wtorek, 24 lutego 2009

oooparta kobieta

czyli kto nie odkręci? ja nie odkręcę?

jedziemy sobie po południu z s, jej szczęśliwą, s narzeka, że dziwnie mruga jej kontrolka ładowania, do tego radio ma coś na kształt czkawki.
cóż to być może? zachodzi w głowę s szamocząc się z radiem.
jak na mój gust nie ładuje ci alternator, pewnie pasek trzeba naciągnąć
ale ja mam łańcuszek podobno

hmm, dziwne, nie żebym się znała na bebechach szczęśliwej, ale pierwsze słyszę o łańcuszku, zawsze był pasek klinowy
może chodziło o rozrząd? tam zdecydowanie lokalizowałabym łańcuchy i łańcuszki
s oponuje zawzięcie
to w takim razie naciągnąć łańcuszek, bo ewidentnie nie ładuje


dotaczamy się do chatynki, s prosi, żebym zerknęła jak światła - pokazuję jej na migi, że ledwie ćmią, parkuje nieco krzywo, ale poprawić się nie da, bo szczęśliwa zdycha kompletnie.
swoją drogą miło z jej strony, że teraz, a nie na przykład w korku na żwirkach.
idę po rozum do głowy i proponuję s zamianę akumulatorów - w sumie moja potrzebna mi będzie naprawdę dopiero w sobotę rano, do tego czasu s powinna naciągnąć wszystko co się da u dowolnego elektryka i naładować oba akumulatory.

i tu zaczynają się schody, nie pamiętam kiedy ostatnio odkręcałam swój, więc jutro na pewno będę miała zakwasy, bo wisząc w wyjątkowo mało wygodnej pozycji szarpałam się z dwiema zardzewiałymi śrubami, które na dodatek dawało się jednorazowo odkręcić o max 1/6 obrotu (cóż, zaparkowałam pod samym parkanem, bo tylko tam było miejsce, nie przewidziałam, że przyjdzie mi rozpłaszczać się przy nim w zwisie, a ciut porządniejsze klucze nasadkowe szlag mi trafił wraz z ostatnim po narzeczonego).
na szczęście udało się odkręcić - nie powiem, cieszyłam się, że tylko myślałam o zrobieniu sobie wczoraj manicure - po operacji odkręcania, wyszarpywania z trzewi i wkręcania z powrotem miałam łapki jak rasowy mechanik samochodowy, caluśkie czarne.

do chatynki wróciłam z mocnym postanowieniem położenia się do łóżka i nie ruszania do końca tygodnia, bo to chyba najrozsądniejsze co mogłabym zrobić, biorąc pod uwagę fakt, że wczoraj również dotarłam do domu cała utytłana i z poobijanymi kolanami.
a to i tak był mały pikuś w porównaniu z tym, co mogłabym sobie uszkodzić gdybym łapiąc wczoraj na ulicy zająca zamiast trzepnąć o chodnik czubkiem głowy zaryła weń na przykład nosem...

Brak komentarzy: