czyli l ma dyżur pod telefonem.
zbliżała się 22.00 gadaliśmy o tym i owym, pożerając świeżo uprażone migdały kiedy zadzwonił telefon.
przez następny kwadrans l obdzwonił kilka miast, a pokonując trasę drzwi wejściowe - drzwi balkonowe przypominał odrobinę tygrysa miotającego się po klatce (właściwie to brakowało mu tylko żółtych pasków, chód był jak należy).
o ho, kolejny perypatetyk pomyślałam przyglądając się całemu zajściu.
wreszcie l przerzucił nakład tam gdzie trzeba, znużony plasnął na fotel i radośnie oznajmił: lubię takiego adrenalinowego kopa.
a właśnie że nie lubisz, tak ci sie tylko wydaje, l upierał się dalej, więc opowiedziałam mu historię o tym, jak zgubiłam kiedyś szczęśliwą na parkingu w młodych kotach.
parkowałam gasząc jakiś pożar pracowy, przez telefon oczywiście, adrenalina zalewała mi wprost oczy, pożar zgasł, ale ja miotałam się później chyba pół godziny próbując odnaleźć samochód na zapchanym poziomie żaby czy inszej ryby.
może faktycznie nie lubię? zamyślił się l
poniedziałek, 28 stycznia 2008
zasiewam ziarno wątpliwości
Autor:
magdandena
o
10:16:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz