czwartek, 31 stycznia 2008

hmm, o czym by tu naskrobać?

o tym jak spontanicznie wybrałam się do kina na american gangster (dziękuję k, sama bym na to nie wpadła, czekają przecież rezerwat i butelki zwrotne, a film był całkiem, całkiem)?
czy o tym, że są podobno faceci, co wiedzą, że chorobę przegania się rosołem i na dodatek potrafią ten rosół ugotować jak trzeba, czyli wiedzą, że warzyć należy co najmniej 3 godziny?
a może o tym, że nie zdecydowałam się sprawdzić, czy faktycznie gotuje (tutaj mamy kwantyfikator egzystencjalny) tak dobrze, jak twierdzi, bo nie chciałam ryzykować zarażenia katarem wściekłym?
tymczasem, wszystkim, którzy potrzebują, a zwłaszcza temu co nos ma zatkany
dobranoc...

dziwne rzeczy dzieją się w elmo

czyli emigrowałam wewnętrznie odrobinę.
oglądając blondynkę wiążącą na szyi brodacza szalik, myślałam o tym czy to zwyczaj średniowieczny czy wcześniejszy. goopi brodacz popłynął jednak i aktualnie spędza czas w szalupie ratunkowej z szalikiem w charakterze opaski uciskowej
a potem przypomniałam sobie, że zdarzyło mi się wyekspediować chustkę do mendozy, a właściwie na aconcagua i na szczęście wróciła bez obrażeń, więc brodacz zapewne wróci również ;) i będą żyli długo (lub krótko) i zapewne nieszczęśliwie hihihi

piosenka na dzisiejsze popołudnie tymczasem, sama nie wiem czemu grabaż dzisiaj, tak jakoś przyszedł, jak nocny gość czy jakoś tak...

środa, 30 stycznia 2008

dziobakiem jestem

czy hatterią? sama nie wiem...
a wszystko zaczęło się tak:

s: paznokcie sa boskie
nawet kolega dzisiaj powiedzial jakie ladne mam paznokcie
pozniej powiedzial mi rowniez na ucho ze jak na swoj wiek dobrze sie trzymam
niezle
stoje juz nad grobem


tu dodam, że s jest młodsza ode mnie o dekadę:)

ja: ciekawe kim ja jestem zatem?
s: ciebie juz nie powinno byc;)


i w ten oto sposób okazało się, że jestem żywą skamieniałością, ale przynajmniej potrafię zrobić french manicure...

dzisiejszy dzień sponsorowała literka p

najpierw poważny pułkownik - przygotowałam się jak należy - pazury polakierowane drapieżnie, półpancerz praktyczny przywdziany.
wieczorem postrzyżyny, a przedtem panga pieczona, co było niezłym pomysłem i nawet ż, który ostatnio grymasił, pałaszował aż mu sie uszy trzęsły (s była wściekle głodna, więc jej pomruki sie nie liczą).
podsumowując było przyjemnie - wszystkie trzy panie m (bo s tak naprawdę też jest m) mają nowe fryzury, a s dodatkowo ma french manicure (zadebiutowałam jako manikiurzystka hihihi)

poniedziałek, 28 stycznia 2008

porządki robiłam

na pulpecie tym razem, bo jak zwykle zajmuję się wszystkim, tylko nie pisaniem tego co powinnam napisać...
i przy okazji tych porządków znalazłam zrzut ekranu gg z uroczym opisem m

oczywiście od razu spróbowałam taki zmajstrować u siebie (bo jak długo można mieć że ja sem cyborg?), ale chała, nie potrafię tak w dwóch rzędach :(

zasiewam ziarno wątpliwości

czyli l ma dyżur pod telefonem.
zbliżała się 22.00 gadaliśmy o tym i owym, pożerając świeżo uprażone migdały kiedy zadzwonił telefon.
przez następny kwadrans l obdzwonił kilka miast, a pokonując trasę drzwi wejściowe - drzwi balkonowe przypominał odrobinę tygrysa miotającego się po klatce (właściwie to brakowało mu tylko żółtych pasków, chód był jak należy).
o ho, kolejny perypatetyk pomyślałam przyglądając się całemu zajściu.
wreszcie l przerzucił nakład tam gdzie trzeba, znużony plasnął na fotel i radośnie oznajmił: lubię takiego adrenalinowego kopa.
a właśnie że nie lubisz, tak ci sie tylko wydaje, l upierał się dalej, więc opowiedziałam mu historię o tym, jak zgubiłam kiedyś szczęśliwą na parkingu w młodych kotach.
parkowałam gasząc jakiś pożar pracowy, przez telefon oczywiście, adrenalina zalewała mi wprost oczy, pożar zgasł, ale ja miotałam się później chyba pół godziny próbując odnaleźć samochód na zapchanym poziomie żaby czy inszej ryby.
może faktycznie nie lubię? zamyślił się l

niedziela, 27 stycznia 2008

wyszłam wiosną wróciłam zimą

czyli
na całej połaci śnieg
...
na tego te skutki,
na puste ogródki,
na dzionek za krótki,
...
na żale, że wcale
i na tak dalej,
tak dalej, tak dalej,
tak dalej,
tak dalej,
tak dalej, tak dalej,
tak dalej - śnieg...*


coś mnie tknęło i wiosną (czyli przed południem) ogarnęłam ździebko to co dookoła kłębiło się obficie, a potem z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku oddaliłam się popracować odrobinę.
jak to dobrze, że już nic nie muszę (oczywiście mogłabym, ale mi się nie chce:) futrzate okopane, zaraz pójdę w ich ślady...

*kochany Jeremi Przybora niedościgniony

sobota, 26 stycznia 2008

hmmm, jak ja to zrobię

stało się, na jutro wieczorem zapowiedział się l, to było do przewidzenia, ale były jeszcze jakieś szanse, że sprzątanie da się odwlec powiedzmy do przyszłego tygodnia.
mam chytry plan, zrobię to metodą luxtorpedy, jutro, powiedzmy między 17 a 18, przecież potrafię, prawda?
na razie obejrzałam kolejny odcinek jedynego_serialu_który_oglądam, brodacz wciąż nieodwołalnie wyjeżdża na bardzo, bardzo dłuuuugo, goopi, goopi brodacz.
za oknem gwiżdże jak diabli, tymczasem wrócę do mózotrzepa, co go czytam nie wiem czemu, bo chała jak rzadko, ale zaczęłam, to skończę, no chyba że nie...

muszę się przyznać

zakupy zrobiłam w tempie błyskawicznym, przytaszczyłam na górę, rozmieściłam gdzie trzeba i opadłam z sił. doczołgałam się do łózia, wsadziłam nos w lekturkę i tyle mnie widziano...
porządki odwołane do jutra powiedzmy, może pojawią się lepsze pomysły niż ten, zgłoszony przez t, który proponuje zaangażować do pomocy sąsiada z góry. nie pójdę na to, w łazience akurat nie jest aż tak źle...

żądam pochwały

czyli skończyłam sesję, bo chociaż ż nie wydał jeszcze oficjalnego komunikatu kogo zwalnia z egzaminu, to zakładam, że w tym przypadku nie ma innego wyjścia, bo nie da się mieć lepszej oceny z ćwiczeń hihihi.
zatem najwyższy czas odgruzować chatynkę, wczoraj wyrzuciłam stertę papierów wysoką na ca 30 cm i na tym zakończyłam porządki, ale dzisiaj poprawię się, bo strach wpuścić gości do czegoś takiego.
żałuję tylko, że w bliskim sąsiedztwie brak choćby strumyczka, przepuściłabym go środkiem, przynajmniej kłęby kociego futra by porwało.
najpierw jednak zażegnam widmo głodu, które krąży (nad futrzatymi najbardziej, biedacy, tylko 2 samotne puszeczki w szafie), zatem do sporządzania listy zakupów przystąp!

piątek, 25 stycznia 2008

krókie podsumowanie

boli mnie głowa, dosyć konkretnie mnie boli :(
te futrzate wredoty drą się jak opętane, może urwę im ogony jednak?
mały m podstępnie zwabił mnie na kolację, żeby duży mógł wreszcie skończyć przy mym skromnym udziale pewną upartą butlę havana club blanco (dzwonił do skutku, ku radości pana r odebrałam telefon w czasie kolosa, powinnam się wstydzić :)udało się, nawet zahaczyliśmy o anejo especial, a po drodze orżnęli mnie w scrabbelki
ale zabawa była pyszna, chociaż rano duży nie wyglądał lepiej niż ja (a ja zdecydowanie jak przez okno...)

środa, 23 stycznia 2008

mam po kokardę

kont aktywnych i pasywnych, zwłaszcza, że przecież ciągle mylę strony (notorycznie skręcam w lewo, kiedy mówią mi skręć w prawo...)
jedyne co mnie pociesza, to fakt, że może już jutro będę miała za sobą cały ten kram, więc aby do jutra.
a jak dobrze pójdzie to chyba będę żądała pochwały, jak cz, która przysłała mi dzisiaj taką wiadomość ze szkoły
dostałam 4 z klasówki z matematyki:) takiej trudnej. twoje dziecko wymiata, żądam pochwały

kłopoty z facetami

gadam z s, dawno się nie widziałyśmy, nie jest różowo:
s: i r zostawiony w deszcz na środku chodnika
nie będę się masochizować
ja: sadysta? nudziarz?
s: powiedziałam mu szczerze, że się katuję w jego towarzystwie
sknera
nietolerancja total
ja: to dobrze mu tak, niech moknie :D
s: myślę że abstrahując od jego szlachetnych uczuć to nie umie się "wzbić" i szuka dobrego sprzętu AGD, a nie kobiety i to w dodatku niedrogo i solidnie
to nie ja

kocham celność jej obserwacji, tylko trochę szkoda, że znowu klapa, czyżbyśmy miały zbyt wysokie wymagania?

wtorek, 22 stycznia 2008

życzenia się spełniają

leżałam wpółżywa i zupełnie nie miałam siły wstać i wtedy zadzwonił telefon-wybawca. przełożono spotkanie na które miałam się wkrótce zacząć czołgać (bo w obecnym mym stanie raczej trudno mówić o chodzeniu).
ucieszona obróciłam się na prawy bok, a gdzieś w przestrzeni pojawiła się piosenka na dzisiaj.
na taki deszcz za oknem i ogólne wykończenie klaus mitffoch psuje jak ulał, zwłaszcza
...Nie jestem żywy | Jestem nieżywy nie ma mnie nie nie...

niedziela, 20 stycznia 2008

zdecydowanie przegrzałam sobie obwody

ledwie żyję, choć o mały włos nie odpadła mi pokrywka.
ale jeszcze trochę i będzie po.
na razie padam na pysk, a po głowie skaczą mi niedopieszczeni ostatnimi czasy futrzaści...

sobota, 19 stycznia 2008

tadam!!! zaczęło się

i to nie najgorzej, jutro ciąg dalszy, będzie zdecydowanie trudniej niestety...
ale jeśli przeżyję jutrzejsze 12 godzin i pójdzie dobrze, to do końca sesji czekają mnie jeszcze tylko dwa egzaminy (a jest szansa, że tylko jeden...)

zamiast uczyć się pilnie dalej, oglądam swój ulubiony serial, a tam przystojniak (tak, tak ten brodaty, ach!) stara się ponownie o względy głównej bohaterki, właśnie próbował utopić ją w jeziorze. a ona dała mu kosza! no może nie zupełnie, ale powiedziała, że musi poczekać i on pewnie teraz uda się na daaaaleką wyprawę.
goopia, goopia ona...

piątek, 18 stycznia 2008

meandry ortografii - explicit content

czyli wrażliwi niech nie czytają dalej...

konwersujemy wirtualnie z s, też miała ciężki dzień (ja aktualnie rzygam centralnym twierdzeniem granicznym i innymi majonezami statystycznymi)
s wyraża się nieparlamentarnie o wysokości swojej prowizji od czegoś tam, ignorując przy tym ortografię, delikatnie zwracam jej uwagę:
ja 20:34:17
chuj się tak pisze!
s 20:34:24
wiem
chuj to bym napisala gdyby bylo 10%
a przy 1%
pisze huj
bo mi sie nawet nie chce klepac "c"

czwartek, 17 stycznia 2008

boli mnie

umysł poradził sobie bez zarzutu, ciało boli, dziwne, prawda?
najpierw nerwowy kaszel, potem takie dziwne uczucie ucisku, ktoś lub coś zgniata mi żebra do środka...

jest jeszcze jeden skutek uboczny, ciekawe jak długo ta piosenka będzie przypominała pulsującą ciemność?

When I fall in love it will be forever
Or I'll never fall in love
In a restless world like this is
Love is ended before it's begun
And too many moonlight kisses
Seem to cool in the warmth of the sun...*


*lyrics: E. Heyman, music: V. Young.

wyszłam, padał deszcz, jechałam przez puste miasto, po drodze wizyta w sklepie, muszę koniecznie muszę, absolutnie niezbędny był mi kubek lodów.
przy kasie japiszon, pomyślałam, jak dobrze, że nie wracam już o tej porze z biura. zawiozłam obolałe żebra na IV piętro i nawet nie wiem czym mam ochotę zjeść te cholerne lody...

4.48 psychosis

środa, 16 stycznia 2008

upadek kompletny

leżę w łóżku, obżeram się i próbuję pojąć meandry zmiennych dyskretnych, chyba oszaleję, a jeśli nawet nie, to pewnie przytyję :(
ratunku! czy mógłby mnie uratować jakiś xsiążę, biały koń nie jest wymagany...

wyimek z konwersacji wirtualnej

z małym m
ja: całuję i wracam do sad :(
m: ja ściskam, ale nie duszę

wampiry syte

teraz już tylko 1,8 l do zbilansowania, a do tego zupełnie niechcący zakasowałam f w prędkości

ja: 13:57:55
4:54 :D
panie były zdziwione...
f 13:58:11
o masz
pobilas moj czas
a podobno mam jeden z lepszych czasow

wtorek, 15 stycznia 2008

lubię cięte riposty

konwersuję sobie wirtualnie z s nt. zmian pracy, nie przypadła jej do gustu moja propozycja...
s: mam dosyc slabo platnych prac
ugryz sie w dupe
ja: nie mogę, nie chodzę na jogę

(w odróżnieniu od s, hihihi)

zupełnie zapomniałam

że winnam jeszcze dwa litry i ćwierć...
krwi, krwi oczywiście, z głowy mi wyleciało zupełnie, że miałam oddać następną porcję w listopadzie :(
i gdyby nie opis na gg pewnego f:
450 ml krwi (w 5.07 min) z glowy, 800g czekolady przede mna
,
to pewnie bym sobie długo nie przypomniała, wstyd!

lżą pewnego j

publicznie inżynierem go zowiąc, a mnie przypomina się przeszłość zamierzchła, kiedy to pewien rzeźbiarz z pomocą filozofa-artysty dach nowy na stodole budowali.
rzecz działa się w okolicach grabarki, lud tam prosty, lecz uczciwy i nawet obwiesie słowa dotrzymują.

kiedy to panowie artyści ciesiołką na wysokościach zajęci byli, na podwórko przyniosło dwóch miejscowych, spragnionych bardzo. pech chciał, że nie było czym spragnionych napoić, bo jedyne % wypełniały słoik w którym moczyły się pędzle rzeźbiarza (osłabli w drodze do sklepu w sąsiedniej wsi, zostało im pewnie z 5 km).
a że serce miał on miękkie, wkrótce większość zawartości słoika znalazło się w trzewiach gości, którzy pokrzepieni udali sie w dalszą drogę rewanż obiecując.

i jak obiecali, tak zrobili, już po kilku godzinach rzeźbiarz i filozof zmuszeni byli odmówić skosztowania fioletowej nalewki na kościach, którą przynieśli ze sobą goście. odmowę przyjęli z godnością, a przysiadłszy na wielkim klocu, co go rzeźbiarz na dzieło zamierzał przerobić, dzielnie kibicowali poczynaniom filozofa, tytułując go uparcie panem inżynierem (owszem, miał filozof wygląd nobliwy, ale inżyniera nie przypominał nijak:)

po skończeniu biesiady odżeglowali w niebyt (zapewne padli w najbliższych krzakach), ale jakież było nasze zdumienie, kiedy pod wieczór trochę zataczając się, lecz jednak nie na czworaka (a tego spodziewalibyśmy się po kimś, kto wypił z kolegą litr denaturatu) panowie przynieśli jaj kaczych sztuk kilka!

ot słowny lud prawosławny!

droczyłam się

z mango, kto pierwszy zmięknie - ono czy ja?
mango wygrało, twarde jak diabli, ale przynajmniej żywiczne tak jak lubię było, ach jaka szkoda, że nie maślane przy okazji...

poniedziałek, 14 stycznia 2008

kto nigdy nie jadł śniadania w łóżku

ten nie wie co znaczy spać na okruszkach przeczytałam gdzieś kiedyś, zaiste prawda to pomyślałam próbując zatrzeć ślady śniadania...

tym razem j pyta o zajęcia xsiężniczek w wieżach, cóż one robiły tam na xsięcia oczekując (oczywiście poza hodowaniem pukli złotych zazwyczaj, aby było po czym wspiąć się do uwięzionej).
a ja od razu nie wiedzieć czemu jabbersmoka mam przed oczyma i tynk brunonowi wątpliwemu do zupy wpadający (tak to chyba było, nie widziałam dawno, oj dawno tego filmu).

i miast testem jarque-bera zająć się jak należy zastanawiam się, które tłumaczenie jabberwocky pasuje mi najbardziej i znowu wychodzi na to, że słomczyńskiego:

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.

Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!
Szponów jak kły i tnących szczęk!
Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz
Lub Dżubdżub ptakojęk!

W dłoń ujął migbłystalny miecz,
Za swym pogromnym wrogiem mknie…
Stłumiwszy gniew, wśród Tumtum drzew
W zadumie ukrył się.

Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
Płomiennooki Dżabbersmok
Zagrzmudnił pośród srożnych skał,
Sapgulcząc poprzez mrok!

Raz-dwa! Raz-dwa! I ciach! I ciach!
Miecz migbłystalny świstotnie!
Łeb uciął mu, wziął i co tchu
Galumfująco mknie.

Cudobry mój; uściśnij mnie,
Gdy Dżabbersmoka ściął twój cios!
O wielny dniu! Kalej! Kalu!
Śmieselił się rad w głos.

Było smaszno, a jaszmije smukwijne
Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
Peliczaple stały smutcholijne
I zbłąkinie rykoświstąkały.*


Jabberwocky, Lewis Caroll / Dżabbersmok, Maciej Słomczyński

padam na pysk

a przede mną obcy decydujące starcie...
chociaż jak na to spojrzeć z drugiej strony, to ludzie uczą się chińskiego (nie, nie mam na myśli skośnookich berbeci), więc może i ja przyswoję sobie jakoś te straszne wzorzyska i po raz kolejny stwierdzę, że nie taki diabeł straszny, jak go malują.
ale na razie taka refleksja nie jest na miejscu, diabeł szczerzy zębiska straszliwych znaczków, różnych mi i sigm, co to potrzebne są mi jak rybie rower*

*hihihi, pamiętacie kto i a'propos czego mówił o relacji ryba-rower? przypomniało mi się, że pięć (bosh, pięć już!) lat temu łażąc po bodajże pere-lachaise obiecałam sobie nadrobić braki w lekturze i poczytać coś tej pani. i co? i pstro, nie przeczytałam do dzisiaj, wstyd!

sobota, 12 stycznia 2008

kto wkurzy cię równie skutecznie

jak własna rodzina? nikt, na pewno nikt, oni są w tym zdecydowanie bezkonkurencyjni.
cz zapieniła mnie dzisiaj koncertowo, tak jak tylko ona potrafi. za to szacun duży dla s, która nie dała się wciągnąć w całą historię i asertywnie wysłała nas obie do diabła i chwała jej za to.
terminarz na jutro puchnie jak dziki, wygląda na to, że najmniejszą m zobaczę kiedy indziej. najgorsze, że praca, którą powinnam napisać jest w kompletnej rozsypce, a ja po przeczytaniu 190 stron wypocin pana ł mam ochotę zwrócić kolację - jak mam w oparciu o ten bełkot napisać coś sensownego?
a w bogocie otwarto muzeum lenistwa, hmmm chętnie poleżałabym na muzealnej sofie z jakąś mozgotrzepiącą lekturką, ale szanse mam raczej nikłe - muzeum czynne będzie tylko dwa tygodnie.

zalewając się po łokcie

podczas napełniania baniaków myślę ciepło o wiedniu, gdzie f robi w starym syfonie wodę sodową z kranówki. i o mojej szwajcarskiej pasierbicy, która po latach chyba wreszcie zapamiętała, że w tym mieście nie pije sie wody z kranu. a szkoda, bo gdyby było inaczej nie czekałaby mnie jeszcze jedna wycieczka na dół, choć ledwie zawlokłam do domu zakupy.
jest jeszcze plan b, wysłać na dół cz, tak, chyba tak zrobię...

mały m depeszuje

książeczka o Panu Kuleczce jest absolutnym hitem!
najmniejsza m świata* przy niej nie płacze, cieszę się że smokołaj miał nosa, bo płacz najmniejszej m rozdziera serce.
mały m śmieje się, że nie poznam jej po dwóch tygodniach, ale obiecanych zdjęć nie przysłała, może lektura pana kuleczki tak ją zaabsorbowała...

*która już wcale nie jest najmniejsza, ale co tam

piątek, 11 stycznia 2008

niemoc

ogarnęła mnie totalna. co otworzę projekt nad którym powinnam popracować, to odrzuca mnie i zasypia. i tak sobie śpimy z morszczukiem* a tempus fugit...
w chatynce stan poprzedzający międzynarodowe dni głodu, najgorzej, że futrzastym zostało tylko kilka puszek - chyba skończy się jutro wycieczką do sklepu, a tak mi sie nie chce...

*cz przemianowała tak ostatnio finkota, zwanego zazwyczaj moświnem

czwartek, 10 stycznia 2008

obcowałam ze sztuką

ale bez rewelacji. nie wiem do końca czego spodziewałam się po giovannim jarzyny, ale to co zobaczyłam nie powaliło mnie zupełnie.
cóż, może następnym razem będzie lepiej...

piękny dzionek

słoneczny taki, nawet talerzyk śniadankowy wylosowałam a'propos


i sąsiadkę pomarszczoną jak jabłuszko spotkałam, co to na mój widok pojaśniała i dalejże wyrażać zachwyt, że nic, a nic się nie zmieniam i wciąż wyglądam jak dziewczynka, takie to skutki uboczne mieszkania prawie całe życie w jednym domu...

moja głowa kwadratowa

od strasznych kodów sql i innych przyjemności. to jest orka na ugorze, perz pomysłów jakby się od tego wyłgać rośnie bujnie i zagłusza wątłe roślinki kwerend aktualizujących :(

co prawda pierwszy poważny kryzys mam już za sobą (o dzięki ci bodhisattwo v. zaiste masz wiele współczucia dla czujących istot). biedny cymkot wyczuł go bezbłędnie tarabaniąc się tak blisko, jak tylko możliwe i nie zważając na groźne me pomruki, żeby szedł precz.

sytuacja wróciła do normy, a futrzaty do swojego zacisznego kątka pod łóżkiem, przytulony do rury od kaloryfera posapuje przez sen...

a na mnie czekają ostatnie strony porzuconej w kącie lali i dylemat co następne, żeby nie zassało tak, że zapomnę o świecie całym, może zaległa gazeta na nowy rok, zobaczymy?

środa, 9 stycznia 2008

j pyta

ktora piosenka starszych panow najglebiej zapadla?
oczywiście nie potrafię udzielić na to pytanie zwięzłej odpowiedzi :(
ale dzisiaj zdecydowanie popieram kalinę:
...Nie, nie Nie budźcie mnie
Śni mi się tak ciekawie
Jest piękniej w moim śnie,
Niż tam, na waszej jawie
Tu, po tej stronie rzęs,
Cudowny bezsens sprawia,
Że bezlitosny sens
Moich spraw sensu nie pozbawia.
Jawą nie nudźcie mnie!
Nie! Nie! Nie budźcie mnie!...*

*sł. Jeremi Przybora, muz. Jerzy Wasowski

też tak chcę

najlepiej do marca...

albo chociaż do początku lutego, a tu kicha, nic z tego, trzeba walczyć, błeee

wtorek, 8 stycznia 2008

o wyborach życiowych

myślałam oglądając bezmiar sprawiedliwości saniewskiego, a także o tym, że kiedyś, dawno temu (czyli do matury niemal) byłam pewna, że zostanę prawnikiem i że właściwie wciąż nie wiem, czemu w ostatniej chwili zmieniłam zdanie.
a potem uświadomiłam sobie, że wcale tego nie żałuję...

poniedziałek, 7 stycznia 2008

burzliwy poniedziałek

czyli plany sobie, życie sobie...
znowu wstałam za późno, doczołgałam się do a z poważnym obsuwem, a ona, kochana jak zwykle, nakarmiła fetą w oliwie z czosnkiem i papryką, mniammm i próbowała wyciągnąć do kina.
potem niestety nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji i zaplanowana na wieczór wizyta u małego i dużego wzięła w łeb, ale dzięki temu obejrzałam film na który bym pewnie sama nie poszła, bo opis sugerował niezłego doła.
obejrzałam i już wiem czemu dostał 3 złote globy i parę innych nagród...

oj dużo emocji, dużo

odpępić by się czas wreszcie! ale nie jest łatwo, nie jest.
rodzina trzyma w żelaznych kleszczach powinności i smaga bezlitosnymi wypominkami występków zaprzeszłych, nie ważne, że występki sprzed, dajmy na to, lat dwudziestu...

sobota, 5 stycznia 2008

przyznam się bez bicia

oglądam jeden serial (może to za dużo powiedziane, obejrzałam pierwszy sezon ciurkiem w 3 noce pół roku temu pewnie)
no i porobiło się! mój ulubiony przystojniak (tak, tak, brodaty naukowiec w swetrze, mniammm!) jednak kocha główną bohaterkę...
ciekawe czy na ochotę, z jaką śledziłam dzisiaj wyczyny jacka wpływa bezpośrednio fakt, że jutro mam kobylaste koło i powinnam zakuwać atrybuty encji i inne majonezy??

jakby tu sie wyłgać

od obowiązków? do 20 mam kalendarz zapchany dosyć konkretnie, nie chce mi się jak nie wiem co :(
najchętniej czytałabym sobie np. lalę dehnela, milutka całkiem, robiłam to wczoraj ok. drugiej nad ranem zamiast dzięciolić do jakichś strasznych zaliczeń. ale dzisiaj nie ma że boli, jutrzejsze zaliczenie nie da się popchnąć tak z marszu, więc zamiast babcinych historyjek relacyjne bazy danych sobie poczytam, błeee.
kto dziala w Accessie, ten zyje w stresie napisał mi pewnien b, który od czasu do czasu ciska we mnie perłami rymotwórstwa swego,
btw, b, macham do cię łapką :D

piątek, 4 stycznia 2008

duży m a wiek chrystusowy

taaaa, ale się porobiło...
od razu przypomniał mi się stary dobry JKK, więc natychmiast wysłałam mu życzenia wraz z piosenką i proszę, dostałam
...A ja chciałem z okazji urodzin przesłać wszystkim znajomym inną piosenkę. Po namyśle wyślę ją tylko nielicznym...
i co słyszę ? kochany duży, tylko wersja smutna dosyć, oj podpiął się pod Kelusowy klimat...

czwartek, 3 stycznia 2008

rzeczywistość skrzeczy

wychodzą koty z piwnic i śmietników...
a tak serio to majestatycznie opuszczają swoje legowiska, trochę im zazdroszczę, bo one tylko do kuchni, a ja muszę ze światem zewnętrznym skonfrontować się dzisiaj :(
choć wolałabym zostać...
wczoraj g. przywiozła myszkina na przechowanie, ale nawet jemu nie chce się dzisiaj nic, poleguje na fotelu i nawet nie śpiewa specjalnie, że o gonieniu fin i cym kota nie wspomnę...

środa, 2 stycznia 2008

kate czy kasia

iggy czy budyń? nie mogę się zdecydować

...Beautiful beautiful girl from the north
You burnt my heart with a flickering torch
I had a dream that no one else could see
You gave me love for free
...
Yeah, well it hurt me real bad when you left.
I'm glad you got out, but... But I miss you.

I've had a hole in my heart for so long
I've learned to fake it and just smile along
Down on the street those men are all the same
I need a love not games not games ...*


*Iggy Pop, nude & rude, utwór 15

wtorek, 1 stycznia 2008

kolejne życie trzynastotomówki

i nie tylko, bo zarys dziejów religii również dzielnie podpiera materac, chociaż jak tak dalej pójdzie chyba zejdę do parteru, nie można przecież ryzykować życia cymkota, który notorycznie sypia pod prawym dolnym rogiem czegoś, co jeszcze niedawno nazywało się łóżkiem.
zastanawiam się gdzie dokładnie przebiega ta granica - czy 2 nogi + 2 x książki można jeszcze nazwać łóżkiem, no bo teraz to już książki x 4 :D
z resztą pierwsze o czym pomyślałyśmy obie - cz - natychmiast po katastrofie, ja - kiedy tylko mi o tym doniosła - był cymek, bo łóżko to pikuś, ale gdyby cokolwiek stało się kotu nie wiem jak byśmy to przeżyły

od czego by tu zacząć?

dużo niespodzianek, nagłych zwrotów akcji i dobrych życzeń.
najpierw nie wierzę oczom własnym, przecież ona jest w hamburgu!

a przynajmniej była tam wczoraj i miała zostać do nowego roku.
oczywiście hulanki szalone i swawolne, lecz nie tylko, bo przecież jakże inspirujące wędrówki pod stupę i polsko-buriackie rozmówki (czy ja naprawdę rozumiem po rosyjsku??)

do tego jeszcze szybkie sprawdzenie, że życzenia się spełniają (j, uważaj na prosiaczka i kaloryfery, ale z tym prince'm to ci sie udało przednio!)
a na koniec, czyli ok. 7 próbka buddyjskiego raju na 3 osoby, 2 łyżki, miskę sałatki i kotleta, łyżki były co prawda krótkie, ale i tak dużo radości...