wtorek, 26 sierpnia 2008

hello world!

czyli prababcia w globalnej wiosce.
to się musiało tak skończyć - nie da się uciec przed postępem - w sześćdziesiątej siódmej wiośnie życia rodzicielka weszła w posiadanie telefonu komórkowego i na początku czerwca dostałam sms "to ja mama" z niezidentyfikowanego numeru.
a dzisiaj zobaczyłam na wyświetlaczu "jestem prababcia seweryna". nie napisała co prawda, że świeżo urodzony obywatel (amerykański zapewne jednak) waży 8 funtów, ale i tak jestem z niej dumna, jak tak dalej pójdzie, przed siedemdziesiątką zacznie pisać bloga!
no bo na pewno wkrótce opanuje sztukę samodzielnego odpalania kompa, żeby móc porozmawiać z amerykańską wnuczką i pooglądać prawnuka kiedy przyjdzie jej na to ochota...

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

na dobry tygodnia poczatek

pewien duży sysad przysłał mi piosenkę
...I’ll give you a cake
I’ll give you a hug
I’ll buy the “world’s best system administrator” mug...

hmmm, zapraszam, dawno nie byłam dokarmiana przez użyszkodników...

sobota, 23 sierpnia 2008

goodbye katafalk

czyli miało być tak pięknie...
ekstra-super-hiper materac z 7 strefami twardości, śliczne olchowe łóżko prosto z bystrej od pana liszki*, noc z piątku na sobotę - teraz na pewno wreszcie się wyśpię!
czyżby? zapomniałam, że mieszka z nami histeryczny sierściuch, który od 5 rano chodził dziś po mnie i wrzeszczał. przestał dopiero niedawno i zwinął się w kłębek, chyba obudzę drania, dlaczego on ma być wyspany a ja nie?

* trochę było strachu, że się nie zmieści w sypialni, ale w końcu udało się je wcisnąć, tak, tak dosłownie wciskaliśmy je między ściany. pan liszka powiadomiony mailowo o sukcesie przedsięwzięcia odpisał "troszkę popieścić się zmieści"

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

wyimki z gg

czyli konwersując wirtualnie z s.
s w panice totalnej, właśnie odkryła, że ma towarzystwo. przyssane doń (póki co) na stałe. pocieszam, że kleszcz ma zdecydowanie mniejsze szanse na przeżycie niż ona, ale chyba mało skutecznie, bo za chwilę czytam:
wiedzialam ze umre
ale nie wiedzialam ze na odkleszczowe zapalenie opon mozgowych

jak w łodzi? pływa?

czyli czy jest związek pomiędzy oberwaniem chmury a pytaniem w?
są tacy, co twierdzą, że i owszem.
w piątkowy wieczór szczęśliwa przypominała raczej amfibię - a zachwycał się urodą bocznych fal, ja skupiałam się raczej na ślepieniu przez szybę przednią, zalewaną hektolitrami wody. popadałoby jeszcze trochę i byłoby jak u sienkiewicza, kuby sienkiewicza oczywiście...

wtorek, 12 sierpnia 2008

może i szybko, ale...

czyli podróżowałam lodówką.
w sobotę, dzień upalny dosyć, udaliśmy się nowoczesną lux-torpedą pkp do łodzi. trasa faktycznie odremontowana jak się patrzy, pociąg mknął 120 na godzinę (przynajmniej tyle wskazywał wyświetlacz) tak cicho, że słychać było szczękanie zębami podróżnych.
a podróżni szczękali zębami z zimna, bo temperatura w lux-torpedzie wynosiła tak na oko z 18 stopni. apele do konduktora, że nie jesteśmy kanapkami z majonezem i nie trzeba przechowywać nas w warunkach chłodniczych nie odniosły skutku.
łódź powitałam salwą gromkich kichnięć, a w gardle drapie mnie do tej pory. na szczęście w poniedziałek rano do stolicy przywiózł nas i, toyotą, bez klimatyzacji, dzięki czemu upiekło mi się chyba zapalanie płuc.
może unia oprócz 70 milionów do modernizacji torów i taboru powinna dołożyć jeszcze ciut na szkolenie z obsługi klimatyzacji?

czwartek, 7 sierpnia 2008

a może jednak do twarzy mi z wytrzeszczem??

czyli znalezione wczoraj na ścianie remontowanego domu, zapewne ręką jakiegoś fachowca skreślone

dla tych co nie widzą obrazka, napis na ścianie głosi:
potkowa leśna julita
ciekawe czegóż on chciał o julity z podkowy l?

środa, 6 sierpnia 2008

every cloud has a silver lining

czyli my name is house, gregory house...
znowu użyłam jak pies w studni. po północy zadzwoniła cz, żeby poinformować, że pociąg spóźnił się ponad godzinę, a poza tym siedzą na korytarzu.
zdążyłam zasnąć, ale już o 2:40 obudził mnie upiorny skurcz łydki.
wyspana inaczej dokuśtykałam do lokalnej piguły, która radośnie pogrzebała w mej gardzieli w poszukiwaniu bliżej jeszcze nieznanego mikroba, po prostu żyć, nie umierać!
w drodze do pracy dowiedziałam się od cz, że jestem wyrodną matką, bo mama a nie spała podobno całą noc, a ja śmiem zgłaszać zastrzeżenia co do budzenia mnie po północy - ale w sumie sama sobie winnam, mogłam nie dzwonić do niej z pytaniem, czy dojechały całe i zdrowe.
no dobrze, a gdzie jasne strony?
kuleję jak doktor house! szkoda, że magnez mam w podłużnych tabletkach, nijak nie przypomina vicodinu...

wtorek, 5 sierpnia 2008

meandry pisowni

czyli oczy wytrzeszczam.
przytruchtał do mnie wczoraj zaaferowany użyszkodnik z prośbą o wydrukowanie tabliczek z nazwiskami. przywlókł ze sobą zagryzmolony karteluch, trudno było odcyfrować pisaninę, więc poprosiłam grzecznie - napisz to drukowanymi.
użyszkodnik przejął się okropecznie i po circa trzech kwadransach wpadł zziajany, tym razem z wydrukiem. nie spodziewałam się, że będzie w stanie wklepać to do kompa, ucieszyłam się więc i poprosiłam o plik.
nie mam, skasowałem, wyzipiał osobnik, a mnie zaczęło opadać wszystko. ale przecież coś musiało zostać na później, bo otrząsnąwszy się z szoku rzuciłam okiem na karteczkę. a tam jak wół: młotrzy specjalista - oczy wysadziło mi z orbit i zwątpiłam ostatecznie...
dzisiaj rano oczy miałam już na miejscu, ale nie zbyt długo, bo pewien pan poinformował mnie via mail, że: koszt wysyłki to 85zł przy wpłacie na kąto.
bosh, a jak ten wytrzeszcz mi zostanie??

sobota, 2 sierpnia 2008

powstaję, wybucham i wyję

czyli a nie mówiłam?
ostatnie kilka dni dopinałam pewien (mały na szczęście) projekt związany z rocznicą wybuchy powstania. wymagało to m.in. zorganizowania transportu z punktu a do punktu b nie do końca określonej liczbie harcerzy. szybko policzyłam, że najprostszym i najtańszym sposobem będzie zamówienie odpowiedniej liczby taksówek, bo odległość między punktami była nikczemna raczej.
punkt b był mi znany, gorzej niestety z punktem a. harcerze mieli zostać przejęci po zbiórce, grzecznie zadzwoniłam więc do niejakiego harcmistrza z prośbą o dokładne namiary punktu a. harcmistrz długo opowiadał w którym to parku przy pewnej ulicy, ale podania numeru ulicy odmówił, twierdząc uparcie, że taksówkarze nie będą mieli kłopotu z odnalezieniem miejsca. czułam, że robię niemądrze, ale skapitulowałam przed jego argumentami.
wczoraj z odpowiednim wyprzedzeniem (czytaj nie za późno ani nie za wcześnie, ot w sam raz dla korporacji radio-taxi) zamówiłam 5 pojazdów, bo tyle ostatecznie było potrzebne do przewiezienia gromadki. podałam telefon do punktu a, gdyby jednak coś nie tak z tym opisem i do mnie, ot tak, z przyzwyczajenia.
radiopanienka przyjęła zamówienie, a ja spokojnie udałam się do dalszych zajęć.
niestety o 16.30, kiedy wypatrywałam czujnie całego towarzystwa (przecież ktoś musi za to zapłacić) zadzwonił harcmistrz, że wciąż czeka na podwody. szybki kontakt z radiopanienką ukazał grozę sytuacji - brak numeru ulicy = zero podwody czyli zamówienie zostało anulowane!
co myślę o tym, że nikt nie raczył mnie poinformować o odwołaniu, powiedziałam radiopanience bardzo krótko i raczej parlamentarnych wyrażeń używając, bo czas naglił.
harcerze godzinę w spędzili w podróży (o 16.58 harcmistrz donosił, że jeszcze kilometr). syreny zawyły, apel opóźnił się deczko, napięcie powoli opadło.
ale nie do końca chyba, bo dzisiaj o 5.12 obudziłam się z wrzaskiem - nie da się inaczej, kiedy łapie skurcz łydki, a może to złość na bezmyślność radiopanienki spuszczona ze smyczy użarła mnie boleśnie?