wtorek, 15 stycznia 2008

lżą pewnego j

publicznie inżynierem go zowiąc, a mnie przypomina się przeszłość zamierzchła, kiedy to pewien rzeźbiarz z pomocą filozofa-artysty dach nowy na stodole budowali.
rzecz działa się w okolicach grabarki, lud tam prosty, lecz uczciwy i nawet obwiesie słowa dotrzymują.

kiedy to panowie artyści ciesiołką na wysokościach zajęci byli, na podwórko przyniosło dwóch miejscowych, spragnionych bardzo. pech chciał, że nie było czym spragnionych napoić, bo jedyne % wypełniały słoik w którym moczyły się pędzle rzeźbiarza (osłabli w drodze do sklepu w sąsiedniej wsi, zostało im pewnie z 5 km).
a że serce miał on miękkie, wkrótce większość zawartości słoika znalazło się w trzewiach gości, którzy pokrzepieni udali sie w dalszą drogę rewanż obiecując.

i jak obiecali, tak zrobili, już po kilku godzinach rzeźbiarz i filozof zmuszeni byli odmówić skosztowania fioletowej nalewki na kościach, którą przynieśli ze sobą goście. odmowę przyjęli z godnością, a przysiadłszy na wielkim klocu, co go rzeźbiarz na dzieło zamierzał przerobić, dzielnie kibicowali poczynaniom filozofa, tytułując go uparcie panem inżynierem (owszem, miał filozof wygląd nobliwy, ale inżyniera nie przypominał nijak:)

po skończeniu biesiady odżeglowali w niebyt (zapewne padli w najbliższych krzakach), ale jakież było nasze zdumienie, kiedy pod wieczór trochę zataczając się, lecz jednak nie na czworaka (a tego spodziewalibyśmy się po kimś, kto wypił z kolegą litr denaturatu) panowie przynieśli jaj kaczych sztuk kilka!

ot słowny lud prawosławny!

Brak komentarzy: