czyli kocilla kontratakuje...
najpierw były bojowe okrzyki, choć bardziej przypominające żałosne zawodzenia, potem ucichło, a towarzystwo gdzieś przepadło - pewnie zagrzebali się w czarzastonorze pomyślałam naiwnie.
ale była to cisza przed burzą - właściciele ogonów nastroszonych na wzór szczotek do butelek dreptali właśnie taniec wojenny w przedpokoju. chwilę później futrzato-pazurzasty kłąb wturlał się wrzaskiem pod łóżko. zamiast interweniować, zabezpieczyłam się pościelą, nigdy nie wiadomo z której strony wyskoczy ostro zakończony z pięciu stron szaleniec*.
bilans wypadł nie najgorzej - czarnemu wyciągnęłam paznokieć znad prawego oka, na białym nosie widać nieco śladów, ofiar w ludziach nie stwierdzono.
*zdarzały się już szalone pościgi po naszych, niczego nie przeczuwających niestety, osobach.
środa, 13 kwietnia 2011
ratuj się kto może
Autor:
magdandena
o
22:26:00
1 komentarze
wtorek, 5 kwietnia 2011
kwilący nosorożec
czyli wiosenny poranek w chatynce.
słońce wstało już jakiś czas temu, budzik u cz dawno ochrypł i zdechł, a wszyscy spali w najlepsze. no prawie wszyscy.
nie spał kosmaty. nie wiem co go obudziło, może uparcie ignorowane wycie w cz-norze, może jakaś skuka za wątrobę szarpać go zaczęła, dość, że przemieścił się pod drzwi sypialni i zaczął marudzić. najpierw kwilił, potem zawodził jak syrena strażacka, wreszcie desperacko drapał drzwi, nic z tego, twardzi byliśmy, to duży chłopiec, nie będziemy pocieszać kociego mazgaja.
a w tym zgiełku cz błogo przesypiała poranne ćwiczenia, no bo kto to słyszał, żeby ludzi na 9.00 ciągnąć na uczelnię???
Autor:
magdandena
o
13:34:00
0
komentarze
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
10,5 kg
czyli tyle to wagowo posiadamy w chatynce futrzastych.
jako znana bromba dokonałam odpowiednich pomiarów i już wiadomo, że kosmaty nosorożec to 4200 gramów zdesperowanego* nieszczęścia, zaś septymus finiusz - 6300 rozlanego majestatu, a wszystko to właśnie grzejące się zasilaczem od karalucha i pochrapujące leniwie na pomarańczowym prześcieradełku.
* dzisiaj o 5.53 podjął kolejną próbę samobójczą - taranując mnie w drodze z łazienki rąbnął baranem w drzwi sypialni i z wrzaskiem banzai!(opodobnym) skoczył na zaspanego c. przechwycony w locie desperacko wczepił się w brzeg łóżka i udawał niezbędny element wyposażenia, wszystko na nic, odczepiłam drania metodycznie pazur po pazurze i wyrzuciłam precz.
Autor:
magdandena
o
20:42:00
3
komentarze
piątek, 25 marca 2011
pobudka
czyli kto śmie niepokoić jego lemurowatość...
doprawdy, jak ona śmiała, obudzić, zgonić z łóżka, przecież śpię!!!
futrzasty posiadacz różowych paluszków obrażony oddalił się szukać szczęścia w kuchni.
w sypialni tymczasem gumowe misie zastąpiły baranki i pojawiły się świeżo przebrane poduszki.
a, to rozumiem, pomyślał fińczysław zwijając się w mruczący kłębek w pachnącej pościeli, chociaż nie wiem czemu nie zaniesiono mnie na fotel, przecież już udało mi się nauczyć pana, że zamiast wołać, należy mnie zanieść do miski, a przy ścieleniu łóżka delikatnie przenosić w inne, wygodne miejsce. no cóż, muszę popracować na panią...
Autor:
magdandena
o
22:31:00
1 komentarze
pan kotek
czyli wiosna inaczej...
pan kotka był chory i jęczał* w łóżeczku kwitnąc kolejne kwiatki z chusteczek do nosa i wcale nie pachniało wokół wiosną, tylko syropem z cebuli.
jakby tego było mało, słońce uparcie nie chciało świecić, a wiatr odrywał głowy przechodniom.
no ale cóż wiosna, nie musi być wcale tak ciepło**
* "jestem obity jak stary trabant" chociażby
** wały jagiellońskie, etykieta zastępcza, utwór 3
Autor:
magdandena
o
14:42:00
0
komentarze
poniedziałek, 14 marca 2011
v jak vendetta
czyli nikt mu nie kazał histeryzować nad ranem.
futrzaści mają już swoje lata, ale choć bracia, starzeją się inaczej.
grubświn z lubością rozlewa się na poduszkach i wygrzewa w plamach słońca, od czasu do czasu żądając hałaśliwie wizyty na balkonie, gdzie kulka dla ptaków i doniczka z wodą z nietoperza.
cymson zaś snuje się po domu i rozpacza tak głośno, że chyba wkrótce odwiedzi nas ktoś z towarzystwa opieki nad zwierzętami.
no i oczywiście gliździ* się kiedy tylko ma okazję. dzisiaj podstępnie wywaliłam go nad ranem za drzwi, bo miałam nadzieję, że uda mi się jednak zasnąć. nie doceniłam jednak pawiana. z krawędzi snu zawrócił mnie atak histerii i rozpaczliwe drapanie w drzwi, próbę sił przerwał budzik c, a ja znów jestem wyspana inaczej.
w ramach rewanżu zarządziłam czesanie drania, a z tego, co zostało na szczotce da się pewnie zrobić izolację całkiem pokaźnego ptasiego gniazda. obrażony histeryk zaszył się w kącie, niedługo pewnie mu przejdzie, więc wieczorną powtórkę z rozrywki mamy jak w banku.
* gliździenie się polega na wpychaniu się między nas w łóżku i wiciu jako ten robal, połączonym ze ściąganiem kołdry, wbijaniem paznokci i łaskotaniu ogonem w nos.
Autor:
magdandena
o
11:51:00
0
komentarze
piątek, 11 marca 2011
historie kuchenne
- dzisiaj na obiad curry*
- ale ja byłem grzeczny!!!
***
- wiesz co, rozpakuj górę zmywarki, nie mogę z tymi kubkami, za każdym razem jest ich więcej
- bo one się mnożą
- a ja myślałem, że tylko miseczki mają małe
***
- robię curry
- to dodaj kaszanki**, tobie tez nie będzie smakowało
* z nieznanych przyczyn curry - idealne jedzenie na ponure zimowe dni - nie jest ulubioną potrawą całej rodziny, choć jak przychodzi co do czego, c zasysa dwie dokładki (no może niekoniecznie nieznanych, ostatnio znowu przesadziłam z pastą i przeżerało na wylot sztućce)
** nie jadam i basta!
Autor:
magdandena
o
22:03:00
2
komentarze