czyli saga rodu von trupków.
d cykl warsztatów jakowychś prowadzi w stolicy, więc ostatnio gości w chatynce regularnie co czwartek. wczoraj spotkałyśmy się po drodze, ja lekko telepana przez bliżej nieokreślone dreszcze - czort wie czy za sprawą javy, przedawkowania zielonej herbaty w monsoon cafe czy też jadowitego bakcyla jakiegoś, d zaś zżerana przez ciekawość o co chodzi z opisem, który miałam na gchacie (von trupek kontra krokodyl, dla tych co nie mieli okazji zobaczyć).
grzecznie opowiedziałam jej o krokodylu, a potem, w ramach bonusu, o grecie von trupek. d jest psychologiem, specjalizację robiła z klinicznej, więc natychmiast pomyślała, że skutkiem ostatnich przejść zaczęłam odklejać się ździebko od rzeczywistości. na szczęście przeszło jej szybko i już przy kolacji, ciesząc się jak dzieci, obie wymyślałyśmy kolejnych krewnych grety. według d zarówno greta, jak i jej szwagierka gertruda noszą nieduże kapelusze, reszty detali nie pamiętam.
za to rano role się odwróciły i to ja zaczęłam martwić się o d. a wszystko za sprawą trzech płytek szarej glazury, które wyjęła z sakwojaża wraz z garniturem, który zamierzała przywdziać. nie powiem, nawet nieźle dobrane kolorystycznie, ale jak ona zamierza je nosić?
piątek, 27 marca 2009
d martwi się o całość mych zmysłów
Autor:
magdandena
o
09:30:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz