwym do chatynki powrocie (tym razem scrabblowaliśmy się u nich)
potyczka wygrana daje satysfakcję, ale do wygrania wojny potrzebuje żebyś się zakochała. czego ci i sobie w nadchodzącym roku życzę
ładne życzenia, nie ma co, zwłaszcza, że ten rok zaczęliśmy partyjką scrabbli - mały m miał całkiem świeżą najmniejszą m w brzuchu, a wszyscy byliśmy tak zaziębieni, że o żadnych dzikich harcach i hulankach sylwestrowych nie było mowy, co nie znaczy wcale, że nie było miło :)

środa, 26 grudnia 2007

czytając bloga progenitury

znalazłam notkę o emo i przeczytałam taki komentarz:
chciałbym, żeby moje bombki były emo - powiesiłyby sę same ...

poniedziałek, 24 grudnia 2007

piosenka na wigilijne przedpołudnie

i nie tylko...
Aga Zaryan "Picking up the pieces" utwór 2 "Throw it away"
...you can never ever lose a thing
if it belongs to you...*


*lyrics: Lincoln, Abbey, Moseka, A

niedziela, 23 grudnia 2007

mieć czy być?

a co jeśli chodzi o zgagę?

ufff

czyli teraz będzie z górki :)
czyli przerwa w odbywaniu kary do nowego roku :)
powoli rozwiązuje się mikołajowy worek i wysypują miłe, pachnące prezenty, fajnie nawet :)

piątek, 21 grudnia 2007

ale mi się nie chce...

powinnam zrobić parę rzeczy, ale mnie dosłownie odrzuca...
zamiast tego łypię okiem lewym w ian'a gillan'a na planete, pożeram oliwki z anchovies i ogólnie się bałwanię. co za idiotyzm z tą szkołą w przedświąteczny weekend, dookoła ludzie pędzący z obłędem w oczach, zalepionych ciastem pierogowym czy inszym specyfikiem świątecznym, no zgroza po prostu.
pytał mnie pewien kot aspołeczny jak to tak, że ten obłęd mnie dotyczy, przecież to nie buddyjskie święto - grzecznie uświadomiłam mu, że rodzina obchodzi i owszem. oczywiście nie daję się zassać totalnie, ale prezenty grzecznie zaposiadłam i zapakowałam.
a teraz czekam na koniec niedzieli, żeby już było po, po hodowaniu odcisków na literach czterech, bardzo jestem ciekawa jak do kwestii zajęć w tym terminie podejdą wykładowcy...

czwartek, 20 grudnia 2007

wykopaliska

przekopuję chatynkę w poszukiwaniu karteczek typu post-it, walało się tego multum, a teraz jakby je diabeł ogonem nakrył :(
są tacy co mówią szukajcie, a znajdziecie, znalazłam, i owszem, 45 euro i pierścionek zaręczynowy (nie, nie, niestety nie z brylantem, ale nie z tego, jakże błahego w sumie powodu, nie poślubiłam ofiarodawcy :)
ale gdzie do cholery są te karteczki??

ciekawość

czyli dlaczego to mnie rośnie drugi nos? (było już że pan pił, a kotek parszywiał u mrożka, że o dorianie g. nie wspomnę)

"jaki banknot? może na perły dla koleżanki wystarczy?" - pytanie takie nadeszło niedawno, może jednak zmienię opis?

auć!

boli mnie człowiek, a konkretniej organizm. najchętniej nie ruszałabym się dzisiaj z domu, a z łóżka wyłącznie do łazienki, no może jeszcze kuchni.
ale nie ma tak dobrze, za parę godzin wessie mnie oszalała ulica, liczę tylko na to, że przemknę nią w miarę bezboleśnie, zobaczymy, na razie śniadanie, herbata roba i konfrontacja z kwerendami zaległymi...

pan banknot jest bardzo ok!

wreszcie przesłuchałam nową płytę* i wnioski jak powyżej...
nawet sobie opis ustawiłam "nowy p. banknot ok!" i śmiesznie się zrobiło, bo zaraz pojawiły się pytania czy dostałam jakąś kasę, oczywiście wyjaśnienie, że p. banknot to blixa bargeld tylko zaciemniły całą sprawę...
ale jest również pewien e50, co już ma Zęba na to i to sinego dosyć :)
*Einstürzende Neubauten - Alles Wieder Offen

wtorek, 18 grudnia 2007

khe, khe

czyli kaszel wraca w wielkim stylu, dosyć mam już tego.
a wyleżeć się nie da, bo przecież amok dookoła. i tak dzielnie opieram się pędowi po sklepach z jęzorem na wierzchu - ale i tak nie dam rady zupełnie uniknąć styczności z rozgorączkowanym tłumem...

niedziela, 16 grudnia 2007

Duszne siostry*

odmachałam F.lekko nie było,wczoraj dzielnie ćwiczyliśmy krwawe marysie do godzin, które można nazwać rannymi, dzisiaj śniadanie i ból pakowania.
72 godziny, cholera, znamy się jak łyse konie, to już tyle lat, właściwie to nie potrzeba słów, po prostu wiesz...
Dzielna byłam jak diabli w muzeum powstania, był moment, kiedy myślałam, że za chwilę rozryczę się i będzie musiał mnie zbierać kawałek po kawałku, ale dałam radę, choć lekko nie było.
I to jedno pytanie, chodzisz na jego grób? Nie nie chodzę, to nie jest ważne, ja też nie chodzę, przejeżdżałem ostatnio rowerem, ale nie wiedziałem, czy można tam wjechać.
Nie rozmawialiśmy o niej, ale on był gdzieś blisko, to taki cholerny brak, dziura, której nie da się zalepić.

*o tym chyba jednak nie tym razem...

piątek, 14 grudnia 2007

szacun czyli oj, bałwanię się :)

babooshka.pl zdecydowanie mniammmmm...
a stamtąd tylko kroków kilka do zakąsek w europejskim, ach jaka szkoda, że napchaliśmy się jak nie wiem co w babooshce :(
co prawda znowu nie było tatara - tym razem jajeczna zaraza, ale i tak było miło.
tłoczno jak zawsze, ale udało się docisnąć do kontuaru, z resztą popularność miejsca zdecydowanie wpływa na zacieśnianie więzi międzyludzkich...
zamawiam dwie wódki i piwo i słyszę zza pleców spontaniczny komentarz osobnika, z którym niemal zrośnięci jesteśmy plecami. szacun mówi koleżka nie odwracając się nawet, z niewiadomego powodu prostuję "dla mnie piwo", aaa, to mniejszy szacun opiniuje współbiesiadnik.
relacjonuję wymianę zdań F., który nie mówi raczej po polsku - poza absolutnie obowiązkowymi zdaniami typu "czy ma pani wódkę" których nauczył się 20 lat temu, śmiejemy się oboje, a spontaniczne okrzyki "respect!" towarzyszą nam przez resztę dłuuugiego wieczoru...

wtorek, 11 grudnia 2007

ciężki weekend

czyli działo się duuuuużżżżooooo, intensywność przeżyć wielka.

ale okazało się, że można być na dwóch imprezach (dzień po dniu, nie jednocześnie) i wytrzymać zajęcia na uczelni w opcji full, nawet koło sadystyczne pchnęłam ze wstrząsającym (mnie szczególnie) wynikiem, kto by się spodziewał, że ledwie widząc treści zadań napiszę je na 4.5!

czyli piątkowy wybór zajęć tj. badanie granic organizmu na 10 cm obcasach + udzielanie informacji zwrotnej pewnemu młodemu literatowi nt. jego debiutanckiej xsiążki (oj, szczera byłam boleśnie) nie wpłynęło negatywnie na pracę zwojów, czego niestety nie można powiedzieć o ogólnym wyglądzie zewnętrznym i śródstopiu - boli mnie o tej pory...

sobota też miła, po przetrzeźwieniu na wyrozumiałym łonie alma mater spontanicznie zorganizowałam życie pewnej parze gości dewizowych - hihihi, czy ktoś jeszcze pamięta takie określenie??
w niedzielę organizm ciut protestował ale przeżyłam, więc nie ma co się nad tym rozwodzić.

piątek, 7 grudnia 2007

auć! ale fajnie

tyle się dzieje dookoła i to dobrych rzeczy!
dzwonią telefony bardzo obiecujące, przychodzą miłe smsy, tylko deszcz pada nie wiadomo po co...
a na dodatek przed chwilą odkryłam coś, co być może rozwiąże łatwo i szybko - bo chyba w dłuższej perspektywie niestety nie bezboleśnie ;( - problem pt. ja nie ma co na siebie włożyć na dzisiejszą imprezę!


panie i panowie, uwaga,
te obcasy mają 10 centymetrów!!!

i kota w środku!

czwartek, 6 grudnia 2007

fajnie jest dostawać prezenty :)

właśnie dostałam full, ale nie od smokołaja, tylko zaległe urodzinowe hihihi
i to duuużżżooooo
i cieszę się :)))

komu jeszcze kajdanki?

czyli sezon osiemnastkowy w pełni, a dzielny pocztylion przynosi kolejne zamówienia, tym razem przyjaciółek cz - czy one nie mogły zgadać się wcześniej, kupiłabym hurtem :-)?
Chociaż czemu się czepiam, nie proszą mnie przecież o zakupy bardziej zaawansowanych utensyliów z sexshopu, a skądinąd wiemy, że obdarowują się nimi z lubością...

dostałam list

w żółtej kopercie oczywiście :)


Ona rozwala mnie kompletnie (pozytywnie, pozytywnie...)

środa, 5 grudnia 2007

herbata cynamonowa

ze śmietanką (jak tyć to nie od byle czego :) zapodana, koncerty brandenburskie zapuszczone, cóż nie ma rady, trzeba zmierzyć się z rozkładem normalnym błeeee

coś lata w powietrzu

coś co między innymi zaraża kaszlem i prowokuje ciężkie sytuacje.
dzwoniła K., wróciła właśnie ze zdjęć, ledwo żywa zupełnie, musiało nie być lekko, jeśli wracając zatankowała diesla benzyną.

hmmm, kuchnia sprzątnięta (trzymajcie mnie, bo zabiję te śmiecące smarkule!), pranie powieszone, nawet paznokcie sobie pomalowałam, co by tu jeszcze, by umknąć histogramom?

kurczak wciąż zadrutowany, ale może dzisiaj wróci mu wifi, zobaczymy. ale i tak humor całkiem, całkiem, chociaż coraz trudniej daję sobie radę z dzieleniem przestrzeni z dzieckiem zastępczym. dziecko właściwe ma z tym problem zdecydowanie większy, może powinna posłuchać koncertów brandenburskich?

wtorek, 4 grudnia 2007

takie różne, takie same

i tak cholernie ze sobą związane...
mamy to samo imię, nazwisko, porywczy charakter i niewyparzone języki, dzielimy dużo ulubionej muzyki i pewnie wiele, wiele innych cech. ale zdecydowanie lepiej widać to z boku

dzisiaj wieczorem odpaliła kabaret starszych panów, bo chodziła jej po głowie pewna piosenka, a ja słuchając kolejnych utworów myślałam, o tym, że brak mi rozmów (głównie późno-nocnych niestety) z pewnym artystą_muzykiem_magistrem_sztuki_pianistą, który również bardzo lubi przyborę i nie tylko...

that's all, I don't even think of you that often*

miało być pogodnie, cóż znowu nie wyszło...
miałam zakuwać dystrybuanty, a uciekłam w przejażdżkę na mopie, zapuściwszy wcześniej kanadyjskiego dosmucacza.
jakby było mało, nie wiadomo czemu spadł na mnie album zostawiony kiedyś przez T., trzymałam się dzielne oglądając kolejne zdjęcia dokumentujące jego wyczyny snycerskie, ale pękłam przy ostatnim, myśląc o sportretowanym nań T., przygniatającym go smutku, o tym wszystkim, czego nie potrafię nazwać i o dusznym czerwcowym popołudniu kilkanaście lat temu, kiedy stanęło jego smutne serce...

...I need you, I don't need you,
I need you, I don't need you
and all of that jiving around...*


*The Best of Leonard Cohen, 1975 Columbia, utwór 10

ptasia grypa

czyli kurczakowi skichało się wifi, chwilowo mam nadzieję, ale póki co zasysamy net po drucie. no i stąd nagle przypłynął smutek kanadyjczyka po przejściach

...like a bird on the wire,
like a drunk in a midnight choir
I have tried in my way to be free*


a może to wcale nie jest smutna piosenka, tylko ja ją tak odbieram, nie wiem już sama. tak, czy inaczej smutno zrobiło mi się jak cholera i mam nawet pewne podejrzenia dlaczego...

*Leonard Cohen, Songs from a Room, utwór 1

poniedziałek, 3 grudnia 2007

pan kotek był chory???

i leżał w łóżeczku...

a konkretnie na stercie poduszeczek
chociaż może faktycznie chory, bo zostawiłam go lekkomyślnie z kanapeczkami i nie zeżarł wędliny, nawet się nie zainteresował...

płyta w południe

A Bestiary Of...The Creatures ze szczególnym uwzględnieniem utworu 13.
sama nie wiem czemu właściwie...

aj, aj, prawie obcy decydujące stracie

czyli wreszcie czas zająć się dystrybuantami i rozkładem poissona, błeeee, nie chce mi się okropnie!
na razie czmychnę zrobić sobie pożywne śniadanko, może kakao + bułka z masłem + miodem będą czymś, co pozwoli mi przeżyć obcowanie ze zmiennymi dyskretnymi...

dużo wrażeń

dużo dobrej muzyki, duży wqrw rano, na szczęście są ludzie, bliscy bardzo z resztą, który potrafią mnie w takiej sytuacji skutecznie odpowietrzyć...

obiad rodzinny - odbyty,

kot wielkości kojota zwiedzony (bosh! jakiż on inny od panów futrzastych i nie mam tu wcale na myśli gabarytów tylko mentalność),

kolacja w składzie międzynarodowym (menu też nie było rdzennie polskie, no bo skąd wzięły się langosze?) - udana,

i tylko sama nie wiem czemu snuje mi się po głowie stary dobry Robert Zimmerman:

... I'm not the one you want, babe,
will only let you down.
You say you're lookin' for someone
Who will promise never to part,
Someone to close his eyes for you,
Someone to close his heart,
Someone who will die for you an' more,
But it ain't me, babe,
No, no, no, it ain't me, babe,
It ain't me you're lookin' for, babe...
*

*It Ain't Me, Babe, utwór 11, Another Side of Bob Dylan, 1964

sobota, 1 grudnia 2007

duży sukces

czyli nie puściły mi nerwy...

a było blisko - cz. oznajmiła, że zamierza przekłuć sobie wargę, brrr.
oczywiście rozmawiałyśmy o tym wcześniej, za każdym razem niezmiennie - nie zgadzam się, poczekaj do maja, wtedy podejmiesz decyzję jako osoba dorosła również formalnie.

dzisiaj sytuacja powtórzyła się i cz. wybiegła z domu z płaczem, a ja zostałam ze smutnym przekonaniem, że będę musiała wyciągać konsekwencje, na co wcale nie miałam ochoty, choć byłam niestety zdeterminowana.

ale teraz duża ulga, bo na szczęście ochłonęła i zadzwoniła oznajmić, że przekuła sobie ucho (to mnie mniej rusza, bo jedna dziura w uchu mniej czy więcej robi mi małą różnicę) i radość, że udało się uniknąć użycia broni jądrowej...

muzyka

dawno nie było płyt wieczornych wspominania - ostatnio Laurie Anderson, Moloko i EN - Silence is sexy znowu...

a w ciągu dnia - wreszcie nastąpiła zmiana warty na karcie pamięci i dzisiejszą wycieczkę po duże tablice matematyczne sponsorował Roberto Aussel grający barok i tanga Piazzoli, fajnie było...

constans - kaszel

reszta wiruje jak w kalejdoskopie :)
a ja się temu przyglądam z uśmiechem pamiętając, że tego nie było i nie będzie więc nie ma się co nakręcać, a było by czym, oj było...

i jakby było mi mało, zaniosło mnie na naszą-klasę.pl - śmieszne uczucie zobaczyć ich po latach...