powinnam zrobić parę rzeczy, ale mnie dosłownie odrzuca...
zamiast tego łypię okiem lewym w ian'a gillan'a na planete, pożeram oliwki z anchovies i ogólnie się bałwanię. co za idiotyzm z tą szkołą w przedświąteczny weekend, dookoła ludzie pędzący z obłędem w oczach, zalepionych ciastem pierogowym czy inszym specyfikiem świątecznym, no zgroza po prostu.
pytał mnie pewien kot aspołeczny jak to tak, że ten obłęd mnie dotyczy, przecież to nie buddyjskie święto - grzecznie uświadomiłam mu, że rodzina obchodzi i owszem. oczywiście nie daję się zassać totalnie, ale prezenty grzecznie zaposiadłam i zapakowałam.
a teraz czekam na koniec niedzieli, żeby już było po, po hodowaniu odcisków na literach czterech, bardzo jestem ciekawa jak do kwestii zajęć w tym terminie podejdą wykładowcy...
piątek, 21 grudnia 2007
ale mi się nie chce...
Autor:
magdandena
o
23:15:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz