sobota, 11 kwietnia 2009

jakaś taka niekompletna jestem

czyli czekając na zębową wróżkę.
wygląda na to, że przeżyję ten eksperyment. a i k o mało mnie nie zjadły, kiedy przyznałam się do zamiaru jednoczesnej ekstrakcji dwóch ósemek. k snuła wizje apokaliptyczne szczękościsku totalnego i innych podobnych przyjemności. ja, chichocząc przekonywałam, że to takie dalekowzroczne, bo:
- załatwię rekonwalescencję za jednym zamachem, zamiast dwa razy cierpieć i obciążać organizm;
- nie będę się dwa razy bała - zwłaszcza, że podobno trauma k po dłutowaniu jednej ósemki była tak duża, że od dwóch lat zbiera się, by wyrwać drugą - wystarczy, że pięć chyba lat zajęło mi podjęcie decyzji;
- no i ten efekt dietetyczny - nie da się ukryć, nie zamierzam objadać się w święta, więc nawet jeśli nie schudnę, to na pewno nie przytyję.

faktycznie było cienko, ale zupełnie inaczej niż sobie to wyobrażałam. doktor ojboli spisał się jak trzeba, s zawiozła mnie do domu jak najbardziej kontaktującą, choć nie powiem, bałam się, że mogę wracać jak niejaki bigos* w charakterze zwłok zawiniętych w kocyk.
wieczorem przyjęłam odpowiednie piguły, wypłukałam, co było do wypłukania, wyplułam, co do wyplucia i grzecznie zasnęłam porządnie otumaniona wrażeniami i medykamentami.
problem polegał na tym, że rano nie bolała mnie paszczęka, o nie, bolał mnie cały człowiek. i to jakoś tak dziwnie, bo miałam wrażenie, że zaraz zejdę. liczyłam się z tym, że spuchnę, zsinieję albo co, ale przez myśl mi nie przyszło, że niemal zemdleję w łazience.
nie, nie z bólu, tylko z takiej zieloności, co wykwitła mi na obliczu i jakoś tak dziwnie wargi zbladła.
później przyszło mi do głowy, że ten stan nieważkości, to efekt uboczny augmentinu i ketonalu w połączeniu z ponad 38 stopniową gorączką. wieczorem byłam już całkiem do życia i nawet wprawiłam w osłupienie k, która przyjechała w odwiedziny - podobno prawie w ogóle nie jestem spuchnięta, czy to prawda - trudno mi stwierdzić, bo od chwili, gdy ujrzałam rano w lustrze sinoustą zmorę, profilaktycznie nie zaglądam tam więcej.
chyba czas najwyższy łyknąć niebieski cukiereczek i pójść spać - ciekawe, czy zębowa wróżka przyniesie mi jakiś prezent, wiem że nie włożyłam zębów pod poduszkę, ale może wystarczyłoby, że mam je w pudełku? zębuszko, ładnie proszę...

** były pies mamy, miał się nazywać gwidon, ale nie wyszło, bo cz, zdecydowanie wczesnoprzedszkolna wtedy, przechrzciła go od razu.

Brak komentarzy: