czyli może go jednak uduszę...
ok 5 nad ranem (czasu letniego, a jakże, czyli w okolicach mojej ulubionej 4 czasu dopiero co przestawionego) cymkot zapragnął się napić.
nie, nie, wyjście z łóżka absolutnie nie wchodziło w grę, jeszcze chytrzy państwo mogliby zająć jego połowę! ale od czego jest kubek z wodą na parapecie?
niestety, sierściuch stary i zaburzenia motoryki miewa często, a już szczególnie zaspany, obudził mnie więc solidny dyngus i unoszące się w powietrzu śmiertelne przerażenie futrzastego.
dzielnie próbowałam spać dalej, ale nijak się nie dało - z jednej strony zimna mokra plama, z drugiej co chwila popiskujący telefon, jaki pech - akurat zdycha i może ktoś by jednak wstał i odłożył go na bazę.
wytrzymałam góra kwadrans, pranie zdjęłam zdecydowanie przed wschodem słońca, przed jękołą łażącą za mną krok w krok zwiałam do wanny, a o 7 byłam już po śniadaniu.
w związku z powyższym uprzejmie proszę, żeby w poniedziałek mi odpuścić, żadną wodą nie polewać i po prostu pozwolić się wyspać.
howgh!
piątek, 2 kwietnia 2010
próba generalna
Autor:
magdandena
o
08:17:00
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz