środa, 13 kwietnia 2011

ratuj się kto może

czyli kocilla kontratakuje...
najpierw były bojowe okrzyki, choć bardziej przypominające żałosne zawodzenia, potem ucichło, a towarzystwo gdzieś przepadło - pewnie zagrzebali się w czarzastonorze pomyślałam naiwnie.
ale była to cisza przed burzą - właściciele ogonów nastroszonych na wzór szczotek do butelek dreptali właśnie taniec wojenny w przedpokoju. chwilę później futrzato-pazurzasty kłąb wturlał się wrzaskiem pod łóżko. zamiast interweniować, zabezpieczyłam się pościelą, nigdy nie wiadomo z której strony wyskoczy ostro zakończony z pięciu stron szaleniec*.
bilans wypadł nie najgorzej - czarnemu wyciągnęłam paznokieć znad prawego oka, na białym nosie widać nieco śladów, ofiar w ludziach nie stwierdzono.

*zdarzały się już szalone pościgi po naszych, niczego nie przeczuwających niestety, osobach.

wtorek, 5 kwietnia 2011

kwilący nosorożec

czyli wiosenny poranek w chatynce.
słońce wstało już jakiś czas temu, budzik u cz dawno ochrypł i zdechł, a wszyscy spali w najlepsze. no prawie wszyscy.
nie spał kosmaty. nie wiem co go obudziło, może uparcie ignorowane wycie w cz-norze, może jakaś skuka za wątrobę szarpać go zaczęła, dość, że przemieścił się pod drzwi sypialni i zaczął marudzić. najpierw kwilił, potem zawodził jak syrena strażacka, wreszcie desperacko drapał drzwi, nic z tego, twardzi byliśmy, to duży chłopiec, nie będziemy pocieszać kociego mazgaja.
a w tym zgiełku cz błogo przesypiała poranne ćwiczenia, no bo kto to słyszał, żeby ludzi na 9.00 ciągnąć na uczelnię???

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

10,5 kg

czyli tyle to wagowo posiadamy w chatynce futrzastych.
jako znana bromba dokonałam odpowiednich pomiarów i już wiadomo, że kosmaty nosorożec to 4200 gramów zdesperowanego* nieszczęścia, zaś septymus finiusz - 6300 rozlanego majestatu, a wszystko to właśnie grzejące się zasilaczem od karalucha i pochrapujące leniwie na pomarańczowym prześcieradełku.

* dzisiaj o 5.53 podjął kolejną próbę samobójczą - taranując mnie w drodze z łazienki rąbnął baranem w drzwi sypialni i z wrzaskiem banzai!(opodobnym) skoczył na zaspanego c. przechwycony w locie desperacko wczepił się w brzeg łóżka i udawał niezbędny element wyposażenia, wszystko na nic, odczepiłam drania metodycznie pazur po pazurze i wyrzuciłam precz.