czyli koncert udał się jak trzeba.
jak zwykle ubawiliśmy się po pachy, oczywiście koniecznie rząd pierwszy - oj, oj, dick4dick na siedzący? powiedziała s, stała bywalczyni i wierna fanka od zarania dziejów (czyt. dawnych koncertów w aurorze, kiedy chłopcy jeszcze nawet grać nie potrafili, to u niej właśnie słyszałam po raz pierwszy płytę dików wyprodukowaną przez zgniłe mięso rekords).
nie da się ukryć, reagowaliśmy żywiołowo - duży w pełni podzielał nasz entuzjazm i również darł się jak opętany.
nie wiem co było słychać na antenie (niejaki stelmach twierdził później, że bardzo dobrze i równo też :) ale niech żałują ci, którzy nie widzieli, bo to przede wszystkim oglądać trzeba!
na koniec s rozwaliła mnie kompletnie stwierdzeniem, że do tej pory to ona miała płytę (jedyną, kultową, nakład już wyczerpany) i jej słuchała, a teraz to jeszcze będzie ją lizać!
sobota, 5 kwietnia 2008
głucha jestem i schrypnięta
Autor:
magdandena
o
00:07:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz