czwartek, 29 listopada 2007

się dzieje...

są w mym życiu rzeczy stałe - ostatnio należy do nich niestety kaszel...
reszta zmienia się jak w kalejdoskopie - multum wrażeń, różnych, różniastych, mniej lub bardziej spodziewane wizyty, prezenty, przyjemności, łzy oczyszczające i poczucie bezsilności.

ludzie rozstają się i łączą w nowe pary, przyglądam się z boku i sama już nie wiem co czuję na ten temat, poza dziwną radością, że nie dotyczy mnie aktualnie takie zamieszanie.

piękny był dzisiaj dzień, taki słoneczny, może to i lepiej, że świeciło słońce, gdy mały i duży m zostali osieroceni przez pewnego krnąbrnego czarnego kudłacza - nic już nie dało się zrobić, był już stary i bardzo chory mówi rozum, ale emocje wiedzą swoje.
cóż, najmniejsza m będzie znała tylko z opowiadań psa, z którym mieszkała przez pierwsze 12 tygodni życia...

wtorek, 27 listopada 2007

surprise! surprise!

kocia dziewczynka znalazła nowy dom!
tzn. wszystko wskazuje na to, że znalazła, chyba że nowy właściciel okaże się uczulony na koty, ale wtedy zastosujemy plan b.
bo ta mała smarkula podbija absolutnie wszystkie serca, więc już rozkochała w sobie osobnika, który miał pomóc przy jej transporcie. no i jakby co, to plan b już ustalony...

materiał mi się zmęczył

czyli mam już po kokardę kaszlu, gruzu, bałaganiącej sarenki i kociego dziecka.

dzisiaj wywlokłam się na trochę z łoża boleści, żeby umieścić z powrotem w łazience wszystkie tubki, buteleczki i słoiki, które musiałam ewakuować w piątek.

w tym czasie siksa (tak, tak, nasza tymczasowa lokatorka dostała imię) zrzuciła z parapetu skrzynkę z rukolą, nie oderwałam jej ogona, chociaż rozważałam taką ewentualność zamiatając rozniesioną po pokoju ziemię, bo oczywiście zwalić skrzynkę to nie jest pełnia szczęścia - do kompletu trzeba jeszcze wytarzać się w ziemi i poturlać grudki pod szafę na przykład.

jakby tego było mało skończyły mi się czekoladki buuuu, a przecież jak człowiek jest chory, to należy mu się coś od życia, czyż nie?

poniedziałek, 26 listopada 2007

słodkie sny

zapomniałam już jak bardzo "wali w palnik" pewien lek na kaszel, dosłownie rzuciło mną i zasnęło, oczywiście obudził mnie okrutny telefon, ale przytomna to ja raczej nie jestem.
za to gdzieś w przestrzeni pojawiło się wspomnienie toblerona, ach jak dawno go nie jadłam, a był przecież taki czas, kiedy opychaliśmy się nim jak dzicy.
pewnie teraz bardziej smakowałby mi ten ciemny...

khe, khe

czyli trzy ćwierci do śmierci...
leżę (zazwyczaj) i rzężę - z przerwami na wycieczki tu i ówdzie, bo mimo wszystko świat trwa nadal, nie oglądając się na to czy mam siłę go gonić.

kociczka owinęła nas sobie wokół pazurka, oczywiście szukamy jej nowego domu, bo nikt się niestety do tej pory nie zgłosił, ale panna dostała już imię, co jest dosyć niepokojącym objawem i może wróżyć powiększenie rodziny.
zwłaszcza, że wygląda uroczo wyciągając się na kanapie i nawet leżakowanie w skrzynce z rukolą uchodzi jej płazem...

podobno rurowymieniacze zakończyli działalność w chatynce, teraz tylko upolować muszę ofiarę, która doprowadzi do ładu zryty zakątek łazienki - ot zagipsować narożnik i przykleić parę kafelków, ale przecież sama tego nie zrobię. ale jakoś to będzie, chyba że wcześniej zejdę i nie będzie to już mój problem

sobota, 24 listopada 2007

aj, aj czyli tak jakoś wyszło

i zupełnie nagle pojawiła się kolejna futrzata istota...
jak gdyby nigdy nic stanęła na drodze pewnej młodej osóbki i już
w ogóle wygląda to tak, jakby mieszkała z nami od zawsze - panowie szarmanccy, aż mi się wierzyć nie chce - żadnego fukania, prychania nic z tych rzeczy, panna rozwala się centralnie na łóżkach i kanapach, łaskawie przyjmując zachwyty nad swą ujmującą powierzchownością...
ogłoszenia o znalezieniu zguby zawisły na windach.
tak, mam nadzieję, że panna po prostu skorzystała z niedomkniętych przez rurowymieniaczy drzwi i ktoś jej właśnie szuka, bo nie ma we mnie zgody na permanentne posiadanie trzech sierściuchów - wystarczą wizyty Myszkina :)

piątek, 23 listopada 2007

jak ja się uchowałam?

sama się sobie dziwię, że do tej pory nie widziałam Magdy M!
a tam wszystko takie śliczne, liryczne i apetyczne, nie to co moja łazienka po wizycie rurowycinaczy...
i xsiążę na koniu (no bo taki przecinak, czy czym on tam pomyka, to chyba odpowiednik rumaka)
i w ogóle bajkowo - może ja się teleportuję?
tylko po co? przecież ja tam nie pasuję, do tych wyprasowanych marynareczek i wylizanego świata, mogłoby mnie zemdlić szybciutko, chyba jednak zostanę tu...

blood, sweat and tears

mam w łazience
blood and sweat - to pan wycinający od rana rury w łazience, naprawdę znalazłam krew (jego krew!) na kafelkach w łazience - na szczęście nie pokaleczył się za bardzo
tears będę miała chyba w oczach, kiedy wreszcie skończą - obawiam się, że zostanie po nich lej po bombie...

czwartek, 22 listopada 2007

nerwica w granicach normy

czyli jak zwykle się udało :)

tym razem dzień zaczął się o 6:00 - tak wcześnie, żeby zdążyć przed korkiem - no bo jak tu ściągać drugą szczęśliwą bez akumulatora z samego centrum mojej ulubionej metropolii?

spadły na nas wszystkie plagi egipskie - ponad 3 kwadranse trwało poszukiwanie:
miejsca do zaczepienia linki,
instrukcji,
haka, który należy wkręcić w cudem odnalezione miejsce
(uwaga! uwaga! kręcimy odwrotnie do ruchu wskazówek zegara! no kto by pomyślał...)

już o 7:45 mknęłam do chatynki pokasłując raźnie i ciesząc się, że cała impreza obyła się bez strat w ludziach (najbardziej zagrożony był chyba facet sister - nie wykazał się biedaczek zimną krwią przy poszukiwaniu haka..)

a to dopiero początek dnia, już się boję ciągu dalszego...

środa, 21 listopada 2007

mądrzy ludzie żyją w brudzie

czyli jeszcze nie skończył się sajgon kuchenny, a już załomotał do drzwi pan życzliwy z radą "pani sobie nałapie wody, bo zaraz zakręcamy pion w łazience".

nałapałam sobie oczywiście, a wcześniej wynegocjowałam 15 minut obsuwu w zakręcaniu, ot tyle ile trzeba na staranne wypucowanie kociej kuwety oraz prysznic...

cóż od dzisiaj do nie_wiadomo_kiedy czekaja mnie ablucje przy użyciu wiadra (liczę na rychły powrót wody w kuchni) lub wizyty u krewnych i znajomych królika - wcześniej rozważałam załatwienie tej sprawy codziennymi wycieczkami na basen, ale tam są przeciągi, a ja jestem przeziębiona :(

a za oknem mleko...

wtorek, 20 listopada 2007

kap, kap

przeczytałam "Maciej w sieci" (GW 20.11.2007, str.8 wyd. warszawskiego), wiedziałam, że nie będzie happy endu, ale dzielnie doczytałam do końca, a teraz łzy cieką mi po policzkach...
L73th.blox.pl - może kiedyś tam zajrzę i przeczytam, na razie brakuje mi siły...

wreszcie im się udało!

zarazili mnie skutecznie...

mam temperaturę, obolałe gardło i ból istnienia. brak we mnie zgody na powyższe objawy albowiem dookoła wydarza się mnóstwo inspirujących rzeczy, a ja zamiast z ochotą dać w to wszystko nura, leżę z kurczakiem na kolanach przykryta gumowymi misiami...

zwlokłam się tylko zrobić karczemną awanturę rurowymieniaczom, jutro ciąg dalszy sztuki (w nie wiadomo ilu aktach niestety) pt. "wymiana pionów - reaktywacja".

niedziela, 18 listopada 2007

czytam opisy znajomych na gg i co widzę?

Cierpliwość: łagodna forma rozpaczy uchodząca za cnotę. Ambrose Bierce

sobota, 17 listopada 2007

znalezione przypadkiem, prawdziwe chyba niestety...

Nie będzie przyjacielem kobiety, kto może być jej kochankiem... (H. Balzac)

piątek, 16 listopada 2007

wrrrr

mam wodę w kuchni i superatę w postaci grubej warstwy kurzopyłu wszędzie
mam też multum nieżyczliwych myśli nt. administracji oraz człowieka, z którym miałam dzisiaj przykrość stykać się we własnej kuchni
a także smutną refleksję, że pewien W. miał rację pisząc, że to nie są tacy sami ludzie jak my...

czwartek, 15 listopada 2007

armagedon

mam dziurę w kuchni hen, do piwnicy, futrzate mają przerażenie w oczach, panowie z narzędziami zaś krotochwilny nastrój...
ale dziura na przeziór ma też pewne dobre strony - właśnie zagroziłam, że jeśli nie wytną resztek rury (nikomu już niepotrzebnej), to będę przez otwór ciskać czym popadnie - pracują poniżej, więc nie będzie to trudne :)

środa, 14 listopada 2007

wielkie ufff

czyli mam nowy śliczny routerek :)
i hula mi sieć wszędzie - w kurczaku i dużuchu jednocześnie...
a kurczak dostał śliczne futerko w paseczki...

iluminacja

nagle oświeciło mnie! to jasne - sarenka to nasza koza od rabina!! wszystko wydarza się w jakimś celu...:)

proste pragnienia

mieć wodę w kuchni...
wyspać się wreszcie...
wyłączyć panów z piiiiiiii młotem udarowym gdzieś bardzo bliziutko (mam wrażenie, że za chwilę wpadną razem z tym szpejem między makaron a kocie żarcie)

poniedziałek, 12 listopada 2007

łańcuch

gadam z S o związkach damsko-męskich
dochodzimy do mojego ulubionego "jeśli kogoś kochasz daj mu wolność..."
S spontanicznie: mój ma tak długi łańcuch, że lata po całej Warszawie

niedziela, 11 listopada 2007

rogale marcińskie mniammm

pożarłam, pożarłam, jakbym co najmniej z Poznania była hihi:)
a teraz będę leżeć i dyszeć...
a najfajniejsze jest to, że odkąd mam kurczaka, mogę klikać nawet z łóżka :D

piątek, 9 listopada 2007

kurczak w domu

czyli wszyscy kochamy instalować system :)
ale kto nie zainstaluje? Ja nie zainstaluję? never!!
nawet jeśli podstępni dranie wyschli krany :)

czwartek, 8 listopada 2007

archiwum opisów

...mój Boże
żeby ona była trochę młodsza
trochę ładniejsza

(...)
może wówczas pokochaliby ją
prawdziwi mężczyźni
generałowie atleci władzy despoci

żeby zadbała o siebie
wyglądała po ludzku
jak Liz Taylor
albo Bogini Zwycięstwa...*

* tym razem z Herberta

archiwum opisów

nadobna, naiwna, niewyspana, najedzona, narwana, natchniona, niecierpliwa, niedorzeczna, niesforna, niewinna, nostalgiczna, nadwrażliwa :)*

*dzisiejszy opis sponsoruje literka n

cierpliwa inaczej jestem

doczekać się nie mogę...
kcem jush! bardzo kcem!

