czyli to musiało się wydać.
trochę się działo ostatnimi czasy, wiec nie zauważyłam pierwszych objawów. były sprawy ważniejsze, niż zastanawianie się, gdzie do cholery podziały się te ulubione zielone w niebieskie paski. albo w kropki kolorowe. a one znikały jak owce u nicka park'a.
wczoraj zajrzałam po coś do nory cz, robię to rzadko, bo teren niebezpieczny, pułapkami najeżony i zazwyczaj niechcący trafiam na coś, na co trafić nie powinnam i krew mnie zalewa. tym razem z jej kosza na bieliznę wystawało coś znajomego.
coś mojego.
coś, czego było mi brak.
tak jest, MOJA zielono-niebieska skarpetka!
nie mogłam się powstrzymać i przekopałam kosz do dna samego. a potem zinwentaryzowałam znaleziska - 84 skarpetki, że o innych częściach garderoby podstępnie wykradzionych z mojej szafy nie wspomnę. pomyślałam, że gdyby w normalnej, powiedzmy 3 osobowej rodzinie zaginęły 84 skarpetki, to chyba chodziliby boso. co innego stonogi...
pakując to wszystko do pralki myślałam o tym, że w garderobie, którą tak skrupulatnie zaprojektowałyśmy z a zabrakło jednego - solidnego zamka!
środa, 1 kwietnia 2009
ratunku, urodziłam stonogę!
Autor:
magdandena
o
09:05:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz