czyli o tym jak umówiłam się z pewnym a na posiłek regeneracyjny i co z tego wynikło.
metodą kolejnych przybliżeń ustalono menu - gulasz wieprzowy z grzybami, ciężkie to dosyć, ale że z a jest kawał chłopa, niech mu będzie, pomyślałam i weszłam w posiadanie bardzo przystojnej szynki.
wczoraj wieczorem przerobiłam ją na pokaźny gar wstrząsającego gulaszu, ale z niewyjaśnionych bliżej powodów a zapadł się dzisiaj pod ziemię, zaś jutro i pojutrze zdecydowanie nie mam kiedy przyjmować gości.
o pierwszej stwierdziłam więc, że to najwyższa pora, by zaprosić krewnych i znajomych królika na niedzielny obiadek. już kwadrans później ustalono skład kwintetu, który o trzeciej miał zmierzyć się gulaszem.
ostatecznie do stołu zasiadł kwartet, nawpychaliśmy się po kokardy, bo okazało się, że mięsa spokojnie starczyłoby dla oktetu, a sekstet najadłby się do bólu.
po godzinnym leżakowaniu, już we trójkę, bo biedna m musiała do arbeitu, pomaszerowaliśmy na koncert ciesząc się jak dzieci wiosennym słońcem.
na placu zamkowym dopadł mnie przepraszający telefon b, biedaczek rozmawiał ze mną śpiąc i zaproszenie na obiad potraktował jako kolejny zakręt sennej fabuły, dopiero wiadomość na gg uświadomiła mu, że to działo się na serio :)
co do a zaś, no cóż, jeśli znajdzie dobre wytłumaczenie, kto wie, może kiedyś coś jeszcze dla niego ugotuję...
niedziela, 30 marca 2008
plan b
Autor:
magdandena
o
21:44:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz