czyli działo się duuuuużżżżooooo, intensywność przeżyć wielka.
ale okazało się, że można być na dwóch imprezach (dzień po dniu, nie jednocześnie) i wytrzymać zajęcia na uczelni w opcji full, nawet koło sadystyczne pchnęłam ze wstrząsającym (mnie szczególnie) wynikiem, kto by się spodziewał, że ledwie widząc treści zadań napiszę je na 4.5!
czyli piątkowy wybór zajęć tj. badanie granic organizmu na 10 cm obcasach + udzielanie informacji zwrotnej pewnemu młodemu literatowi nt. jego debiutanckiej xsiążki (oj, szczera byłam boleśnie) nie wpłynęło negatywnie na pracę zwojów, czego niestety nie można powiedzieć o ogólnym wyglądzie zewnętrznym i śródstopiu - boli mnie o tej pory...
sobota też miła, po przetrzeźwieniu na wyrozumiałym łonie alma mater spontanicznie zorganizowałam życie pewnej parze gości dewizowych - hihihi, czy ktoś jeszcze pamięta takie określenie??
w niedzielę organizm ciut protestował ale przeżyłam, więc nie ma co się nad tym rozwodzić.
wtorek, 11 grudnia 2007
ciężki weekend
Autor:
magdandena
o
12:13:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz