środa, 6 sierpnia 2008

every cloud has a silver lining

czyli my name is house, gregory house...
znowu użyłam jak pies w studni. po północy zadzwoniła cz, żeby poinformować, że pociąg spóźnił się ponad godzinę, a poza tym siedzą na korytarzu.
zdążyłam zasnąć, ale już o 2:40 obudził mnie upiorny skurcz łydki.
wyspana inaczej dokuśtykałam do lokalnej piguły, która radośnie pogrzebała w mej gardzieli w poszukiwaniu bliżej jeszcze nieznanego mikroba, po prostu żyć, nie umierać!
w drodze do pracy dowiedziałam się od cz, że jestem wyrodną matką, bo mama a nie spała podobno całą noc, a ja śmiem zgłaszać zastrzeżenia co do budzenia mnie po północy - ale w sumie sama sobie winnam, mogłam nie dzwonić do niej z pytaniem, czy dojechały całe i zdrowe.
no dobrze, a gdzie jasne strony?
kuleję jak doktor house! szkoda, że magnez mam w podłużnych tabletkach, nijak nie przypomina vicodinu...

Brak komentarzy: