czyli czy ja nie mogłabym kiedyś posłuchać dobrych rad?
książkę nie dość że przeczytałam jednym tchem, to jeszcze natychmiast sprezentowałam trójce psiarzy (w tym dwóm posiadaczom labradorów). wszyscy śmialiśmy się w trakcie i ryczeliśmy na końcu. i czy nie mogło tak zostać?
nie, bo amerykanie postanowili przerobić to na komedię (podobno) romantyczną. i zrobiło się to absolutnie niestrawne, zwłaszcza, jeśli ktoś nie szaleje za przyjaciółmi, że o płowowłosym gogusiu nie wspomnę.
czytałam recenzje i wiedziałam, czego się spodziewać, ale musiałam sprawdzić sama jaki to gniot. drętwe, schematyczne, wcale nie śmieszne, nie wiem jakim cudem w filmwebie dali temu czemuś 7,22 na 10? o ile w trakcie nie śmiałam się ani trochę, to oczywiście poryczałam się na końcu, inaczej być nie mogło, znacie kogoś, kto nie ryczy kiedy usypiają psa? nawet w kiepściuchnym filmie...
może dla równowagi obejrzę coś co się nadaje do oglądania, tylko co? może nicholsona z jessicą lange? chociaż sama nie wiem, może po prostu skończę czytać ojcobójcę pollacka?
nudziarz na dzisiejszy wieczór - jj cale, 5, aktualnie nr 6, chociaż shades też mogłoby być, nr 10 rozwalał mnie od zawsze...
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
na drugie mam tomasz
Autor:
magdandena
o
20:05:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz