czyli co za idiota wymyślił pawlacze.
jak zwykle szukam jakiejś książki.
jak zwykle nie znajduję.
jest jeszcze cień nadziei - pawlacz.
tu zaczynają się schody, bo w chatynce drabiny niet, a ja raczej niskopienna jestem i z krzesełka to mogę dosięgnąć co najwyżej pierwszego rzędu czyli trzynastotomówki, która po wymianie łóżka wylądowała właśnie na pawlaczu. niestety za trzynastką są jeszcze dwa rzędy, nijak dla mnie niedostępne. oczywiście mogę próbować ze stołu, ale wtedy też ledwie sięgam łapkami, a poza tym to cała operacja - kanapę przesunąć, stół przestawić, wdrapać się, wyjąć trzynastkę, żeby odsłonić dalsze pokłady, a potem trzeba to wszystko z powrotem, no zgroza!.
dobrze, że tam, gdzie książki, nie ma już drzwi, bo przynajmniej nie spadną na człowieka znienacka jak te z przedpokoju nie tak znowu dawno - miałam niezłego siniaka na łapie, w podłodze dziura zostanie na amen.
ale to nic, powinnam się cieszyć, że wbiły się w podłogę, a nie w moje ciemię na przykład, czyniąc cz sierotą zupełną...
niedziela, 24 maja 2009
przekleństwo niziołków
Autor:
magdandena
o
22:19:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz