sobota, 28 listopada 2009

o bogactwie

czyli piosenka na dzisiaj
waglewski, fisz, emade, męska muzyka, utwór 3
może trochę monotematycznie ostatnio, ale dla c oczywiście...

czwartek, 19 listopada 2009

tabletki na łzy, cukierki na sen

czyli digging in the dirt*.
3:55 to pora, kiedy słowa skradają się w ciemności, czasem jest 4:52, a czasem 5:20.
c oddycha miarowo, futrzaści pochrapują rozpychając się niemożebnie na poduszkach albo wtuleni na łyżeczkę, czasem również w któreś z nas.
wiem, że pewnie znów nie będę mogła zasnąć, ale wciąż mam nadzieję, że może jednak tym razem się uda.
dlatego nie włączam karakana, nie wiercę się przesadnie - wystarczy, że ja nie śpię, po co budzić futrzatego histeryka, którego wrzask postawiłby na nogi umarlaka, że o c nie wspomnę.
słowa składają się w całość, gdzieś w tle majaczy senność, nie, nie będę jej płoszyć - zapiszę rano, zasypiam...
a rano, no cóż, chyba widać było ostatnio...

*peter gabriel, us, utwór 7

piosenka poranna

dla c, który podobno jej nie zna...
magda umer, jeśli myślisz

czwartek, 15 października 2009

56

pewnie nowa książka stasiuka, taksim, może jeszcze kudłata o nowym jorku, przecież zawsze dawałam mu książki, które sama chciałam przeczytać.
płyta nie przychodzi mi do głowy żadna.
i dużo nugatu, z migdałami oczywiście, może trochę ostrego, bo miód gryczany daje taką ostrość.
czwarty wirtualny prezent, a czuję jakby minęła wieczność, wszystko się zmieniło, życie znowu mnie zaskoczyło.
tak, nic nie zdarza się dwa razy, ale znowu okazało się, że trzeba zamknąć jedne drzwi, żeby otworzyć inne...

sobota, 10 października 2009

piosenka poranna

przyszła sobie do mnie dzisiaj rano.
i śpiewa sobie w mojej (czy tylko?) głowie, że:

miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty
to też nie diabeł rogaty
...
bo miłość to żaden film w żadnym kinie
ani róże ani całusy małe duże...*

* happysad, wszystko jedno, 2004, SP Records, utwór 2

piątek, 2 października 2009

mała rzecz, a cieszy

czyli prezent dostałam dzisiaj niespodzianie!
o, o taki!

pyszny! sprawdziłam od razu...

no i jaka mogłaby być piosenka?
jedyna słuszna to przecież skaldowie, wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał*
*a.zieliński, w.młynarski

czwartek, 1 października 2009

piosenka dla tych, którzy nie mogą spać

czyli dla mnie także.
whatever gets you thru the night it's alright...*
zdecydowanie popieram, choć wciąż mam nadzieję, że obejdę się bez kolorowych cukierków.

* j. lennon, powiedzmy shaved fish, utwór 8

wtorek, 29 września 2009

zapraszamy do reklamy

czyli plusy dodatnie, plusy ujemne.
nie da się ukryć, schudłam ostatnio.
dość konkretnie schudłam.
tak ze trzy rozmiary chyba, wnioskując z opadających ciuchów.
czyli tyle, że powinnam wejść w posiadanie nowego zestawu spodni, bo dotychczasowe wiszą na mnie dosyć żałośnie, co niestety jako żywo wróży wydatki, wydatki, wydatki...
choć z drugiej strony zazdrosne spojrzenia użyszkodniczek i pytania "co to za dieta" są bezcenne, a za resztę przecież mogłabym zapłacić kartą...

tym razem nieco eschatologiczne

czyli 4:52.
nie przepadam za tą porą i chętnie darowałabym sobie senne międzylądowania, ale chyba nie bardzo mam na to wpływ.
więc przewracam się z boku na bok i myślę.
czasem także o śmierci.
że naprawdę każda godzina może być tą ostatnią i gdyby się nagle okazało, że umieram, to nie żałowałabym niczego.
oczywiście zawsze zostanie coś, czego nie zdążę zrobić, ale gdzieś tam w środku siedzi sobie myśl, że umierałabym spełniona i pogodzona.
nawet jeśli nie za kilkadziesiąt lat, tylko właśnie dzisiaj.
każda godzina to prezent, bezsenna 4:52 również...

piosenka nie tylko na 4:52 - apteka, płyta apteka, utwór 10

poniedziałek, 21 września 2009

ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

czyli czy ja zamawiałam fitness na 6.30?
nie, nie i jeszcze raz stanowcze nie!
a jednak dzisiaj bladym świtem nieliczni (nie)szczęśliwcy mogli obserwować poranną przebieżkę: najpierw po schodach - trasa piętro dziesiąte - piwnica, a potem runda honorowa wokół bloku. oczywiście w szlafroku i kapciach. tak się bowiem nieszczęśliwie złożyło, że nie domknięto drzwi w chatynce i nocą futrzaści udali się na gigant.
niby nic nowego, sekwencję ruchów szlafrok-kapcie-winda_na_dziesiąte piętro opanowałam dosyć dobrze i do tej pory udawało się namierzyć uciekinierów bez większych problemów. przeszukiwanie piwnicy też mam w małym palcu odkąd morświn próbował sprawdzić na własnym futerku jak przyjemnie być kotem piwnicznym - kiepsko się do tego nadaje - wrócił cały zaszargany i z pchłą w charakterze bonusa.
niestety dzisiejsze polowanie powiodło się tylko w połowie - morświna odłowiłam na drugim pietrze, po cymkocie ślad zaginął.
po południu wywieszę ogłoszenie, może darł się komuś pod drzwiami i jakaś litościwa dusza przygarnęła go na noc.
mam nadzieję przynajmniej...

czwartek, 17 września 2009

pronomina possessiva

czyli dziękując m i c, którzy pokazali mi lustro.

pewnie nie będzie lekko, ale przecież najważniejsze już się wydarzyło.
dobrze jest zobaczyć cel, a jeszcze lepiej uwierzyć, że jest osiągalny.
natchnienie i nadzieję przyniósł wstęp lamy ole do tekstu pierwszej części nyndro:
...churchill powiedział kiedyś: „mądry człowiek może umknąć rozlewu krwi, a jeszcze mądrzejszy uniknie łez. nikt jednak nie osiągnie wielkiego celu bez potu” ... dzięki niezliczonym prawie powtórzeniom pęka skorupa przyzwyczajeń pokrywająca nasz umysł...
cóż, trochę poobtłukiwałam kolana, ale wciąż mam siłę wstawać...

poniedziałek, 14 września 2009

piosenka wieczorna

czyli wciąż nie mogę się nadziwić.
every cloud has a silver lining mawiał kiedyś pewien gentleman tytułowany przeze mnie żartobliwie tatą.
i faktycznie tak jest.
widzę śliczne złote halo za moją chmurą.
kochane czarownice, dziękuję, że jesteście.
to wspaniałe uczucie, wiedzieć, że mam was za plecami, gotowe w każdej chwili zrobić to, co akurat będzie potrzebne.
na pewno maczałyście palce w tym, że w głowie uparcie dźwięczy mi refren i've got the power*
a piosenka jest oczywiście dla i o każdej z nas, czyż nie?

* the power, snap!

niedziela, 13 września 2009

o zadziwieniu

czyli cuda się zdarzają.
codziennie.
na przykład wczoraj.
wieczorem.
na świat przyszła mała dziewczynka...
ciekawe czy kiedyś nawlekę dla niej koraliki, ciekawe czego będę jej wtedy życzyła?
nie wiem, ale na razie cieszę się, że jest.
witaj na świecie franiu!

czwartek, 10 września 2009

piosenka poranna

bo dawno nie było
maanam, hamlet

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

o opisywaniu nieopisanego

czyli młody człowiek pyta czym właściwie jest miłość?

jak odpowiedzieć na takie pytanie?

czytam właśnie osho - miłośc, wolność, samotność*, ale czy szesnastolatek znajdzie cierpliwość by tu właśnie szukać odpowiedzi?

może cytat z lamy Ole byłby w sam raz?
miłość wydarza się wtedy, gdy myślimy bardziej o dawaniu niż o braniu. jest ona głębokim pragnieniem bycia szczęśliwym z drugim człowiekiem i obdarowania go wszystkim co najlepsze.**

a może powinien posłuchać janerki?
kiedyś wyjdziemy nieśpiąc
poza to co nam się śni
i rozbłyśniemy aureolą

wszechświat się skończy
a ocaleją tylko ci
co zrozumieli ten dziwoląg
miłość***


jest jeszcze stary idealista i jego mind games, naprawdę podoba mi się ta odpowiedź:
love is the answer and you know that for sure,
love is a flower you gotta let it, you gotta let it grow****


najlepiej byłoby, gdyby znalazł własną, ale wiem, że to nie takie łatwe, bo sama szukałam tyle czasu i wciąż odnajduję ją na nowo...*****

* kochana a, jak zwykle trafiony, mądry prezent,
** budda i miłość, o. nydhal, wyd. jacek santorski & co, str. 121,
*** fiu, fiu, l. janerka, utwór 8,
**** powiedzmy shaved fish, j.lennon, utwór 9,
***** dziękując c, za to, że jest przy mnie podczas tych poszukiwań...

czwartek, 27 sierpnia 2009

nie wierzę w przypadki

czyli piosenka wieczorna.
zdecydowanie dla mnie, ciepło myśląc o innych...
dzisiejszego house'a skończyli stonesi, jak dla mnie strzał absolutnie w 10 :)

...you can't always get what you want
but if you try sometimes you might find
you get what you need...*


* oczywiście the glimmer twins, let it bleed, utwór 9

czwartek, 13 sierpnia 2009

rzeczy które pamiętam, rzeczy które chciałabym zapomnieć

albo piosenka poranna również a propos:

głowa to jest jak walizka można do niej wszystko wciskać
...
choć nie wciśniesz to nie pryska to coś kiedyś widział z bliska
...
pełna głowa, pełna głowa ciągnie całą resztę do dna,
braknie siły by tak płynąć
poprzez żal i to rozchwianie,
przez gorączkę tylu złudzeń...*


wszystko podobno jest iluzją, a ja, ja mam chyba bóle fantomowe
wiem, że to nie ma najmniejszego sensu, ale wciąż niosę ten cholerny plecak...

* jeśli mi się kiedyś zdarzy j. kleyff

środa, 29 lipca 2009

paparazzi

czyli weekend w żyrafowie.
nie pojechałam tam co prawda jak niejaki pawlak pociągiem, ale za to zostałam trzy dni.
i wreszcie odbyło się zapowiedziane już dawno zwiedzanie loftów i nie tylko.
przy okazji nastrzelałam kilkadziesiąt zdjęć smoczętom i oprowadzającemu nas c.
trafiło się też coś specjalnie dla m:

mam nadzieje, że spodoba jej się skromny gościniec...

wtorek, 28 lipca 2009

zdziwienie

czyli komplement według niespełna sześcioletniej adeptki sztuki baletowej.
z dosłownie rozwala mnie tekstami, zarówno wprost jak i korespondencyjnie (nie ma to jak dobra sieć informatorów, żyćliwy c rulez!).
to był atak bezpośredni, wlepiła we mnie rozanielone niebieskie oczyska i powiedziała:
wiesz, jesteś chuda...
zdziwiona wytłumaczyłam, że jestem w sam raz (co jak co, ale mój bmi plasuje mnie zdecydowanie nie wśród chudzielców, chyba, że przyjmiemy średnie amerykańskie :)
dopiero c, któremu opowiedziałam później całe zdarzenie wyjaśnił mi, że chodziło o to, że jestem zgrabna (a może ładna, nie pamiętam, bo kompletnie mnie zatkało).
trochę to przerażające, że już w kilkuletnie dziewczynki tak podstępnie wdrukowano kult kościstych wieszaków, mam nadzieję, że to schyłkowy okres dyktatury anorektyczek i photoshopa, nawet piszą o tym tu i ówdzie...

poniedziałek, 27 lipca 2009

historia czy histeria?

czyli luźne skojarzenia.
piosenka popołudniowa przyszła sobie do mnie nagle i została.
właściwie nie do końca wiem czemu, czyżby z powodu pointy??
tak czy inaczej dzisiejsze popołudnie sponsoruje stańczyk*...

* kaczmarski, gintrowski, program muzeum

piątek, 24 lipca 2009

o tempora! o mores!

czyli kiedyś na ulicy leżały pieniądze, podobno, a teraz??
oto co znalazłam wczoraj na ulicy, olesińskiej zresztą


trochę tego leżało, o proszę, następne

i co teraz bedzie?
moja dziewuszka nie ma serduszka...* bo zgubiła je na olesińskiej???

*przybora oczywiście, jakby kto nie pamiętał, a te serduszka to też jakby świerszczyk, jakieś takie połyskliwie niemal blaszane...

czwartek, 23 lipca 2009

okołoczwartkowe frustracje

czyli a jednak mnie rusza...

podobno
kobiety płaczą brzuchem,
wszystko jest iluzją,
tego co czuję nie było wczoraj i nie będzie jutro,
a wszystkie uczucia są przemijające.

bardzo nie lubię sztywnych koncepcji i uprzedzeń, jednak właśnie mnie dopadło.
i boli w brzuch, a także dusi troszeczkę.
mam tydzień żeby coś z tym zrobić.
cały tydzień, by rozpuścić złość i parę innych niefajnych uczuć.
to może na początek się ostrzygę???

piątek, 17 lipca 2009

meandry skutecznej komunikacji

czyli poranne sudoku.
znalazłam z rana na biurku karteczkę, bardzo enigmatyczną z resztą, z której wynikało, że użyszkodnik pipsztyńska ma problem z systemem operacyjnym, banalny z resztą problem, bo ten sam miał niejaki ygrekowski i da się to naprawić w powiedzmy pół godziny.
oczywiście, jeśli zlokalizuje się jednostkę na której niejaka pipsztyńska pracuje.
pomijam fakt, że a mógłby po prostu wpisać numer kompa z którym jest problem, ale czegóż od niego wymagać, to nie pierwszy taki przypadek, więc powinnam się przyzwyczaić.
nic to, pomyślałam, znajdę użyszkodnika, dowiem się u źródła. niestety pipsztyńskiej nie znalazłam ani w książce telefonicznej, ani w jednej takiej magicznej tabelce, co to niemal ostatnia deską ratunku jest. nie ma i już!
z karteczki nie wynikało niestety w jakim dziale rzeczona pipsztyńska pracuje, więc nie pozostało mi nic innego, jak przesłuchać autora.
zdziwiony był niepomiernie, że czegoś chce od niego, może jemu również udzieliło się przekonanie niektórych, żem jasnowidząca?
wkrótce wydusiłam gdzie konkretnie pracuje pipsztyńska i ochoczo chwyciłam za telefon. ale nic z tego, w dziale x nikt o pipsztyńskiej nie słyszał.
a bo ona chyba wyszła za mąż, wydukał sprawca całego zamieszania, zapytaj o maciudzińską, chyba tak się teraz nazywa.
pysznie! choć w dalszym ciągu nie wiem który konkretnie komp ma problemy, bo maciudzińska aka pipsztyńska akurat dzisiaj ma wolne. zatem ciąg dalszy nastąpi.
co do a, nie zrobiłam mu krzywdy, choć czuję, że po kolejnej takiej akcji kiedyś go ukatrupię.
a może myślenie jednak boli? przynajmniej niektóre jednostki...

środa, 8 lipca 2009

o czekaniu

porannie
prosto
przecież wiem...
armstrong* pasuje idealnie

* we have all the time in the world, music: j. barry, lyrics: h. david

wtorek, 30 czerwca 2009

piosenka wieczorna

czyli zupełnie przypadkowo ale jakże a propos.
świetliki, ogród koncentracyjny, utwór 19

rozwalamy się nawzajem.
od środka.
kto?
ja i system oczywiście.
niedawno, w rewanżu ogłuszył mnie na krótką (mam nadzieję) chwilę.
jakby było mało, w przestrzeni dookoła wirują kosmici, liście bezsensownych pytań ostatniego w tej sesji egzaminu, wiatr mąci zmysły, a strugi deszczu z oberwanych chmur niosą szaleństwo.
czasem myślę, że może jednak j miał rację, że system zawsze wygra, ale przecież nie byłabym sobą gdybym jednak nie spróbowała...

piątek, 26 czerwca 2009

dziewczynka w dużym żółtym samochodzie

czyli na drugie mam trąba powietrzna.
powinnam się poważnie zastanowić nad sobą zanim wykończę wszystkich dookoła. rozumiem, że był upał, korek i zupełnie zapomniałam o radzie wydziału, ale jednak czasem mogłabym odpuścić.

oczywiście jak zwykle się udało chociaż ania_z_zielonego_wzgórza miała przerażenie w oczach*, a zombiolot na znak protestu** odpadł sobie tablicę rejestracyjną, na szczęście bez poważnych konsekwencji, bo czujny współużytkownik drogi poinformował nas o tym niezwłocznie i zguba pojechała dalej.
jednak na radę wydziału wpadłam przed rektorem, a dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności udało się wtaszczyć to przeklęte ustrojstwo na górę zanim rozpętała się burza.

z myślą o wszystkich wkręconych w akcję kanapa i nie tylko stary dobry joe cocker, choć jeśli ktoś sobie życzy, może być również oryginał.
jest jeszcze kravitz specjalnie dla c, z mojej ulubionej płyty mama said, oczywiście utwór 3...

* cudowna materializacja dwóch osiłków oszczędziła jej widoku przypadkowego mieszkańca przygniecionego przez zepchnięty ze schodów klamot.
** rozumiem, że kanapa mogła być nie w jego guście, ale naprawdę nie musiał robić takich scen...

poniedziałek, 22 czerwca 2009

raport z zakochanego miasta

czyli nie piszę bo:

czytam*
oglądam sobie tokioplastic, o to na przykład
zawieszam się czasem odrobinę
próbuję ogarnąć przed ostatnim egzaminem w sesji
i w ogóle nie mam głowy, chyba gdzieś po drodze mi urwało

a jakie to przyjemne...

*nie powiem co, ale to takie miłe, duży cmox dla c

piątek, 19 czerwca 2009

śniadanie mistrzów

albo poranek samobójców, sama nie wiem.
dzisiejszą drogę do pracy sponsorowała losowa mieszanka nirvana mtv unplugged i joy division unknown pleasures - nawet nieźle to wyszło, tracę motywację do uporządkowania karty pamięci w nokiofonie...

...different colours, different shades,
over each mistakes were made...*


..i'm not like them
but i can pretend
the sun is gone
but i have a light
the day is done
but i'm having fun
i think i'm dumb
or maybe just happy
think i'm just happy...**


* new dawn fades (curtis/hook/morris/sumner)
** dumb nirvana

środa, 17 czerwca 2009

piosenka popołudniowa

specjalnie dla m.
wiem, że ona była o polityce, ale myślę, ze pasuje również do tego co teraz.
kochana m, posłuchaj i uwierz, że:
...jeszcze będzie przepięknie
jeszcze będzie normalnie...*


* tomek lipiński i tilt

piątek, 12 czerwca 2009

płyta poranna i nie tylko

czyli wciąż nie mogę się nadziwić.
Aga Zaryan - „Picking Up The Pieces”

1.Day Dream
2.Throw It Away
3.Picking Up the Pieces
4.Woman's Work
5.Answer Me
6.The Man I Love*
7.Here's To Life
8.It Might As Well Be Spring
9.Sophisticated Lady
10.Suzanne
11.Tender As A Rose

* ten jest specjalnie dla c, zgadza się wszystko, wystarczy tylko zmienić czasy odpowiednio na przeszły i teraźniejszy...

czwartek, 11 czerwca 2009

płyta poranna

andrzej jagodziński trio, chopin, 1994 polonia records

i to by było na tyle, bo mi się kończyny i nie tylko plączą

środa, 10 czerwca 2009

trąba jerychońska

czyli nie chciałam cię budzić.
właściwie nie ma mnie zupełnie, ale półprzytomna resztka świadomości próbuje ułożyć wygodniej zaspane ciało. może obudził mnie futrzasty neurotyk łaskocząc wąsami przy okazji poszukiwania najwygodniejszego miejsca? oczywiście najwygodniejszego dla niego, bo ja nie cierpię kiedy przygniatając mi z jednej strony kołdrę jednocześnie łaskocze w nos. wpychając marudę pod sprawdzam któraż to może być godzina.
5:42, jest jeszcze szansa na chwilę snu, jeśli tylko szybko ustalimy kto w końcu gdzie, pod czym i na czym śpi. kilka obrotów wokół własnej osi, wreszcie udało się, powoli odpływam w niebyt.
titiiii, titiiii roździera mózg sygnał sms*, 6:09, przecieram zapuchnięte oczy i czytam spełnienia marzeń... dzwonię żeby podziękować, przecież i tak już nie śpię.
nie chciałam cię budzić, sumituje się mama po czym jak najęte gadamy bite pół godziny.
no cóż, skoro nie mogę czegoś zmienić powinnam to polubić. prawda, że do twarzy mi z tymi sińcami do połowy policzków?

* może wreszcie dzisiaj zmienię ustawienia, bo słychać go chyba w promieniu kilku kilometrów...

piątek, 5 czerwca 2009

byłabym w mniejszości

czyli musiałam to natychmiast sprawdzić.
zamiast zakuwać jakieś nudziarstwa czytam w sieci prasę kobiecą.
a tam: Znajomy psychoterapeuta powiedział mi, że większość jego pacjentów ma wielkie trudności z wymienieniem dziesięciu rzeczy, które sprawiają im przyjemność.
oczywiście chwyciłam ołówek i już. pierwsze sześć przyszło samo, nad pozostałymi czterema musiałam pomyśleć chwilkę, ale i tak nie trwało to razem dłużej niż trzy minuty.
ciekawe czy doktor b by się ucieszył? pewnie i tak zapomnę mu powiedzieć...
na wszelki wypadek wymienię je tu* bo karteczkę zgubię, a przecież miewam również gorsze dni, więc ściąga może się przydać.
zatem co sprawia mi przyjemność?

  1. czytanie
  2. gotowanie
  3. jedzenie
  4. kino
  5. muzyka
  6. pisanie
  7. scrabble
  8. seks
  9. spotykanie ludzi
  10. wystawy
na krótkiej liście nie zmieściło się patrzenie z rozczuleniem na śpiących futrzastych i lampka blauer zweigelt...
*w kolejności alfabetycznej, a nie tej z karteczki :)

czwartek, 4 czerwca 2009

rzeczy które robię zamiast *

    gadam przez telefon,
    planuję remont,
    szukam mebli kuchennych,
    palę kadzidła,
    obżeram się chałwą pistacjową,
    niecierpliwie próbuję odgadnąć trzy życzenia,
    zachwycam się finezją automatycznego tłumacza od wujka googla,**
    pielęgnuję korbę,
    cieszę się chwilą...

*oczywiście tych, które powinnam
** bo któż inny zaskoczyłby mnie czymś takim: or substances wyżerające holes in the brain tak, tak, bawiłam się w tłumaczenie własnych notek...

środa, 3 czerwca 2009

wieści z frontu

czyli uwaga! to jest zaraźliwe!!!
z małymi wahaniami korba trzyma mnie dalej. można powiedzieć wręcz, że nawet mocniej kręci. i coraz trudniej stwierdzić czy amok ogólny zawdzięczam jej czy sesji. a właściwie to się przenika, jedno z drugiego wypływa prześlicznie.
mknę po tym jak po wstędze mobiusa i wciąż nie mogę się nadziwić.
na dodatek zupełnie mimochodem zaraziłam m, normalnie reakcja łańcuchowa.
teraz dzielnie relacjonujemy sobie kolejne wypadki, coś jakby taka tycia grupa wsparcia, a radości z tym co niemiara.
refleksja przy okazji - normalni ludzie żeby doprowadzić się do takiego stanu fundują sobie rollercoaster albo substancje wyżerające dziury w mózgu, a my mamy tak spontanicznie i gratis, niesamowite...

poniedziałek, 1 czerwca 2009

w poszukiwaniu denata

czyli wystarczy chwila nieuwagi albo kilka dni nieobecności.
coś zdechło w chatynce. nie wiem kiedy, nie wiem gdzie, ale że zdechło to niemal pewne.
pobieżny przegląd na okoliczność występowania corpus delictum wykazał brunatnoczerwone rozbryzgi w kuchni, ale podobno to tylko ślady po koktajlu truskawkowym w wykonaniu cz. dalsze poszukiwania doprowadziły do zupełnie nieoczekiwanego odnalezienia zaginionego jakiś czas temu dummy i wybuchu dzikiej radości. postanowiłam nie szukać dalej. przyjdzie czas, samo się znajdzie.

czwartek, 28 maja 2009

remanent

mam:

    dobry humor,
    kręćka (jak baranie rogi według a),
    albo korbę jak kto woli,

nie mam:
    pojęcia jaka będzie pogoda,
    pomysłu co zabrać, a co zostawić,
    ochoty wydorośleć

niecierpliwie czekam na sen, czuję, że przyśni mi się coś fajnego.
deszcz pada...

poniedziałek, 25 maja 2009

znalezione w sieci


tu konkretnie znalezione.
fajne miejsce, pewnie tam jeszcze wrócę.

na drugie mam imelda

czyli czasami człowiek musi.
to spadło na mnie nagle, gdzieś tak koło 10.30.
potrzebuję nowych butów.
teraz.
now.
czyżby dlatego, że we czwartek oddałam s dwie pary?*
i jeszcze wyrzuciłam jeden z pary takich bardzo ukochanych, co nie włożyłam ich na nogi od ładnych paru lat, swoja drogą ciekawe gdzie jest drugi?
wytrzymałam +/- godzinę, a potem po prostu uciekłam. na niezbyt długo, ot tyle by przebiec pędem cztery sklepy z butami w upiornych tarasach.
i co? i pstro!
żadne się nie nadawały. dlaczego tak rzadko wchodzę do sklepu, przymierzam i one po prostu pasują, są wygodne i dobrze w nich wyglądam?
chyba zamknę się w sobie i na znak protestu zacznę defilować w kapciach od baty...

*właściwie nowych, jedne miałam na sobie raz, drugie dwa razy, kosztowały majątek, a niewygodne były wprost proporcjonalnie do ceny

niedziela, 24 maja 2009

przekleństwo niziołków

czyli co za idiota wymyślił pawlacze.
jak zwykle szukam jakiejś książki.
jak zwykle nie znajduję.
jest jeszcze cień nadziei - pawlacz.
tu zaczynają się schody, bo w chatynce drabiny niet, a ja raczej niskopienna jestem i z krzesełka to mogę dosięgnąć co najwyżej pierwszego rzędu czyli trzynastotomówki, która po wymianie łóżka wylądowała właśnie na pawlaczu. niestety za trzynastką są jeszcze dwa rzędy, nijak dla mnie niedostępne. oczywiście mogę próbować ze stołu, ale wtedy też ledwie sięgam łapkami, a poza tym to cała operacja - kanapę przesunąć, stół przestawić, wdrapać się, wyjąć trzynastkę, żeby odsłonić dalsze pokłady, a potem trzeba to wszystko z powrotem, no zgroza!.
dobrze, że tam, gdzie książki, nie ma już drzwi, bo przynajmniej nie spadną na człowieka znienacka jak te z przedpokoju nie tak znowu dawno - miałam niezłego siniaka na łapie, w podłodze dziura zostanie na amen.
ale to nic, powinnam się cieszyć, że wbiły się w podłogę, a nie w moje ciemię na przykład, czyniąc cz sierotą zupełną...

54. MTK

czyli stare pytanie
"Czy za pomocą literatury można zdać sprawę z przeżycia codzienności, dokładniej: z odkrywania codzienności, każdej chwili, najmniejszej drobiny istnienia?"*
przebiegłam szybciutko, bo przecież miałam być gdzie indziej i robić co innego.
dzielnie nie kupiłam paru książek (właściwie nie wiem czemu ostatecznie nie wyszłam z zebranym barańczakiem z a5, chyba zaraz go zamówię, bo jednak powinnam).
ale i tak radość była duża, bo okazało się, że wcześniej przegapiłam jakoś pojawienie się ostatniego rutkowskiego
i zupełnie niechcący odkryłam majerana.
nawet jeżeli po tym wszystkim zejdę na zapalenie płuc (w piątkowy wieczór lało jak sto nieszczęść, prosto na requiem, koty i na mnie) nie będę żałowała...
* k. rutkowski z przedmowy do dżinsowego stachury

czwartek, 21 maja 2009

bilans tygodnia

czyli trochę liczb

6 filmów w kinie
5,5 książki
3 filmy w domu
2,5 draki (0,5 przez telefon)
2 dni urlopu
2 duże latte
2 prawie capirinie
2 małe pilsnery
2 komentarze m
2 nadzieje (w tym 1 raczej płonna)
1 nowy domownik
1 krwawa marysia
1 obiad urodzinowy
1 huczny jubel
1 dożynki po jublu
1 megadół
1 duża ulga - ile można kisić to w sobie?
1 zgubiony scyzoryk (szczęśliwie znaleziony przed chwilą)
1 pęknięta bańka mydlana
0 prania
0 poważnych zakupów (jak się nie poprawię, grozi nam znowu międzynarodowy dzień głodu)
0 wcześniejszych terminów do doktora b
0 poczucia winy, że się obijam

+ kilka linijek kodu (o jakże wielka jest cierpliwość w!),
bliżej nieokreślona ilość glonów wakame,
kilka zielonych ogórków,
mała butelka octu ryżowego,
trochę sosu sojowego.

mogłabym wyliczać dłużej, ale po co?

środa, 20 maja 2009

życzenia się spełniają

czyli ryba wpływa na wszystko...
cz tak długo chodziła nucąc give me some fish, że musiało się tak skończyć.
od soboty wszystko w chatynce stoi na głowie bo pojawił się benito - niebieska awanturna rybka. wszędzie poniewierają się kubki i durszlaki, wszak cz urządza mu akwarium.
morświn znosi to z podziwu godną obojętnością, ale cymkot wariuje na całego. ma zakaz wstępu do nory cz odkąd zwalił całą zawartość półki obok akwarium, więc jego neuroza sięga zenitu.
a ja patrząc na pobojowisko zastanawiam się, kiedy benito podzieli los niejakiego szczurzastego, który przeżył w chatynce bodajże dwa tygodnie zanim dokonano na nim krwawego mordu.
bo choć wcale nie wygląda, to właśnie cymkot poluje jak rasowy drapieżnik, na szczęście zazwyczaj na mięso z naszych talerzy albo szynkę z kanapek...

wtorek, 19 maja 2009

aby do jesieni

czyli czekając na październik.
biegnąc przejściem podziemnym pod emilii plater z kubkiem pełnym latte nagle uświadomiłam sobie, że jestem szczęśliwa.
to jest właśnie to co lubię, za chwilę wespnę się po schodach na górę, usiądę i znowu przypomni mi się, jak po raz pierwszy oglądałam tu andrieja rublowa. wtedy nie była to jeszcze sala numer 7 tylko kino wiedza, a krzesłom daleko było do dzisiejszych foteli.
z resztą nie tylko fotele się zmieniły. nie ma już pani joli, nie ma śląska, warsa, agrafki ani kina foksal. nie ma już dziewczyny, która kawę pijała tylko w wiedniu* i nie mogła przeżyć lata bez przynajmniej trzech par espadryli.
a wff ma już ćwierć wieku, naprawdę trudno w to uwierzyć...
*wiem to brzmi i cholernie snobistycznie, ale mój organizm nie tolerował ówczesnych polskich naparów.

niedziela, 17 maja 2009

go ask alice

...when logic and proportion
have fallen sloppy dead...*


*white rabbit g. slick (jefferson airplane, surrealistic pillow)

wtorek, 12 maja 2009

nie musimy być idealne

czyli doskonali żyją smutniej.
czasem trzeba zawalić coś z rozmysłem, by sprawdzić, że pomimo wszystko świat trwać będzie nadal.
a była idealna i do bólu poukładana. potem się zderzyłyśmy. był wieki huk, a gdy opadły dymy okazało się, że mój chaos nie jest już tak chaotyczny, a jej świat tak bardzo poukładany i obu ulżyło. teraz radośnie zarażamy innych, chociaż czasem nie jest lekko.
choćby dzisiaj.
a zaraziła j, a j zapomniała zapłacić za światło i właśnie dzisiaj rano rzeczone odcięto. najpierw a przytrzymywała pokrywkę, żeby jej nie odskoczyła ze złości, ale potem przyszło jej do głowy, że nie tylko nastolatki badają własne granice. po prostu obsesyjnie obowiązkowa j skonfrontowała się ze swoim smokiem. i okazało się, że jej nie zjadł.
a śmiała się, że znała już wcześniej kogoś, komu wyłączono prąd i przeżył (tak, tak, to byłam ja, oczywiście z powodu roztargnienia).
ja zaś, że jedni idą w góry, drudzy nurkują, ale są też tacy, którzy by zmierzyć się ze sobą nie płacą za światło.
cóż każdemu taki strach jakiego się boi...

poniedziałek, 11 maja 2009

4.54

czyli godzina w której rośnie trawa, według wagla* albo godzina, której po prostu nie ma, może w legendach (według j).
ja zaś o 4.54 właściwie nie istnieję. nie istnieję na tyle, że nawet nie jestem w stanie zamordować cymkota przechadzającego się po mnie w te i z powrotem. jedyne na co mnie stać, to obrót na brzuch.
jakoś łatwiej znoszę spacery po plecach, a i w nos wąsami łaskotać jest zdecydowanie trudniej.

* waglewski gra żonie, utwór 10 wiem, że już było, ale lubię i basta

niedziela, 10 maja 2009

dlaczego

czyli meandry mej (nie)pamięci.
zupełnie nie rozumiem czemu pamiętam co to takiego transsubstancjacja i w jaki sposób się tego dowiedziałam*, a za nic nie mogę przypomnieć sobie komu pożyczyłam dwanaście świetlickiego. na dodatek pożyczyłam nie dalej jak pół roku temu, bo kupiłam je pod koniec października.
żeby nie męczyć wszystkich pytaniami, zwłaszcza, że mogę nie pamiętać kogo już pytałam, a kogo jeszcze nie, powiesiłam w opisach na gadulcu i gchacie pytanie komu pożyczyłam 12?.
reakcja była, a jakże, choć nie takiej się spodziewałam.
najpierw napisała k:
11:02 k: mi dałaś kiedyś w prezencie 12. Ale to chyba nie o ten egzemplarz Ci chodzi.
ja: niestety nie
mam swój
tzn miałam
bo komus pożyczyłam...
11:03 k: szukajcie a znajdziecie ;)

potem d
12:31 d: jak zł
to pewnie mnie
12 zł
mnie na pewno

być może, nie pamiętam, ciekawe, co jeszcze znajdę w ten sposób.
no i kiedy okaże się, komu pożyczyłam świetlickiego, chociaż patrząc na to, że w piątek a dała mi pan raczy żartować feynmana, którego szukałam od niepamiętnych czasów, nie należy spodziewać się tego zbyt szybko.
na wszelki wypadek zapiszę sobie, że w tym tygodniu mam zamiar pożyczyć odzyskanego feynmana f, bo jakiś czas temu wyszło nam w rozmowie, że nie czytał...

* a jakże, przy scrabblach, z małym i dużym m, wychodząc od defenestracji zresztą...

środa, 6 maja 2009

piosenka na deszczowe popołudnie

massive pasuje jak ulał
powiedzmy collected
powiedzmy płyta 1
powiedzmy utwór ostatni...

poniedziałek, 4 maja 2009

o talencie

czyli dziwne okoliczności zbiegi.
chodziło za mną od dawna, nie wiedzieć czemu zupełnie, dzisiaj zupełnie nagle przypomniało się znowu po rozmowie z p, chociaż mam zupełnie w nosie jego przemyślenia na różne tematy.
może miał talent, ale to jeszcze nie powód,
żeby ubierać się nieprzyzwoicie*
zapytałam więc wujka googla i proszę, co się okazało?
że znam to tyle lat, a do głowy mi nie przyszło, że to o modim...

m z t wrócili o świcie z bieszczad, oglądaliśmy przy kolacji mapy, cholera, jakaś skuka mnie wzięła, chyba jednak trochę brak, pytanie tylko, czy potrafię coś z tym zrobić?

nasz modigliani
, nasza basia kochana, sł. j. cygan, muz. j. filar, j. cygan

sprawa robi się poważna

czyli co będzie, jeśli następnym razem zostawię gdzieś głowę?
czy ktoś ją znajdzie? i odniesie na miejsce? albo przynajmniej wystawi w miejscu widocznym?
byłoby dobrze, bo jakoś nie wyobrażam sobie własnej egzystencji bez głowy, przynajmniej na razie sobie nie wyobrażam.
skąd myśl, że głowę zdolnam zgubić? ano stąd, że ostatnio niejakie wprawki czynię.
najpierw zgubiłam wypis z aktu notarialnego, niezwykle potrzebny z resztą - szczęśliwie znalazł się dzisiaj i mam go z powrotem w garści.
hmmm, aby na pewno? może powinnam sprawdzić, czy znowu go gdzieś nie posiałam...
nie dalej zaś jak wczoraj zostawiłam kostium kąpielowy na basenie i po prostu sobie poszłam (nie, nie budzić popłoch wśród pływających, jak był uprzejmy sugerować d, tylko smukłe ciało trzeć frotem*).
i tym razem się udało, kiedy zajrzałam tam dzisiaj, rozwieszony na szatnianych haczykach już z daleka bił w oczy niebiesko-żółtą szóstką.
ale czy z głową miałabym tyle samo szczęścia? choć z drugiej strony na co ona komukolwiek by się zdała? pojęcia nie mam...

* oczywiście za mistrzem przyborą

niedziela, 3 maja 2009

majowo, matrymonialnie

czyli już wiem.
jeśli kiedykolwiek zdecyduję się porzucić stan wolny, to tylko dla m, nie widzę innej możliwości.
piękna, mądra, dobra, zorganizowana, emanująca czymś, co sprawia, że potrafię zobaczyć jasne strony niemal wszystkiego. no i absolutnie w moim typie.
jakby tego było mało, zrobiła mi dzisiaj na śniadanie placki ziemniaczane! pyszne!!! wiem, że jest upał i że to nie jest danie śniadaniowe, ale ja placki ziemniaczane uwielbiam, a do obiadu czekać nie mogłam.
normalnie oświadczę się jej, tak z kwiatami, pierścionkiem i padaniem na kolana, niech no tylko rozwiedzie się do końca.
jest tylko jeden* problem - podobno nie jestem jedyną kandydatką, no cóż, jak mawiał osgood w pół żartem pół serio nobody's perfect...

* to że obie jesteśmy hetero na pewno da się jakoś obejść...

sobota, 2 maja 2009

rzeczy, które lubię, rzeczy, których nie robię

czyli może najwyższy czas coś zmienić.
dobra wiadomość - mój kostium kąpielowy wciąż nadaje się do pływania.
zła wiadomość - nie używałam go od roku.
więcej dobrych wiadomości - wciąż lubię pływać, sprawdzałam! a że pusto było właściwie, mogłam do woli cieszyć się z bycia syrenką.
postanowienie na przyszłość - dziękując a za inspirację - zrobić coś inaczej, by dostać coś innego.
pielęgnować spontaniczną radość z tego co robię zamiast skupiać się na walce z kalafiorem.
puścić wszystko luźno i cieszyć się.
po prostu...

z ostatniej chwili - zupełnie niespodziewanie pojawił się szczypior! wczoraj go jeszcze nie było, a dzisiaj jest, absolutne szaleństwo. rośnij zdrowo, szczypiorku...

wtorek, 28 kwietnia 2009

znowu nie zostałam ciocią

czyli nigdy nie ma na to dobrej pory.
mam dużo szczęścia, we mnie nie tyka bomba zegarowa.
jest cz, więc nie mam pokusy, by grać w prokreacyjną ruletkę.
nie głowię się nad tym, kto byłby najlepszym kandydatem na ojca.
nie przeżywam katuszy miotając się między panicznym lękiem przed zajściem w ciążę, a poczuciem, że tylko przypadek może spowodować, że zostanę matką, bo nigdy nie dojrzeję do podjęcia tej decyzji świadomie.
nie odliczam kolejnych dni, by w końcu odetchnąć z ulgą, bo prawo "miesiączka pojawia się niezwłocznie po zrobieniu testu ciążowego" wciąż działa.
nie dotyczy mnie wątpliwa przyjemność trudnych rozmów w oczekiwaniu na wyjaśnienie sytuacji i świadomość, że pojawienie się tej cholernej kreski może wywrócić do góry nogami życie więcej niż dwóch osób (niestety nie zawsze kandydaci na tatusiów mają jasną i przejrzystą sytuację rodzinna, czasami plączą się tam jakieś żony, że o dzieciach nie wspomnę).
nie muszę dusić w sobie złości i żalu, że to wszystko jest nie takie, jak powinno, a próba rozmowy na ten temat przy okazji informowania niedoszłego ojca, że tym razem mu się upiekło kończy się jego zakłopotanym stwierdzeniem
to może byś sobie buty kupiła?

i mówi to facet, który ma już swoje lata. chociaż właściwie nie wiem, co należałoby powiedzieć w takim wypadku. i pewnie się nie dowiem.
jak to fajnie, że jest cz...

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

na drugie mam tomasz

czyli czy ja nie mogłabym kiedyś posłuchać dobrych rad?
książkę nie dość że przeczytałam jednym tchem, to jeszcze natychmiast sprezentowałam trójce psiarzy (w tym dwóm posiadaczom labradorów). wszyscy śmialiśmy się w trakcie i ryczeliśmy na końcu. i czy nie mogło tak zostać?
nie, bo amerykanie postanowili przerobić to na komedię (podobno) romantyczną. i zrobiło się to absolutnie niestrawne, zwłaszcza, jeśli ktoś nie szaleje za przyjaciółmi, że o płowowłosym gogusiu nie wspomnę.
czytałam recenzje i wiedziałam, czego się spodziewać, ale musiałam sprawdzić sama jaki to gniot. drętwe, schematyczne, wcale nie śmieszne, nie wiem jakim cudem w filmwebie dali temu czemuś 7,22 na 10? o ile w trakcie nie śmiałam się ani trochę, to oczywiście poryczałam się na końcu, inaczej być nie mogło, znacie kogoś, kto nie ryczy kiedy usypiają psa? nawet w kiepściuchnym filmie...
może dla równowagi obejrzę coś co się nadaje do oglądania, tylko co? może nicholsona z jessicą lange? chociaż sama nie wiem, może po prostu skończę czytać ojcobójcę pollacka?

nudziarz na dzisiejszy wieczór - jj cale, 5, aktualnie nr 6, chociaż shades też mogłoby być, nr 10 rozwalał mnie od zawsze...

niedziela, 26 kwietnia 2009

piosenka poranna

the beatles, abbey road, utwór 7
i to by było na tyle...

piątek, 24 kwietnia 2009

dziecięce rysunki

czyli próba rekonstrukcji.
otwieram słoiczek chrzanu i zaskoczenie, pachnie zupełnie jak budka z warzywami z dzieciństwa. mała, drewniana, malowana olejno na taki jakiś paskudny brąz albo ciemną, parkanową zieleń.
w środku lekki półmrok i właśnie taki zapach. no i druciane skrzynki pełne oranżady z ceramicznymi kapslami. oczywiście najlepsza była żółta, taki słodki, gryzący bąbelkami rivanol.
pytam a czy pamięta kim chciała zostać w dzieciństwie. ja nie mogę sobie za bardzo przypomnieć, ale gdzieś w tyle głowy majaczy mi, że chyba adamem słodowym albo andrzejem kurkiem, a nie jakąś tam piosenkarką czy aktorką.
pamiętam za to doskonale zapach chińskich świecowych kredek i cytrynowe włosy księżniczek rysowanych w przedszkolu. takie długie i proste.
czy chciałaś być blondynką? pyta a. cholera, nie przyszło mi to nigdy do głowy. faktycznie jako mała dziewczynka marzyłam o długich włosach, ale to przecież niepraktyczne, tłumaczyła mama przed każdą wizytą u fryzjerki, która ciach-ciach przycinała moje dziecięce marzenia na pazia.
zapytam ż przy najbliższej okazji o ten blond, ciekawe co powie - nigdy jeszcze nie byłam blondynką, może powinnam spróbować?
dzisiejszy wieczór sponsorowała butelka shiraz 2007, doliny nie pomnę i wish you were here pink floyd

czwartek, 23 kwietnia 2009

jestem grzeczna, proszę mnie nie bić

czyli skąd u licha mam te siniaki?
nie przypominam sobie, żebym ostatnio z kimś się biła. śpię sama (futrzatych nie liczę), więc nie obijałam się o nikogo przez sen. nie przewracałam się także, ani nie potykałam o meble. nie miałam również żadnych zaników pamięci spowodowanych na przykład używaniem substancji jakkolwiek odurzających.
dlatego nie widzę żadnego rozsądnego wytłumaczenia stanu mych nóg, a co gorsza jak tylko jakiś siniak zaczyna blednąć, ze zgrozą znajduję gdzie indziej jeszcze większy okaz.
brakuje mi tylko poobijanych kolan (najlepiej takich do zagencjanowania) żebym wyglądała jak siedmiolatka ucząca się jeździć na rowerze...

armagedon

czyli przeprowadzamy serwerownię i nie tylko. nic tylko w łeb sobie strzelić.
nasz pokój po raz trzeci w ciągu kilku ostatnich miesięcy, więc część rzeczy tkwi w pudłach od dawna, ale serwerownia wędruje po raz pierwszy. i tu pojawia się pewien niepokój - ile czasu zajmie przywrócenie tego do stanu używalności?
na szczęście to raczej nie moje zmartwienie, ja się przyczaję w kącie i przeczekam.* ewentualnie będę grzecznie tłumaczyła użyszkodnikom, że dokładamy wszelkich starań, hihihi...

* oczywiście po zaklejeniu biurka taśmą i włożeniu pozostałych skarbów do jakiegoś twarzowego pudełeczka, powiedzmy po papierze poljet.

wtorek, 21 kwietnia 2009

teoria spiskowa

czyli nie ma to jak się dobrze wkręcić.
przeglądam wyciąg, widzę kwotę, której zupełnie nie kojarzę, na dodatek bez żadnego opisu, dziwna sprawa. a że właśnie czytam mitnicka, jak się łatwo domyślić, wpadłam w lekuchny popłoch na myśl, że jakiś kevinopodobny buszuje po moim koncie.
strasznie nie chce mi się dzwonić do banku, więc gapię się w monitor jak sroka w gnat, może jednak mnie oświeci?
coś mi to przypomina, puk! puk! puk! stuka w głowie piłeczka dobromira. a właściwie ta kwota to winien czy ma?
i wszystko jasne, s oddała mi jakąś końcówkę z zakupów, a że mamy wspólny rachunek, to opisu niet.
no cóż, przynajmniej nie zadzwoniłam do banku z aferą, jak s kilka lat temu, kiedy dostała zwrot podatku, a była przekonana, że ktoś włamał się na jej konto...
piosenka na wczorajszy wieczór (i nie tylko)- a. franklin & eurythmics

niedziela, 19 kwietnia 2009

piosenka popołudniowa

pulp fiction ost, ścieżka 11
chodzi za mną od wczoraj.
oczywiście płytę gdzieś szlag trafił, ciekawe kto ja pożyczył?

czwartek, 16 kwietnia 2009

trywialna historia - kobieta, mężczyzna*, deszczu brak

czyli ja tego nie ogarniam.
jest wiosna, rozumiem, można dostać korby, sama bywam nieźle zakręcona, ale są chyba jednak pewne granice. pewnych rzeczy robić się jednak nie powinno, bo bolą. nie nie chodzi o to, że bolą nas samych, ale ranią innych, a tego bym jednak unikała.
można nie być w stanie zdecydować się na związek z panną a, bo jednocześnie po głowie chodzi nam uparcie panna b.
można nawet testować która fajniejsza, a niech tam.
ale kiedy już sprawdziło się obie i nadal tkwi w pacie decyzyjnym i co gorsza panie wiedzą o konkurencji, to pomysły typu chodźmy wszyscy razem na ściankę wspinaczkową są co najmniej poronione.
a już dzwonienie do a, że się utknęło z b w otwocku i że to jest kompletne nieporozumienie i nie ma się stamtąd jak wydostać kwalifikuje dzwoniącego do natychmiastowego zastrzelenia.
albo wyrwania kabla zasilającego i paru innych. no po prostu brak mi słów!!!

j pyta czy czy to aby nie kryzys instytucji (pewnie w domyśle małżeństwa), a nie problem z współczesnymi facetami. po tej historii śmiem wątpić.
tu nie ma instytucji, nie ma właściwie nawet związku, jest dopiero idea, nadzieja, motyl w brzuchu.
^%#^%$@!!! piotruś pan który chciałby mieć ciastko i je zjeść.
w ogóle to najlepiej, żeby a i b mu jeszcze te ciastka przyniosły.
i stoliczek nakryły.
i herbatkę wymieszały łyżeczką.
i napoiły męczennika, bo przecież on tak strasznie cierpi próbując dokonać wyboru. no zgroza!

*świetliki, ogród koncentracyjny, utwór 14 jutro podobno ma padać...

środa, 15 kwietnia 2009

rzeczy które można robić wiosną

- cieszyć się słońcem;
- oglądać młode listki;
- bałwanić się trochę
czyli zamiast śniadania zjeść tosta w mcdonald's (tfu! nie dość, że kompletny upadek dietetyczny, to jeszcze paskudztwo, poza tym nie pamiętam kiedy ostatnio upadłam tak bardzo, by zażyć cokolwiek w tej sieci),
zwiać na dwie godziny z pracy i mieć z tego dużą frajdę,
czytać kiepską biografię polańskiego zamiast tysiącstronnicowej kobyły o jave, że wymienię dzisiejsze bałwaństewka, które przyszły mi do głowy jako pierwsze;
- uczyć tylko ciut;
- nie sprzątać prawie wcale;
a byłoby co...
- uśmiechać do mijanych ludzi;
- mieć ochotę wytarzać się na trawniku jak szczeniak;
- nie przejmować się nic, a nic
a byłoby czym... chociaż może wcale nie?
- cierpliwie wygłaskać marudnego kota, niech i on ma coś z życia.

powyższe + jeszcze trochę zrobiłam dzisiaj i nie miałabym nic przeciwko powtarzaniu tego częściej, oczywiście poza wybrykiem dietetycznym, bo to akurat było umiarkowanie przyjemne...

wtorek, 14 kwietnia 2009

psiakrew

czyli solidarność jajników.
nie rozumiem czemu piękne, mądre i dobre kobiety wiążą się z takimi palantami*! wiem, wiem, można by użyć jakiegoś mniej prostackiego określenia, ale niestety nie stać mnie dzisiaj na to. dzisiaj jestem wściekła.
ale jak mam się nie wściekać, jeśli jednego dnia dowiaduję się, że ojciec pewnej niespełna trzyletniej damy już nie mieszka z nią i jej matką, a matka parę lat starszego gentlemana poważnie rozważa rozstanie z jego ojcem?
byłam na ich ślubach, pamiętam, jak rodziły się te dzieci, pamiętam niestety również, jak szczeniacko zachowywali i wciąż zachowują się ich ojcowie.
i anielską cierpliwość matek, które opiekowały się maluchami, gotowały, prały, prasowały, sprzątały i jeszcze przy okazji pracowały na pełen etat zawodowo, (często utrzymując całą rodzinę).
i swój bezbrzeżny podziw, że można tak bardzo rezygnować z siebie i znosić to wszystko z taką łagodnością. tylko jak długo można? wygląda na to, że matki polki już nie dają rady, coś pęka trwale i nieodwracalnie. patrzę dookoła i nie widzę związku, który byłby szczęśliwy, cholera, czemu???
dobrze, że nie mam syna, bo gdyby okazał się podobny do moich kolegów, niewykluczone, że bym go udusiła...

* to jest stereotyp oczywiście, ale ja naprawdę długo próbowałam znaleźć wśród znanych mi osobiście par odwrotny przypadek i okazało się, że znam tylko jeden!

rzeczy nie są takimi jakimi się wydają. nie są też inne*

remontu nie będzie, przynajmniej w najbliższym czasie. okazało się, że z dwóch branych pod uwagę rozwiązań zawsze można wybrać trzecie, z resztą o wiele bardziej przerażające psychicznie niż remont.
ale przecież od dawna wiem, że problemy nie rozwiązują się same (przynajmniej moje, bo znam takich, którym chociaż częściowo się upiekło). wręcz podejrzewam, że będę żyła tak długo, dopóki nie stawię czoła wszystkimi, a kiedy uporam się z ostatnim, zamiast poczuć ulgę i radość, po prostu umrę z wyczerpania.
choć może się mylę? tylko czy co do tego, że jestem w stanie przeżyć, czy też, że zbiór problemów jest skończony...

* budda

sobota, 11 kwietnia 2009

mam po kokardę

czyli życie dojada mi ostatnio.
owszem, niektóre dolegliwości mam na własne życzenie, ale reszta?
w planach na wiosnę miałam lenienie się, bałwanienie, może ciut pracowanie, mile widziana byłaby również utrata głowy z powodu jakiegoś piekielnie inteligentnego osobnika płci przeciwnej, że o posiadaniu motyli w brzuchu nie wspomnę.
a tu co? wszystko wskazuje na to, że gros mej uwagi tej wiosny może pochłonąć remont.
i to mi się bardzo nie podoba.
bo ja szczerze nie cierpię remontów.
ja się chyba oflaguję.
i okopię.
i sama nie wiem co jeszcze.
bo to, że potrafię sobie zlutować słuchawki albo przetkać syfon w umywalce, to jeszcze nie znaczy, że spełniam się w remontach. i że nie chciałabym, żeby ktoś mnie wspierał w nierównej walce z rzeczywistością.
tylko, że to naprawdę musiałby być amator, bo normalny człowiek mógłby ze mną nie wytrzymać.
a najbardziej chyba odpowiadałaby mi opcja jak z sms marysi peszek - czyli żeby ktoś mnie stąd zabrał, najlepiej jak najszybciej...

zdecydowany brak zdecydowania

czyli nie mogę wybrać piosenki porannej.
niby pasowałyby towary zastępcze utwór 11, bo jako żywo:

Na środkach przeciwbólowych,
na środkach antyalergicznych,
na środkach antydepresyjnych,
na środkach uspokajających,
na środkach nasennych,
na środkach antykoncepcyjnych

jakoś dożyjemy śmierci,
jakoś doczekamy śmierci*

ale przecież już nie majaczę, temperatury prawie nie mam, chomik jakby w ogóle nie występował i wygląda na to, że nie da się mnie tak łatwo wykończyć. więc może pewna gwiazda disco z kawałkiem sprzed lat trzydziestu byłaby bardziej na miejscu?
gloria śpiewa co prawda o rozstaniu z facetem, a nie ze złożonymi, twardymi tworami anatomicznymi**, ale jedno jest pewne (no prawie) - i'll survive, również...

* b. kossakowski
**cytat za wikipedia

jakaś taka niekompletna jestem

czyli czekając na zębową wróżkę.
wygląda na to, że przeżyję ten eksperyment. a i k o mało mnie nie zjadły, kiedy przyznałam się do zamiaru jednoczesnej ekstrakcji dwóch ósemek. k snuła wizje apokaliptyczne szczękościsku totalnego i innych podobnych przyjemności. ja, chichocząc przekonywałam, że to takie dalekowzroczne, bo:
- załatwię rekonwalescencję za jednym zamachem, zamiast dwa razy cierpieć i obciążać organizm;
- nie będę się dwa razy bała - zwłaszcza, że podobno trauma k po dłutowaniu jednej ósemki była tak duża, że od dwóch lat zbiera się, by wyrwać drugą - wystarczy, że pięć chyba lat zajęło mi podjęcie decyzji;
- no i ten efekt dietetyczny - nie da się ukryć, nie zamierzam objadać się w święta, więc nawet jeśli nie schudnę, to na pewno nie przytyję.

faktycznie było cienko, ale zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałam. doktor ojboli spisał się jak trzeba, s zawiozła mnie do domu jak najbardziej kontaktującą, choć nie powiem, bałam się, że mogę wracać jak niejaki bigos* w charakterze zwłok zawiniętych w kocyk.
wieczorem przyjęłam odpowiednie piguły, wypłukałam, co było do wypłukania, wyplułam, co do wyplucia i grzecznie zasnęłam porządnie otumaniona wrażeniami i medykamentami.
problem polegał na tym, że rano nie bolała mnie paszczęka, o nie, bolał mnie cały człowiek. i to jakoś tak dziwnie, bo miałam wrażenie, że zaraz zejdę. liczyłam się z tym, że spuchnę, zsinieję albo co, ale przez myśl mi nie przyszło, że niemal zemdleję w łazience.
nie, nie z bólu, tylko z takiej zieloności, co wykwitła mi na obliczu i jakoś tak dziwnie wargi zbladła.
później przyszło mi do głowy, że ten stan nieważkości, to efekt uboczny augmentinu i ketonalu w połączeniu z ponad 38 stopniową gorączką. wieczorem byłam już całkiem do życia i nawet wprawiłam w osłupienie k, która przyjechała w odwiedziny - podobno prawie w ogóle nie jestem spuchnięta, czy to prawda - trudno mi stwierdzić, bo od chwili, gdy ujrzałam rano w lustrze sinoustą zmorę, profilaktycznie nie zaglądam tam więcej.
chyba czas najwyższy łyknąć niebieski cukiereczek i pójść spać - ciekawe, czy zębowa wróżka przyniesie mi jakiś prezent, wiem że nie włożyłam zębów pod poduszkę, ale może wystarczyłoby, że mam je w pudełku? zębuszko, ładnie proszę...

** były pies mamy, miał się nazywać gwidon, ale nie wyszło, bo cz, zdecydowanie wczesnoprzedszkolna wtedy, przechrzciła go od razu.

środa, 8 kwietnia 2009

czas napisać testament

czyli niby nic, a boję się bardzo.
jutro pełnia, podobno to nie jest dobry czas na takie eksperymenty, ale klamka już zapadła. r śmieje się, że to takie katolickie, poumartwiać się w wielkim tygodniu, no cóż, jak dla mnie termin optymalny, a przy okazji może nie przejem się w święta.
ryzyko jest właściwie zerowe, ale gdyby cokolwiek się jednak wydarzyło zapisuję (w kolejności alfabetycznej):

  • a - szklane stapianki, które stoją na parapecie w dużym pokoju, tak mi przykro, że kiedyś p stłukł twój prezent;

  • d - zgodnie z życzeniem - wściekle fioletowe wdzianko, a w ramach bonusu cartiera i krizię, oba zapachy są dość ciężkie, ale chyba będą pasowały;

  • k - czereśniowe krzesło, niech ci dobrze służy, gdybym była na twoim miejscu, też bym je chciała, tylko nie sztukuj mu oparcia, niech zostanie tak, jak jest;

  • małemu m - moje ukochane jabłuszkowe burberry;

  • s - watermana, którego dała mi w prezencie urodzinowym, przynosi szczęście na egzaminach, więc przyda ci się przy pisaniu magisterki;

  • sz - oba albumy nan goldin;

  • tym, którzy będą potrzebowali - wszystko, co da się przeszczepić;

o reszcie niech zadecyduje cz, w sumie jest moją jedyną spadkobierczynią, jeśli zechce oddać to, co zostanie akademii medycznej, nie mam nic przeciwko...

to nie tak miało być

czyli miałam zasnąć spokojnie.
ale jak tu zasnąć czytając o kułeczkach*???

no horror po prostu!
to wszystko przez d, która podrzuca mi podstępnie prasę kobiecą...

* nie żebym była nieskazitelna, mnie też się czasem kliknie jakieś monstrum, ale że też takie kułeczko nie zakłuło nikogo w czasie składu...

wtorek, 7 kwietnia 2009

aaa księżniczki uwalniam błyskawicznie

czyli którędy po kwiat paproci?
d zacięła się w chatynce, zamek czasem się narowi, ale wystarczy go czule pogłaskać tu i ówdzie i współpracuje z powrotem. niestety trzeba wiedzieć jak, a wiedza ta nie była d dana. kiepsko przekazuje się ją również przez telefon, więc pognałam do chatynki obłaskawić znarowione żelastwo.
wkrótce mknęłyśmy środkami masowego rażenia ciesząc uszy współpodróżujących rozmową o tym, jak być piękne na wiosnę.
a, i gdybyś spotkała skrzyp polny... d zawiesiła głos, popatrzyła na mnie badawczo i natychmiast dodała
nie, nie zrywaj!!! kup!
po czym obie ryknęłyśmy śmiechem, czego i tobie czytelniku życzę, bo śmiech to zdrowie, a kto by się przejmował tym, że powoduje zmarszczki...

poranek na nie

czyli asertywność zero.
d nie wysłała wczoraj dokumentów przetargowych, bo nie miała tego, tamtego i owego. wieczorem ustalono, że da mi rano gwizdek z gotowymi plikami, a ja zrobię z tego cudny komplecik i wyślę. lojalnie uprzedziłam, że o 7.30 będę zamykała za sobą drzwi od chatynki, więc do tego czasu powinnam otrzymać kompletny przekaz co ma być spięte z czym i dokąd wrażone. i zasnęłam snem sprawiedliwej.
7.17 - d śpi nadal, ja wychodząc z wanny wrzeszczę, że jeszcze chwila i zniknę.
7.20 - pastując zęby kompletuję garderobę, a d, wyczołgując się z łóżka, toczy wzrokiem nieprzytomnym i się zaczyna:
-a gdzie jest klej?
-nie ma kleju*
-no wiesz, jaka z ciebie matka, skoro cz nie ma kleju, przecież chodzi do szkoły!
-daj spokój, cz jest dorosła, od dawna nie potrzebuje kleju na zpt...

mam już spodnie, wiążę buty, włosy wyschną mi po drodze
-tu włożysz to, to zeskanuj,
-to może ja sobie zapiszę
-eee, nie, no co ty, to proste, aaa, to koniecznie potwierdź za zgodność z oryginałem, nie, tego nie, tylko tamto, potem to zszyj razem i włóż do tej koperty, a potem do tamtej...

d jednocześnie próbuje zsumować pozycje w tabeli, czas płynie nieubłaganie. wyciągam kartkę i próbuję ogarnąć hierarchię dokumentu, dodatkowo zaznaczając karteczkami miejsca, które powinnam uzupełnić.

podsumowując:
nie wyszłam o 7.30,
nie trafił mnie szlag i nie zadusiłam d,
nie grzmiało, bo ten co podobno widzi i grzmi przecież nie istnieje,
nie zdążyłam do pracy i jak zwykle nic się z tego powodu nie stało,
kurtyna nie opadła, bo jej się nie chciało...

*oczywiście w chatynce jest klej, ale distal, poxipol i kropelka, założyłam a priori, że chodziło jej o biurowy, takiego akurat nie mamy

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

nie mam się w co ubrać wiosną

czyli co robią śpiące królewny w poniedziałkowe słoneczne popołudnie.
królewna nie zdrzemnęła się ostatecznie, bo ostatnim gościem w remontowanej wieży była d, z którą udała się na poszukiwanie czegoś_w_czym_będą_ładnie_wyglądały_wiosną.
walka była nierówna, spódnice złośliwie wybrzuszały się tu i ówdzie, płaszczyki stroszyły miejsce na skrzydła, a wszystkie brane pod uwagę t shirty jakiś idiota skroił tak, że ledwie zakrywały pępek. w ostatnim sklepie przeszła coś na kształt małego załamania nerwowego i zdecydowanie odmówiła zmierzenia spódnicy z suwakiem w połowie i takimi dziwnymi falbankami po drugiej stronie, co to podobno była absolutnie idealnie dla niej. nie była w stanie i już. co innego d, która przytaszczyła do chatynki kilka całkiem niezłych fatałaszków.
może królewny w trampkach są mniej otwarte na eksperymenty odzieżowe niż tupiące obcasikami mieszkanki krainy podziemnej pomarańczy?

poniedziałkowe słoneczne przedpołudnie

czyli nie wiem jak dobudzić śpiąca królewnę.
ziewając jak smok (pomyliły jej się bajki, czy jak?) królewna szukała od rana piosenki porannej. niestety przychodziły do niej wyłącznie piosenki wieczorne. niektóre były smutne*, inne bardzo smutne**.
a pogodna, wiosenna i optymistyczna nie chciała przyjść i już. nie pomógł jogging po schodach, robótki ręczne z wykorzystaniem zaciskarki i skrętki, podpięcie drukarki i inne majonezy. potem królewna porozmawiała wirtualnie z k, między innymi o unoszeniu się na fali i puszczaniu sznureczków. i pogodziła z faktem, że chwilowo brak przestrzeni na piosenkę pogodną i wiosenną.
zrozumiała, że jedyne, co może zrobić, to zdrzemnąć się. gdzieś z tyłu echo niosło pytanie what is in her mind...**

* tom waits, small change, utwór 6
** lou reed, berlin, utwór 7

piątek, 3 kwietnia 2009

biedna myszka

czyli dr jekyll i ms hyde
nie da się ukryć, czasem daję się wyprowadzić z równowagi. niezbyt często, ale jeśli już, to bywam porywcza.
nie wdając się w zbędne szczegóły ostatnio unieszkodliwiłam dużucha. starannie odkurzyłam zarówno kąt w którym stał jak i samo pudło (wewnątrz oczywiście!), a potem rozplątując wężowisko kabli za nim nie zdzierżyłam i po prostu wszystko rozpięłam. no może prawie wszystko, bo modem, router i bramka zostać musiały. jakby tego było mało, w przypływie furii zrobiłam mu szybciutką lobotomię*
a potem zakopałam się w łóżku i odmówiłam składania wyjaśnień.
kiedy zaczęłyśmy z powrotem ze sobą rozmawiać, cz stwierdziła z wyrzutem

-zabiłaś mysz
-niczego nie zabijałam, on nie miał prawa zadziałać
-naprawdę zabiłaś mysz
-to nie mysz, to brak pamięci
-nieee, popatrz

powiedziała cz i przyniosła mi gryzonia z rozdeptanym ogonem.

-nawet nie próbowałam podłączać kompa, bo pomyślałam, że rozdeptałaś mysz i wkurzona rozłączyłaś wszystko
-nie deptałam po gryzoniu, tylko wyjęłam mu ram...


cz trochę opadła szczęka, no cóż już dawno minęły te czasy, kiedy zapieniona zabierałam ze sobą kable zasilające, a uczynni koledzy dostarczali jej zapasowe.
a gryzoń? wszystko wskazuje na to, że będzie żył, kilka ruchów klapcążkami i ogon znowu nadaje się do wtykania...
* hihihi, nie powiem gdzie schowałam kości pamięci, dopóki mi nie przejdzie na sicher...

środa, 1 kwietnia 2009

ratunku, urodziłam stonogę!

czyli to musiało się wydać.
trochę się działo ostatnimi czasy, wiec nie zauważyłam pierwszych objawów. były sprawy ważniejsze, niż zastanawianie się, gdzie do cholery podziały się te ulubione zielone w niebieskie paski. albo w kropki kolorowe. a one znikały jak owce u nicka park'a.
wczoraj zajrzałam po coś do nory cz, robię to rzadko, bo teren niebezpieczny, pułapkami najeżony i zazwyczaj niechcący trafiam na coś, na co trafić nie powinnam i krew mnie zalewa. tym razem z jej kosza na bieliznę wystawało coś znajomego.
coś mojego.
coś, czego było mi brak.
tak jest, MOJA zielono-niebieska skarpetka!
nie mogłam się powstrzymać i przekopałam kosz do dna samego. a potem zinwentaryzowałam znaleziska - 84 skarpetki, że o innych częściach garderoby podstępnie wykradzionych z mojej szafy nie wspomnę. pomyślałam, że gdyby w normalnej, powiedzmy 3 osobowej rodzinie zaginęły 84 skarpetki, to chyba chodziliby boso. co innego stonogi...
pakując to wszystko do pralki myślałam o tym, że w garderobie, którą tak skrupulatnie zaprojektowałyśmy z a zabrakło jednego - solidnego zamka!

niedziela, 29 marca 2009

tej nocy spałam duuuużo krócej

czyli technika może zdziałać cuda, a przynajmniej tak mi się wydaje.
w ciągu trzech lat wykonałam ten numer po raz drugi, tym razem odwrotnie, ale skutek jest dokładnie ten sam. wczoraj wieczorem, późnym bardzo zresztą bardzo* przestawiłam czas w telefonie**, ustawiłam budzik na makabryczną godzinę 7:20, poczytałam przed snem i zapadłam w niebyt.
nie przewidziałam jednego – mój genialny telefon nokia n-cośtam ma system operacyjny i wie lepiej która godzina kiedy być powinna, więc wygląda na to, że o 2:00 przestawił się również sam. a potem jak gdyby nigdy nic zawył o zadanej 7:20 czasu już sama nie wiem jakiego, że złe misie*** i po wymianie paru zwyczajowych uprzejmości (ja go pac w drzemkę, on za chwilę znowu swoje) wyczołgałam się z legowiska, dokonałam porannych ablucji i powlokłam szczęśliwą na zajęcia. już na parkingu czułam, że jest nie halo, dwa samochody na całą uczelnię o 8:10 to nie jest jednak typowe. w środku ochroniarz potwierdził me przypuszczenia – według nowego czasu była 7:10 i już za 10 minut powinnam rozpocząć przekomarzanie z misiami, a bodajby to...
wycieczkę poranną sponsorowała jedna z najlepszych polskich płyt lat osiemdziesiątych i nie tylko czyli john porter band i helicopters

* bo s właśnie skończyła była ostatnie dwadzieścia parę lat, a ja nie bacząc na obowiązki szkolne udałam się uczestniczyć w obchodach. wróciłam więc w okolicach północy czasu ówczesnego, obżarta sushi i trzeźwa jak świnia.
** swoją drogą ciekawe jaki odsetek populacji używa jeszcze budzików?
*** świetliki z kasią nosowską, budzą mnie od dłuższego czasu

piątek, 27 marca 2009

d martwi się o całość mych zmysłów

czyli saga rodu von trupków.
d cykl warsztatów jakowychś prowadzi w stolicy, więc ostatnio gości w chatynce regularnie co czwartek. wczoraj spotkałyśmy się po drodze, ja lekko telepana przez bliżej nieokreślone dreszcze - czort wie czy za sprawą javy, przedawkowania zielonej herbaty w monsoon cafe czy też jadowitego bakcyla jakiegoś, d zaś zżerana przez ciekawość o co chodzi z opisem, który miałam na gchacie (von trupek kontra krokodyl, dla tych co nie mieli okazji zobaczyć).
grzecznie opowiedziałam jej o krokodylu, a potem, w ramach bonusu, o grecie von trupek. d jest psychologiem, specjalizację robiła z klinicznej, więc natychmiast pomyślała, że skutkiem ostatnich przejść zaczęłam odklejać się ździebko od rzeczywistości. na szczęście przeszło jej szybko i już przy kolacji, ciesząc się jak dzieci, obie wymyślałyśmy kolejnych krewnych grety. według d zarówno greta, jak i jej szwagierka gertruda noszą nieduże kapelusze, reszty detali nie pamiętam.
za to rano role się odwróciły i to ja zaczęłam martwić się o d. a wszystko za sprawą trzech płytek szarej glazury, które wyjęła z sakwojaża wraz z garniturem, który zamierzała przywdziać. nie powiem, nawet nieźle dobrane kolorystycznie, ale jak ona zamierza je nosić?

czwartek, 26 marca 2009

chyba przegrzało mi obwody

czyli skupić się próbuję, niestety z dziwnym skutkiem...
zamiast wokół opisu struktury systemu myśli me uparcie krążą wokół grety von trupek, a konkretnie chwilowo wokół jej wyglądu.
kto zacz? nie jestem jeszcze pewna*, chyba hrabina lub baronowa, raczej kościsto-ziemista, na pewno w sukni lekko spłowiałej, cała zresztą sprawiająca wrażenie nadgryzionej zębem czasu.
co dalej? nie wiem - a kysz greto! fasola wzywa...

* albowiem wymyśliłam ją odgrzewając obiad - ta przeklęta sieciowa fasola sprawia, że jestem wciąż upiornie głodna, kompulsja jakaś czy co?

środa, 25 marca 2009

von trupek kontra krokodyl

czyli awitaminoza wiosenna.
jakoś tak ostatnio chropowacieję gdzieniegdzie, fakturą łokci niebezpiecznie krokodyla przypominać zaczynam. co prawda nie miałam (nie)przyjemności miziania gadziny, ale podejrzewam, że wrażenia mogą być podobne.
wszystko wskazuje, że czegoś mi brak, pewnie be-ileśtam, oczywiście łyknąć suplement jakowyś zapominam notorycznie, więc poważnie zastanawiam się nad zmianą diety.
na von trupkową na przykład, bo przecież von trupka bogatym źródłem witamin z grupy b jest i basta!
ciekawe jak długo bym tak zdzierżyła? pewnie niezbyt, ale dzisiejszą notkę sponsoruje kilka von trupek kurczaczych usmażonych na masełku ze świeżą szałwią, na pohybel krokodylowi...

na całej połaci śnieg

albo dolina muminków w listopadzie.
ja się pytam o co chodzi, przecież koniec marca mamy. właśnie kupiłam nasiona, bo przecież wypadałoby bazylię na wiosnę zasiać, a tu zaspy śnieżne na balkonie, że o zawartości skrzynek nie wspomnę.
może ja się zakopię profilaktycznie i przeczekam...

wtorek, 24 marca 2009

horror nie tylko na dobranoc

czyli m kontra sieciowa fasola
tempus fugit i do niedzieli coraz bliżej. a jeśli bliżej, to znaczy, że należałoby wreszcie zaposiąść diagram klas z odpowiednimi modyfikacjami, że o wygenerowaniu jakiegoś fragmentu kodu nie wspomnę.
zabieram się do tego jak pies do jeża - dopiero dzisiaj zainstalowałam wreszcie sieciową fasolę z wtyczką do uml. ale wcześniej podstępnie zwabiłam k - od tygodnia z okładem miałam dla niej papier pewien - więc to idealny pretekst by nie zastanawiać się nad transformacją kompozycji w asocjację i nie popaść w przygnębienie, że zapomniałam wszystko na amen i nie mam bladego pojęcia jak sobie przypomnieć.
lecz nie upadam na duchu kompletnie, wszak jest jeszcze w_znany_również_jako_koło_ratunkowe, który już we czwartek spróbuje przedrzeć się ze mną przez fasolowe chaszcze i jest nadzieja, że jakoś to będzie.
a żeby nie było że nic nie robię, katuję ściśnięty mózg jedyną słuszną literaturą czyli modelowaniem i implementacją systemów informatycznych, choć jeśli przyśni mi się dziedziczenie wieloaspektowe lub polimorfizm metod, to nie ręczę za siebie...

poniedziałek, 23 marca 2009

świat zmierza ku upadkowi

czyli co robią dziewczynki przed wyjściem na kolację z interesującym gentlemanem?
robią się na bóstwo? wylegują w wonnej pianie i trefią koafiury? malują ust korale? ależ skąd! nic z tych rzeczy...
one uzbrojone w śrubokręt (i nie tylko) naprawiają syfon w łazience, doprowadzają do jako takiego porządku kuchnię (żeby nie zwrócić tejże kolacji po powrocie do domu na widok tego, co tam straszyło), na koniec zaś rozładowują zmywarkę, bo w międzyczasie skończył się program...
potem, jakby nie dość było kalorii w górze boczku ze szpinakiem (auć! to było dobre, nie nazwałabym tego sałatą, ale ja lubię szpinak, a chrupiący boczek... auć!) pożerają bombę kaloryczną pod postacią truskawek z koglem-moglem zapieczonych.
i żeby było weselej tak jest dobrze, bo przecież nawet po użeraniu się z uszczelkami można mieć dużo radości z próby wyobrażenia sobie w jaki to sposób pokroić na co najmniej pięć części kulę, tak, aby z otrzymanych kawałków złożyć dwie takie same, jak ta pokrojona.
ba, może nawet większą, niż gdyby odłożyć prace hydrauliczne na później i zamiast skupiać się na krojeniu kul myśleć o potencjalnej powodzi.
a kalorie? no cóż, j obiecał, że jakoś to załatwi, nie wiem jak on zamierza to zrobić, ale właściwie czemu miałabym się tym przejmować...

sobota, 21 marca 2009

dobry wiosny początek

czyli from q with love

pozamykałam różne sprawy zimowe, ciut dłużej niż myślałam to trwało, ale jednak się udało. i wreszcie zasnęłam spokojnie i sny mnie nie dręczyły straszne i w ogóle żyć mi się zachciało.
w q jak zwykle dobrze i bezpiecznie, d miała naprawdę świetny pomysł wywlekając mnie tutaj. cz była niepocieszona, że musi zostać w wawie, ale poumawiała się wcześniej z ludźmi biedaczka i nie mogła tego odwołać. a szkoda, bo to miejsce działa na nią podobnie jak na mnie...

wamipry miały używanie

czyli dziecko z dworca zoo...
ciekło jak się patrzy, piękny czas, bodajże 5'14", tylko potem jakoś zasklepić się nie chciało, a że ostatnio robią również pełną morfologię (znaczy z żyły zasysają a nie kłują w palec, to wyglądam jak na załączonym obrazku

nic to, jak mawiała babcia do wesela się zagoi...

środa, 18 marca 2009

gongo, nudziarz i maruda jestem dzisiaj

czyli wieje i rozwiewa mnie
bardzo dobrze niejaki janerka l to ujął, co prawda nie zamierzam chwilowo wyprowadzić się na górę w piórnikowym garniturze, ale rano niewiele brakowało, by zwiało mi głowę z szyi.
potem było coraz weselej - wiatr wył za oknem, a ja walczyłam z przemożną chęcią by zagryźć pierwszego marudnego użyszkodnika, który się nawinie. na szczęście wyjątkowo grzeczni byli dzisiaj. udało mi się również nie ukatrupić d, testującego znowu w afganistanie czy czort wie gdzie procesor i kartę graficzną.
ostatecznie nie odskoczyła mi pokrywka, podejrzewam, że dzięki temu, iż h wykopała właśnie dzisiaj ze swych przepastnych archiwów oryginalny plik z tym właśnie zdjęciem* i mogłam wreszcie zamówić skin na karakana**


było nie było unicestwienie gniewu to podobno jedna z uspokajających aktywności białej tary...

* autorką zdjęcia jest h. łubek, jeszcze raz dziękuję haniu!
** dzielny następca qrczaka, który opuścił mnie ostatnio w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach. z wyglądu aktualnie przypomina katafalk, ale to nie jest dobra nazwa dla komputera, więc został karakanem - w końcu one też podobno są czarne (jak to dobrze że nie wiem tego z autopsji!)

wtorek, 17 marca 2009

niepokój przedwiosenny odczuwam

albo apsik!
kicham, bo po lekturze wywiadu pacewicza z waglewskim w ostatnich wo musiałam dokopać się do mojej ukochanej płyty wagla, jednej z pierwszych, które wiele lat temu zaposiadłam na krążku srebrnym.
fe! jak można mieć tyle kurzu, powinnam się spalić ze wstydu.
ale nie palę się, tylko słucham sobie właśnie utworu nr 3 i nie do końca jeszcze wtedy (1991) edyty b i jest dobrze i nawet wiatr wyjący za oknem nie rusza mnie nic, a nic...
wiatr wyje i (mam nadzieję) przywiewa wiosnę

...a świat ucieka, coraz trudniej go dogonić
materialny ten i nadprzyrodzony
a pościgu nie ułatwia ta ułańska czapka z pomponem*

*oczywiście waglewski gra-żonie, utwór 5

poniedziałek, 16 marca 2009

dzisiaj było właśnie tak:

sześciu w czarnych liberiach
idzie ładnie po bokach
dźwiga płonące latarnie*

nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie herbert to napisał, ale jednak się udało

zanim weszłam do kościoła wydawało mi się, że go widzę, mignęła mi znajoma sylwetka.
e miała wrażenie, jakby widziała go wszędzie.

a on leżał sobie tymczasem w lakierowanym dębowym pudle, na pudle pąsowa róża i jego czapka, teraz już wiem, trzy gwiazdki i dwa paski wokół ma starszy brygadier, zawsze byłam kiepska ze stopni, ale ten chyba zapamiętam.
potem poczty, sztandary, wieńce, trąbka, organy, błysk kogutów, wycie syren.
cz, już w domu powiedziała, że brakowało jej go na stypie, przecież zawsze słyszałyśmy go z daleka.
tak, tylko tym razem to była stypa po nim...

* z. herbert, co robią nasi umarli, w "hermes, pies i gwiazda"

zdarzyło się kiedyś

czyli rocznica.
31 lat temu porwano aldo moro.
bardzo dobrze pamiętam serwisy radiowe, od niedawna wiem dlaczego, dosyć dużo czasu zajęło mi skojarzenie pewnych faktów...
może dlatego, że bardzo starannie zapomniałam prawie wszystko na wiele lat?

niedziela, 15 marca 2009

piosenka wieczorna

właściwie nie wiem czemu sobie dzisiaj przyszła...
porque te vas* z "nakarmić kruki" saury.
może byłam trochę podobna do any? na pewno miałam adapter, golfik chyba też...
* voc. jeanette, music/lyrics josé luis perales

sobota, 14 marca 2009

chciałabym

słońca rano (i nie tylko),
liści na drzewach i nieznośnie żółtych kwiatów na klombach,
chodzić już znowu w seledynowych trampkach,
mieć za sobą poniedziałkowy pogrzeb,
dowiedzieć się, co takiego jest za błyskiem na zdjęciu j
i jeszcze parę rzeczy, o których nie mam czasu teraz napisać, bo powinnam gnać do szkoły...

na nie

czyli:
nie śpię,
nie piszę,
nie mam już siły,
ale wciąż
nie poddaję się, choć ostatnio nie opuszcza mnie wrażenie, że może na drugie mam hiob...

czwartek, 12 marca 2009

zobaczone gdzieś po drodze

czyli ortografia rulez...

środa, 4 marca 2009

piosenka wieczorna

czyli glimmer twins w najlepszym wydaniu

...Don't question why she needs to be so free
She'll tell you it's the only way to be
She just can't be chained to a
Life where nothing's gained and nothing's lost at such a cost...


Through The Past Darkly, utwór 2 oczywiście mogą być też inne płyty, panowie nagrali to bodajże na siedmiu...

starszy pan

czyli trudno uwierzyć, że to już pięć lat.
4 marca 2004 odszedł pan b
mam nadzieję, że gdzieś tam spotkał alicję i że nieznani sprawcy zabrali mu ją tylko na chwilę...

wtorek, 24 lutego 2009

oooparta kobieta

czyli kto nie odkręci? ja nie odkręcę?

jedziemy sobie po południu z s, jej szczęśliwą, s narzeka, że dziwnie mruga jej kontrolka ładowania, do tego radio ma coś na kształt czkawki.
cóż to być może? zachodzi w głowę s szamocząc się z radiem.
jak na mój gust nie ładuje ci alternator, pewnie pasek trzeba naciągnąć
ale ja mam łańcuszek podobno

hmm, dziwne, nie żebym się znała na bebechach szczęśliwej, ale pierwsze słyszę o łańcuszku, zawsze był pasek klinowy
może chodziło o rozrząd? tam zdecydowanie lokalizowałabym łańcuchy i łańcuszki
s oponuje zawzięcie
to w takim razie naciągnąć łańcuszek, bo ewidentnie nie ładuje


dotaczamy się do chatynki, s prosi, żebym zerknęła jak światła - pokazuję jej na migi, że ledwie ćmią, parkuje nieco krzywo, ale poprawić się nie da, bo szczęśliwa zdycha kompletnie.
swoją drogą miło z jej strony, że teraz, a nie na przykład w korku na żwirkach.
idę po rozum do głowy i proponuję s zamianę akumulatorów - w sumie moja potrzebna mi będzie naprawdę dopiero w sobotę rano, do tego czasu s powinna naciągnąć wszystko co się da u dowolnego elektryka i naładować oba akumulatory.

i tu zaczynają się schody, nie pamiętam kiedy ostatnio odkręcałam swój, więc jutro na pewno będę miała zakwasy, bo wisząc w wyjątkowo mało wygodnej pozycji szarpałam się z dwiema zardzewiałymi śrubami, które na dodatek dawało się jednorazowo odkręcić o max 1/6 obrotu (cóż, zaparkowałam pod samym parkanem, bo tylko tam było miejsce, nie przewidziałam, że przyjdzie mi rozpłaszczać się przy nim w zwisie, a ciut porządniejsze klucze nasadkowe szlag mi trafił wraz z ostatnim po narzeczonego).
na szczęście udało się odkręcić - nie powiem, cieszyłam się, że tylko myślałam o zrobieniu sobie wczoraj manicure - po operacji odkręcania, wyszarpywania z trzewi i wkręcania z powrotem miałam łapki jak rasowy mechanik samochodowy, caluśkie czarne.

do chatynki wróciłam z mocnym postanowieniem położenia się do łóżka i nie ruszania do końca tygodnia, bo to chyba najrozsądniejsze co mogłabym zrobić, biorąc pod uwagę fakt, że wczoraj również dotarłam do domu cała utytłana i z poobijanymi kolanami.
a to i tak był mały pikuś w porównaniu z tym, co mogłabym sobie uszkodzić gdybym łapiąc wczoraj na ulicy zająca zamiast trzepnąć o chodnik czubkiem głowy zaryła weń na przykład nosem...

wtorek, 17 lutego 2009

wisielcze poczucie humoru*

czyli wyimki z netowej konwersacji z osobistą siostrą
ja: idę do kuchni, bo zdechnę z głodu zaraz
s: to mogłoby być rozwiązanie;)
ja: maupa, męczyłabym się długo, mam full substancji zapasowych
s: hehe, no tak zapomniałam


* to u nas rodzinne...

poniedziałek, 16 lutego 2009

piosenka na popołudnie

wieczór i parę innych okoliczności, dla przyjaciół, dla d, która przysyła mi walentynkę rozczulającą, dla mnie pod rozwagę też...
stary dobry idealista, john ono lennon, stand by me

poniedziałek, 9 lutego 2009

zdjęcie archiwalne

czyli świat mnie czasem zaskakuje...

niedaleko chatynki widuję pojazd oprawcy, uśmiecham się na jego widok niezmiennie, nawet kiedyś zrobiłam pojazdowi zdjęcie, żeby pokazać s.
stąd wiem, że oprawca ma chyba słabość do kapeluszy - chyba, bo za przednią szybą majaczył taki fajny, czarny, ciut zakurzony chyba i chyba jeszcze jakiś - ale nie sprawdzałam dokładnie, bo się trochę wstydziłam...

piątek, 30 stycznia 2009

ratunku!

czyli użyszkodnik w panice...
w słuchawce spanikowany głos żeński okołoklimakteryczny
nie otwiera mi się komputer
ale komu się nie otwiera i co konkretnie się dzieje?
no przecież mówię, że nie otwiera się
to może oznaczać wszystko - od braku prądu w gniazdku po niemożność zalogowania się do czegoś tam, notorycznie dzwonią, kiedy pada im prąd w gniazdkach, bo przecież jesteśmy od komputerów, a one nie mają nic wspólnego prądem. intuicja mówi mi, że wypadł jej jakiś kabel, czas zatem na pytania podchwytliwe
co widzi pani na monitorze?
coś tam pisze na czarnym tle, jakiś error
tu cię mam!
a co dokładnie jest tam napisane, proszę przeczytać, może keybord error?
co ja tam będę to czytała?
w tle głosuje kolega przerażonej - zresetuj go zresetuj, już dwa razy resetowałam i nic!
opada mi prawie wszystko, ale walczę dalej
bez tego nie mogę pani pomóc
ky ky bo r
komputer nie widzi klawiatury, proszę zajrzeć pod biurko i docisnąć wtyczkę, powinno działać

z plaskiem słuchawki opada mi reszta...

piosenka poranna

pada śnieg, sennie jest okropecznie.
na taką pogodę dobre są towary zastępcze,
na przykład spać...

wtorek, 27 stycznia 2009

jaką by tu wybrać specjalizację?

czyli piosenka na humoru poprawę, lub jak kto woli czym to się kadra naukowa zajmować potrafi - może ja też bym tak chciała?

...na przykład jeden uczony budził bakterię śpiączki,
szczypiąc tę śpiączkę pęsetką w pośladki, nóżki i rączki...


a gdzie tak ją budził? w bakcylu waligórskiego przez olka grotowskiego śpiewanym...

czasy się zmieniają

czyli co noszą po kieszeniach księżniczki*...
proszę bardzo, patrzymy:

klucze do domu i samochodu spięte gustownym karabinkiem w kształcie serduszka ( <-> 5 kg, lucky) ze

  • scyzorykiem victorinox,
  • czytnikiem kart microsd
  • i dwoma pendrive'ami
    (że też do tych 16gb tak_high_endowych_że_ojej nie mogli dospawać uszka, zamiast tego ohydnego etui z gumowego wilka...)
+ nokia n-cośtam,
rękawiczki
i kość pamięci (leciutko nadgryziona hihihihi).

a gdzie szminka i lusterko ja się pytam, no gdzie?

* w fabryce trwa remont, straszliwy zaiste. włażę do windy, którą podróżuje już osobnik z jednej z ekip z jakimiś szpejami. grzecznie pytam, czy mogę, a osobnik szczerząc się woła, ależ oczywiście, jechać z taką księżniczką!

sobota, 24 stycznia 2009

piosenka wieczorna

czyli janda śpiewa osiecką
z różnych powodów dzisiaj, ale zwłaszcza dlatego, że
...migają światła rozmaitych możliwości...,
a
...moje prawo to jest pańskie lewo...

poniedziałek, 19 stycznia 2009

menu

czyli rozterki scrabblisty...
mijając knajpę rzucam od niechcenia wzrokiem na wypisane kredą na wystawionej tablicy menu:
PASZTET
Z DZIKA
Z TRZEMA

dalej jakoś chyba niewyraźnie, bo nagle zaczynam zastanawiać się co to za zwierzę* ten trzem???
* no dobra, ja wiem, że są tacy co jadają pasztety z soi albo inszych fasoli, ale ja się do nich nie zaliczam, choć nie powiem, zdarzyło mi się wyprodukować kilka takich pasztetów sojowych swego czasu, ale czegóż to się nie robi w zaślepieniu uczuciem...

niedziela, 18 stycznia 2009

piosenka na dobranoc

czyli stary dobry robert zimmerman z desire, utwór 4
dawno go nie słuchałam...