czyli godzina w której rośnie trawa, według wagla* albo godzina, której po prostu nie ma, może w legendach (według j).
ja zaś o 4.54 właściwie nie istnieję. nie istnieję na tyle, że nawet nie jestem w stanie zamordować cymkota przechadzającego się po mnie w te i z powrotem. jedyne na co mnie stać, to obrót na brzuch.
jakoś łatwiej znoszę spacery po plecach, a i w nos wąsami łaskotać jest zdecydowanie trudniej.
* waglewski gra żonie, utwór 10 wiem, że już było, ale lubię i basta
poniedziałek, 11 maja 2009
4.54
Autor:
magdandena
o
09:49:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz