czyli dzieje się dużo i na raz.
w piątek pohopsałam uczciwie, chociaż sama w życiu nie poszłabym do takiej lansowni (tak określił to d, który podobno również nie bywa w takich miejscach hihihi).
hopsałam szybko i intensywnie, bo rano niestety czekał mnie niezły maraton, na szczęście wybiegając nie zgubiłam pantofelka (nie ma to jak porządnie zawiązane trampki od baty...).
w sobotę przemieszczałam się z prędkością światła, ale udało mi się nawet zapuścić pranie, że o skompletowaniu wpisów nie wspomnę.
dzisiaj niestety znowu pobudka chamskim świtem i orka na ugorze, choć ten ugór akurat najbardziej urodzajny ze wszystkich oranych w tym semestrze.
za to wieczorem naprawdę dobry koncert, ł miała rację. i chociaż w pierwszej chwili pomyślałam spuchł, utył i posiwiał to naprawdę nie miało najmniejszego znaczenia. i były złe mise i wiele innych, niestety zabrakło casablanki, ukochanej wilgoci czy pobojowiska. ale i tak było świetnie...
poniedziałek, 4 lutego 2008
intensywnie
Autor:
magdandena
o
00:25:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz