czwartek, 28 maja 2009

remanent

mam:

    dobry humor,
    kręćka (jak baranie rogi według a),
    albo korbę jak kto woli,

nie mam:
    pojęcia jaka będzie pogoda,
    pomysłu co zabrać, a co zostawić,
    ochoty wydorośleć

niecierpliwie czekam na sen, czuję, że przyśni mi się coś fajnego.
deszcz pada...

poniedziałek, 25 maja 2009

znalezione w sieci


tu konkretnie znalezione.
fajne miejsce, pewnie tam jeszcze wrócę.

na drugie mam imelda

czyli czasami człowiek musi.
to spadło na mnie nagle, gdzieś tak koło 10.30.
potrzebuję nowych butów.
teraz.
now.
czyżby dlatego, że we czwartek oddałam s dwie pary?*
i jeszcze wyrzuciłam jeden z pary takich bardzo ukochanych, co nie włożyłam ich na nogi od ładnych paru lat, swoja drogą ciekawe gdzie jest drugi?
wytrzymałam +/- godzinę, a potem po prostu uciekłam. na niezbyt długo, ot tyle by przebiec pędem cztery sklepy z butami w upiornych tarasach.
i co? i pstro!
żadne się nie nadawały. dlaczego tak rzadko wchodzę do sklepu, przymierzam i one po prostu pasują, są wygodne i dobrze w nich wyglądam?
chyba zamknę się w sobie i na znak protestu zacznę defilować w kapciach od baty...

*właściwie nowych, jedne miałam na sobie raz, drugie dwa razy, kosztowały majątek, a niewygodne były wprost proporcjonalnie do ceny

niedziela, 24 maja 2009

przekleństwo niziołków

czyli co za idiota wymyślił pawlacze.
jak zwykle szukam jakiejś książki.
jak zwykle nie znajduję.
jest jeszcze cień nadziei - pawlacz.
tu zaczynają się schody, bo w chatynce drabiny niet, a ja raczej niskopienna jestem i z krzesełka to mogę dosięgnąć co najwyżej pierwszego rzędu czyli trzynastotomówki, która po wymianie łóżka wylądowała właśnie na pawlaczu. niestety za trzynastką są jeszcze dwa rzędy, nijak dla mnie niedostępne. oczywiście mogę próbować ze stołu, ale wtedy też ledwie sięgam łapkami, a poza tym to cała operacja - kanapę przesunąć, stół przestawić, wdrapać się, wyjąć trzynastkę, żeby odsłonić dalsze pokłady, a potem trzeba to wszystko z powrotem, no zgroza!.
dobrze, że tam, gdzie książki, nie ma już drzwi, bo przynajmniej nie spadną na człowieka znienacka jak te z przedpokoju nie tak znowu dawno - miałam niezłego siniaka na łapie, w podłodze dziura zostanie na amen.
ale to nic, powinnam się cieszyć, że wbiły się w podłogę, a nie w moje ciemię na przykład, czyniąc cz sierotą zupełną...

54. MTK

czyli stare pytanie
"Czy za pomocą literatury można zdać sprawę z przeżycia codzienności, dokładniej: z odkrywania codzienności, każdej chwili, najmniejszej drobiny istnienia?"*
przebiegłam szybciutko, bo przecież miałam być gdzie indziej i robić co innego.
dzielnie nie kupiłam paru książek (właściwie nie wiem czemu ostatecznie nie wyszłam z zebranym barańczakiem z a5, chyba zaraz go zamówię, bo jednak powinnam).
ale i tak radość była duża, bo okazało się, że wcześniej przegapiłam jakoś pojawienie się ostatniego rutkowskiego
i zupełnie niechcący odkryłam majerana.
nawet jeżeli po tym wszystkim zejdę na zapalenie płuc (w piątkowy wieczór lało jak sto nieszczęść, prosto na requiem, koty i na mnie) nie będę żałowała...
* k. rutkowski z przedmowy do dżinsowego stachury

czwartek, 21 maja 2009

bilans tygodnia

czyli trochę liczb

6 filmów w kinie
5,5 książki
3 filmy w domu
2,5 draki (0,5 przez telefon)
2 dni urlopu
2 duże latte
2 prawie capirinie
2 małe pilsnery
2 komentarze m
2 nadzieje (w tym 1 raczej płonna)
1 nowy domownik
1 krwawa marysia
1 obiad urodzinowy
1 huczny jubel
1 dożynki po jublu
1 megadół
1 duża ulga - ile można kisić to w sobie?
1 zgubiony scyzoryk (szczęśliwie znaleziony przed chwilą)
1 pęknięta bańka mydlana
0 prania
0 poważnych zakupów (jak się nie poprawię, grozi nam znowu międzynarodowy dzień głodu)
0 wcześniejszych terminów do doktora b
0 poczucia winy, że się obijam

+ kilka linijek kodu (o jakże wielka jest cierpliwość w!),
bliżej nieokreślona ilość glonów wakame,
kilka zielonych ogórków,
mała butelka octu ryżowego,
trochę sosu sojowego.

mogłabym wyliczać dłużej, ale po co?

środa, 20 maja 2009

życzenia się spełniają

czyli ryba wpływa na wszystko...
cz tak długo chodziła nucąc give me some fish, że musiało się tak skończyć.
od soboty wszystko w chatynce stoi na głowie bo pojawił się benito - niebieska awanturna rybka. wszędzie poniewierają się kubki i durszlaki, wszak cz urządza mu akwarium.
morświn znosi to z podziwu godną obojętnością, ale cymkot wariuje na całego. ma zakaz wstępu do nory cz odkąd zwalił całą zawartość półki obok akwarium, więc jego neuroza sięga zenitu.
a ja patrząc na pobojowisko zastanawiam się, kiedy benito podzieli los niejakiego szczurzastego, który przeżył w chatynce bodajże dwa tygodnie zanim dokonano na nim krwawego mordu.
bo choć wcale nie wygląda, to właśnie cymkot poluje jak rasowy drapieżnik, na szczęście zazwyczaj na mięso z naszych talerzy albo szynkę z kanapek...

wtorek, 19 maja 2009

aby do jesieni

czyli czekając na październik.
biegnąc przejściem podziemnym pod emilii plater z kubkiem pełnym latte nagle uświadomiłam sobie, że jestem szczęśliwa.
to jest właśnie to co lubię, za chwilę wespnę się po schodach na górę, usiądę i znowu przypomni mi się, jak po raz pierwszy oglądałam tu andrieja rublowa. wtedy nie była to jeszcze sala numer 7 tylko kino wiedza, a krzesłom daleko było do dzisiejszych foteli.
z resztą nie tylko fotele się zmieniły. nie ma już pani joli, nie ma śląska, warsa, agrafki ani kina foksal. nie ma już dziewczyny, która kawę pijała tylko w wiedniu* i nie mogła przeżyć lata bez przynajmniej trzech par espadryli.
a wff ma już ćwierć wieku, naprawdę trudno w to uwierzyć...
*wiem to brzmi i cholernie snobistycznie, ale mój organizm nie tolerował ówczesnych polskich naparów.

niedziela, 17 maja 2009

go ask alice

...when logic and proportion
have fallen sloppy dead...*


*white rabbit g. slick (jefferson airplane, surrealistic pillow)

wtorek, 12 maja 2009

nie musimy być idealne

czyli doskonali żyją smutniej.
czasem trzeba zawalić coś z rozmysłem, by sprawdzić, że pomimo wszystko świat trwać będzie nadal.
a była idealna i do bólu poukładana. potem się zderzyłyśmy. był wieki huk, a gdy opadły dymy okazało się, że mój chaos nie jest już tak chaotyczny, a jej świat tak bardzo poukładany i obu ulżyło. teraz radośnie zarażamy innych, chociaż czasem nie jest lekko.
choćby dzisiaj.
a zaraziła j, a j zapomniała zapłacić za światło i właśnie dzisiaj rano rzeczone odcięto. najpierw a przytrzymywała pokrywkę, żeby jej nie odskoczyła ze złości, ale potem przyszło jej do głowy, że nie tylko nastolatki badają własne granice. po prostu obsesyjnie obowiązkowa j skonfrontowała się ze swoim smokiem. i okazało się, że jej nie zjadł.
a śmiała się, że znała już wcześniej kogoś, komu wyłączono prąd i przeżył (tak, tak, to byłam ja, oczywiście z powodu roztargnienia).
ja zaś, że jedni idą w góry, drudzy nurkują, ale są też tacy, którzy by zmierzyć się ze sobą nie płacą za światło.
cóż każdemu taki strach jakiego się boi...

poniedziałek, 11 maja 2009

4.54

czyli godzina w której rośnie trawa, według wagla* albo godzina, której po prostu nie ma, może w legendach (według j).
ja zaś o 4.54 właściwie nie istnieję. nie istnieję na tyle, że nawet nie jestem w stanie zamordować cymkota przechadzającego się po mnie w te i z powrotem. jedyne na co mnie stać, to obrót na brzuch.
jakoś łatwiej znoszę spacery po plecach, a i w nos wąsami łaskotać jest zdecydowanie trudniej.

* waglewski gra żonie, utwór 10 wiem, że już było, ale lubię i basta

niedziela, 10 maja 2009

dlaczego

czyli meandry mej (nie)pamięci.
zupełnie nie rozumiem czemu pamiętam co to takiego transsubstancjacja i w jaki sposób się tego dowiedziałam*, a za nic nie mogę przypomnieć sobie komu pożyczyłam dwanaście świetlickiego. na dodatek pożyczyłam nie dalej jak pół roku temu, bo kupiłam je pod koniec października.
żeby nie męczyć wszystkich pytaniami, zwłaszcza, że mogę nie pamiętać kogo już pytałam, a kogo jeszcze nie, powiesiłam w opisach na gadulcu i gchacie pytanie komu pożyczyłam 12?.
reakcja była, a jakże, choć nie takiej się spodziewałam.
najpierw napisała k:
11:02 k: mi dałaś kiedyś w prezencie 12. Ale to chyba nie o ten egzemplarz Ci chodzi.
ja: niestety nie
mam swój
tzn miałam
bo komus pożyczyłam...
11:03 k: szukajcie a znajdziecie ;)

potem d
12:31 d: jak zł
to pewnie mnie
12 zł
mnie na pewno

być może, nie pamiętam, ciekawe, co jeszcze znajdę w ten sposób.
no i kiedy okaże się, komu pożyczyłam świetlickiego, chociaż patrząc na to, że w piątek a dała mi pan raczy żartować feynmana, którego szukałam od niepamiętnych czasów, nie należy spodziewać się tego zbyt szybko.
na wszelki wypadek zapiszę sobie, że w tym tygodniu mam zamiar pożyczyć odzyskanego feynmana f, bo jakiś czas temu wyszło nam w rozmowie, że nie czytał...

* a jakże, przy scrabblach, z małym i dużym m, wychodząc od defenestracji zresztą...

środa, 6 maja 2009

piosenka na deszczowe popołudnie

massive pasuje jak ulał
powiedzmy collected
powiedzmy płyta 1
powiedzmy utwór ostatni...

poniedziałek, 4 maja 2009

o talencie

czyli dziwne okoliczności zbiegi.
chodziło za mną od dawna, nie wiedzieć czemu zupełnie, dzisiaj zupełnie nagle przypomniało się znowu po rozmowie z p, chociaż mam zupełnie w nosie jego przemyślenia na różne tematy.
może miał talent, ale to jeszcze nie powód,
żeby ubierać się nieprzyzwoicie*
zapytałam więc wujka googla i proszę, co się okazało?
że znam to tyle lat, a do głowy mi nie przyszło, że to o modim...

m z t wrócili o świcie z bieszczad, oglądaliśmy przy kolacji mapy, cholera, jakaś skuka mnie wzięła, chyba jednak trochę brak, pytanie tylko, czy potrafię coś z tym zrobić?

nasz modigliani
, nasza basia kochana, sł. j. cygan, muz. j. filar, j. cygan

sprawa robi się poważna

czyli co będzie, jeśli następnym razem zostawię gdzieś głowę?
czy ktoś ją znajdzie? i odniesie na miejsce? albo przynajmniej wystawi w miejscu widocznym?
byłoby dobrze, bo jakoś nie wyobrażam sobie własnej egzystencji bez głowy, przynajmniej na razie sobie nie wyobrażam.
skąd myśl, że głowę zdolnam zgubić? ano stąd, że ostatnio niejakie wprawki czynię.
najpierw zgubiłam wypis z aktu notarialnego, niezwykle potrzebny z resztą - szczęśliwie znalazł się dzisiaj i mam go z powrotem w garści.
hmmm, aby na pewno? może powinnam sprawdzić, czy znowu go gdzieś nie posiałam...
nie dalej zaś jak wczoraj zostawiłam kostium kąpielowy na basenie i po prostu sobie poszłam (nie, nie budzić popłoch wśród pływających, jak był uprzejmy sugerować d, tylko smukłe ciało trzeć frotem*).
i tym razem się udało, kiedy zajrzałam tam dzisiaj, rozwieszony na szatnianych haczykach już z daleka bił w oczy niebiesko-żółtą szóstką.
ale czy z głową miałabym tyle samo szczęścia? choć z drugiej strony na co ona komukolwiek by się zdała? pojęcia nie mam...

* oczywiście za mistrzem przyborą

niedziela, 3 maja 2009

majowo, matrymonialnie

czyli już wiem.
jeśli kiedykolwiek zdecyduję się porzucić stan wolny, to tylko dla m, nie widzę innej możliwości.
piękna, mądra, dobra, zorganizowana, emanująca czymś, co sprawia, że potrafię zobaczyć jasne strony niemal wszystkiego. no i absolutnie w moim typie.
jakby tego było mało, zrobiła mi dzisiaj na śniadanie placki ziemniaczane! pyszne!!! wiem, że jest upał i że to nie jest danie śniadaniowe, ale ja placki ziemniaczane uwielbiam, a do obiadu czekać nie mogłam.
normalnie oświadczę się jej, tak z kwiatami, pierścionkiem i padaniem na kolana, niech no tylko rozwiedzie się do końca.
jest tylko jeden* problem - podobno nie jestem jedyną kandydatką, no cóż, jak mawiał osgood w pół żartem pół serio nobody's perfect...

* to że obie jesteśmy hetero na pewno da się jakoś obejść...

sobota, 2 maja 2009

rzeczy, które lubię, rzeczy, których nie robię

czyli może najwyższy czas coś zmienić.
dobra wiadomość - mój kostium kąpielowy wciąż nadaje się do pływania.
zła wiadomość - nie używałam go od roku.
więcej dobrych wiadomości - wciąż lubię pływać, sprawdzałam! a że pusto było właściwie, mogłam do woli cieszyć się z bycia syrenką.
postanowienie na przyszłość - dziękując a za inspirację - zrobić coś inaczej, by dostać coś innego.
pielęgnować spontaniczną radość z tego co robię zamiast skupiać się na walce z kalafiorem.
puścić wszystko luźno i cieszyć się.
po prostu...

z ostatniej chwili - zupełnie niespodziewanie pojawił się szczypior! wczoraj go jeszcze nie było, a dzisiaj jest, absolutne szaleństwo. rośnij zdrowo, szczypiorku...