środa, 7 listopada 2007

no i się zaczęło...

obsesyjnie myślę, jakiż to kubraczek sprawić kurczakowi, dlaczego te neopreny takie brzydkie?
no przecież nie kupię różowego w kwiatki!
nie mogą zrobić takich, żeby do kurczaka pasowały? wiem, wiem, mały on, to i wybór mniejszy...

zakochałam się

jest śliczny, żółciutki i pasuje mi do szalika :)
nie oprę się draniowi chyba, właściwie już postanowiłam
co prawda czarodziej z javy śmiał się okropecznie, że jak typowa kobieta, kolor jest najważniejszy, ale wytłumaczyłam mu grzecznie, że nie mam zamiaru obcować codziennie z brzydalem, a ten jest taki apetycznie żółciutki, po prostu 1,8 kg czystego optymizmu...

wtorek, 6 listopada 2007

za oknem pada deszcz

ale nie tu, tu Cymkot wyleguje się w słonku, sztucznym słonku lampki
ach, szkoda że to nie stara, dobra żarówka, bo przypiekało by jeszcze milusio...

sen przemiły

miałam dzisiaj
i osoby dawno niewidziane spotkałam w nim, ach, przyjemnie było...

poniedziałek, 5 listopada 2007

a może by tak

poszukać nowego motta?
albo chociaż pysznego mango?
książki odwlec do stęsknionej bibliotekarki?
a może nie?
zobaczymy...

niedziela, 4 listopada 2007

dla A.

z zapewnieniem, że będzie tak...
Oswajanie Godota

Jeszcze dzień, jeszcze dwa...
wszystko się odmieni
wszystko się ułoży jak w kartach
A na razie... choć czekamy jutra jak zbawienia
A na razie... w tygodniowym rachunku sumienia
rozgrzeszamy się z poniedziałku

Jeszcze dzień, jeszcze dwa...
ktoś tu do nas przyjdzie
Ktoś tu przyjdzie zbyt długo czekamy
A na razie... róbmy co do nas należy
A na razie... kark jeszcze nisko zginając
starych bogów w progu witajmy

Jeszcze dzień, jeszcze dwa...
gdy nie braknie nam wiary
zawrócimy do źródeł rzeki rwące
A na razie... bezpieczni płyniemy na fali
A na razie... marząc o gorącym źródle
zażywamy kąpieli gorącej

I choć starych bogów zastąpili nowi
to i tak kark po staremu się zgina
od poniedziałku co trwa do soboty
i jak dawniej zbyt wcześnie rano się zaczyna
tą samą modlitwą:
"że możę już jutro
wszystko się odmieni
ułoży jak w kartach..."
więc będziemy czekać jutra jak zbawienia
od samego rana
aż do końca świata*


*wiersz napisał Marek Tercz, śpiewał go kiedyś Gintrowski

sobota, 3 listopada 2007

rozrywki na deszczowe popołudnie

czyli co dzieje się, kiedy przyjaciółka wyciągnie człowieka na zakupy...
sunęłam dzielnie, nie jęczałam, chociaż najchętniej widziałabym osobę własną zakopaną pod kocykiem z lekturką, ale nie takie rzeczy człowiek poświęca dla przyjaźni.
w planach było oglądanie nowego samochodu (in spe i nie mojego oczywiście) oraz zakup spodni typu jeans - również nie dla mnie.
bilans jest dosyć zaskakujący - salon hondy - nieczynny do poniedziałku, spodni adekwatnych brak! słowem pełne fiasko patrząc na to oczyma organizatorki wycieczki.
co innego ja, ja przez zupełny przypadek wypatrzyłam kosmiczną wirówkę do sałaty (stara zdecydowanie odmówiła ostatnio współpracy wyjąc przy tym niemiłosiernie) - musiałyśmy wyjść razem - wirówka i ja.
jakby tego było mało zostałam również szczęśliwą posiadaczką różowych pończoch w groszki, nie wiem jeszcze do czego zamierzam je nosić, ale nie potrafiłam się tym groszkom oprzeć...
i tak to zamiast samochodu i spodni kupiłyśmy coś na kształt garnka (ale ładnego, stal inox!) i pończochy, nieźle, co?

piątek, 2 listopada 2007

nieczynne

z powodu zamknięcia
w sobie...